ZYGMUNT BARCZYK: Być dumnym Europejczykiem

0
europe-155191_1280

Kontynent europejski charakteryzuje silne rozczłonkowanie terenu, ze świetnie rozwiniętą linią brzegową. Nie odnosi się to tylko do jego wschodniej części. Historycy chętnie zwracają uwagę na ”postrzępione kontury” jako okoliczność sprzyjającą ”ekstrawertyczności” Europy, jej skłonności do nawiązywania kontaktów, prowadzenia handlu, wymiany myśli, ale i jej gotowości do ekspansji i nieustającej walki o wpływy. Dlatego Stary Kontynent przeorany jest wojnami, najazdami, buntami mas, konfliktami religijnymi, społecznymi, ideowymi. Totalitaryzmy, krucjaty, ekspansja kolonialna, są nieusuwalną częścią europejskiego dziedzictwa.

Są i pozytywy. Na spuściznę europejską składa się wielość kultur, prądów religijnych i ideowych. W długim biegu historii mozaika ta sprzyjała walkom wewnętrznym, paradoksalnie jednak, służyła też wykształceniu się słynnej europejskiej tolerancji. Europa to też długa tradycja dialogu kulturowego i politycznego, sztuki konsensu i tworzenia zrębów obywatelskości. W tym kontekście warto uwypuklić tradycję liberalizmu, skoro owocowała zasługami w rozwijaniu wolności obywatelskich, ochrony własności prywatnej i reguł kontraktu ujętych w ryzy prawa, wobec którego wszyscy są równi. Europa jest dziś przystanią wolności obywatelskich i promotorem demokracji liberalnej. To one stanowią dominantę tego, co w szerokim świecie kojarzy się z europejskością.

To, co najwspanialsze w tradycji opartej na wartościach wolności, pluralizmu i tolerancji przyjęło instytucjonalną postać Unii Europejskiej. Traktat unijny sankcjonuje europejską wrażliwość na dialog i konsens i zdolność do samoograniczeń w imię wartości wspólnoty. Współczesna Europa zrezygnowała z uznania prymatu siły w układaniu relacji międzynarodowych.

Europejskość  jako ekspresja liberalnej demokracji jest naszą dumą. Co nie znaczy, że procesy integracyjne są sfinalizowane. Europa jest nadal dynamiczną mozaiką niekoniecznie zbieżnych interesów i polem konfrontacji różnych sfer wpływu. W obliczu imperialnych zapędów Rosji i ryzyka konfliktu globalnego, skazana jest jednak na ”ucieczkę do przodu”.

Tymczasem, liberalne elity polityczne są dziś zbyt osłabione, by wprowadzić dyskurs europejski na nowe tory. Świadczy o tym klęska liberalnych partii w ostatnich wyborach europejskich. Dotychczasowy mainstream polityczny jest coraz słabszy, zaś masy ludowe pchają się na bandę, by pohasać na lewej i prawej flance politycznego spectrum.

Budzą się nowe demony. Dziś bardziej prawdopodobna jest mobilizacja szerokich rzesz mieszkańców w stronę agresywnego populizmu (vide Anglia)  niż akcje na rzecz przywrócenia zasad demokracji i państwa prawa. Na “starym Zachodzie” ewoluują faszyzujące nurty, widzimy to w Niemczech, we Włoszech, we Francji i w Hiszpanii. Na wschodzie Europy wciąż aktywny jest homo postsovieticus, niechętny wzmacnianiu demokracji i integracji europejskiej. Czkawką odbija się XIX wieczny nacjonalizm i zawziętość historycznych narracji napędzających nowe konflikty i protesty.

Dodatkowym paliwem są protesty przeciw masowej imigracji, nazywane przez ich zwolenników „nową rewolucją kulturową”. Ma ona zadbać o powrót do  ”tradycyjnych wartości”. Chodzi de facto o wyparcie z Europy obcych i eliminację osławionej woke culture. Aktywizują się też lewaccy radykałowie, atakujący elity za kolejne przywileje dla już uprzywilejowanych. W największych krajach unijnych i w Wielkiej Brytanii skrajne ruchy protestu rozdają dziś polityczne karty, osłabiając szanse na umocnienie integracji europejskiej. Rosnący populizm, agresywna retoryka przeciw elitom, i przeciw Unii jako takiej, pogarsza szanse na ponowny europejski renesans.

W prowadzonym od lat dyskursie europejskim, jedni namawiają do umacniania Europy Narodów, innym marzy się Europa Regionów. Oficjalnie mówi się o jedności Unii przy jednoczesnym zachowaniu suwerenności państw członkowskich. Góruje jednak niezdecydowanie co do traektorii zmian w obrębie EU. W kontekście tego, co się dzieje na naszych oczach, musi martwić zatracanie się naszej europejskości. I to właśnie teraz, kiedy potrzebna jest nam silna Europa z ufundowaną na filarach demokracji, jednoczącą się Unią, z kluczową rolą dużych państw: Niemiec, Francji, Polski, Włoch, Hiszpanii.

Strategicznie istotne dla Europy jest wychodzenie z relatywnego zacofania technologicznego w stosunku do USA i Chin. Zjednoczona Europa (Unia Europejska w sojuszu z Wielką Brytanią), mogłaby podjąć wspólne przedsięwzięcia, zarówno w sektorze cywilnym i zbrojeniowym. Byłaby zdolna promować wtedy własne “high-tech giganty”. Wprowadziłaby wreszcie wspólny europejski system gospodarowania kapitałem ryzyka, by skutecznie wspierać innowacyjność a zatem i konkurencyjność swoich gospodarek.

W słynnym już raporcie ”The Future of European Competitiveness”, bardziej znanym jako “Draghi Report”, wyraznie mówi się o tym, że główne przeszkody na drodze do dorównania światowym gigantom są dobrze znane: rozdrobniony rynek z różnymi regulacjami, długotrwałe podejmowanie decyzji przez instytucje UE, rozbieżne priorytety państw członkowskich i brak kapitału wysokiego ryzyka na rozwój biznesu. A jeśli chodzi o technologię, Europa pozostaje w tyle ze względu na niskie inwestycje w innowacje i zależność od importu kluczowych komponentów.

Czas nam ucieka, wymaga zatem radykalnych rozwiązań. Sprawna Unia i zjednoczona Europa wciąż mają szansę na rolę potentata w globalnej grze mocarstw. Podzielona Europa sama się tych szans pozbawia.

Zdawać by się mogło, że rosnące zagrożenie wojną narzucaną nam przez Rosję powinno wzmocnić dążenia do reintegracji europejskiej. Tymczasem wciąż jest więcej słów niż czynów. Jesteśmy świadkami spóźnionych działań, nie wskazujących bynajmniej na na nowe spojrzenie w przyszłość. Nie widać na horyzoncie przewodników zmiany na miarę Konrada Adenaurea i Roberta Schumana, którzy, dźwigając Europę ze zgliszczy po katastrofie II wojny światowej, szykowali dla niej dobrą przyszłość. Mamy dziś w strukturach Unii sprawnych ekspertów, skrupulatnych urzędników, zręcznych dyplomatów, którzy dużo wiedzą, nie mamy jednak charyzmatycznych liderów odnowy. Nie widzimy też wystarczającej mocy demokratycznej w poszczególnych krajach, ani poczucia obywatelskości, które pozwoliłyby pożądane zmiany forsować.

Dlaczego mówi się tak dużo o zagrożeniu ze Wschodu a tak mało o działaniach na rzecz mocy Europy, na którą Rosja się nie poważy. Odpowiedź nie w potencjale ekonomicznym Unii lecz w kruchości politycznej konceptu europejskiego.

Wyjdźmy od danych gospodarczych. Potwierdzają one znaną prawdę. Rosja jest potęgą jądrową, lecz chuchrem gospodarczym, nie dorównującym mocą gospodarczą kluczowym krajom Europy. Największymi gospodarkami narodowymi Europy pod względem nominalnego PKB są: Niemcy (4,43 biliona dolarów), Wielka Brytania (3,33 biliona dolarów), Francja (3,05 biliona dolarów), Włochy (2,19 biliona dolarów), , Hiszpania (1,58 biliona dolarów) i Holandia (1,09 biliona dolarów). Rosja to raptem 1,86 biliona dolarów.

Napędzany w różny sposób strach przed najeźdźcą rosyjskim, zamiast mobilizować do przeciwdziałań, zachęca do polityki separującej kraje od interesów Wspólnoty Europejskiej. Może też sprzyjać wewnętrznym ruchom rewolucyjnym. Przykładów z historii jest moc. Wprawdzie Rosja nie prezentuje dziś sobą bolszewickiej siły ani ideowej atrakcyjności w naporze na Zachód, może jednak udanie zaogniać sytuację wewnętrzną w poszczególnych krajach.

Projekt europejski wymaga nowych pomysłów i nowych działań. Oparty na sojuszu angloamerykańskim, w miarę jednolity dotąd Zachód, kruszeje na naszych oczach. Tym bardziej potrzebna jest walka o nową europejską narrację, stawiającą na budowę potęgi, która podejmie wyzwania  globalne w relacji do USA, Chin i Indii.

Na nowo trzeba odwojować naszą europejskość. Alternatywa dla tej strategii jest przykra: oznacza, że Europa już odegrała swoją dziejową rolę i czeka ją powolne osuwanie się podobne temu, co spotyka Amerykę Łacińską.

Oczywiście, Europa nie powinna konfliktować się z Ameryką. Nawet jeśli strategiczna gra przesuwa się z Atlantyku na Pacyfik, struktury NATO należy pielęgnować i to przy uznaniu amerykańskiej dominacji. Jeszcze trudniejsze jest uformowanie się nowej, przystającej do wyzwań, świadomości europejskiej, abyśmy na nowo mogli czuć się dumnymi Europejczykami.

Chodzi o to, by w masowej wyobraźni ale i w europejskiej real politik powstało coś, co można nazwać wspólnym europejskim domem, będącym wyrazem naszej mocy w świecie. Być może to nierealne, chociaż konieczne dla europejskiego przetrwania, skoro żyjemy dziś w świecie, w którym powstaje nowy układ sił w globalnej grze mocarstw.

Quo vadis Europa?

Zygmunt Barczyk

 

 

 

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer