DSCF8937

Połowa października, zbliżają się zwolna moje urodziny (89-te), a potem już tylko prosta droga do Sylwestrowego Balu i okazji podejmowania noworocznych zobowiązań i przyrzeczeń. Wczesnym nastolatkiem bawiłem się kiedyś datami i dotarłem do roku 2000 – tak odległej przyszłości, że nieomal rzeczywistej z tematyką książek pana Stanisława Lema. (Przecież już dawno mnie nie będzie wśród żywych!)

Postanowienia, złamane przysięgi i dumne zwycięstwa. Nowy Rok! A więc: Oczyszczanie głowy z zamętu. Z groźnych i nieomal nienaruszalnych rzeczy, których się boję i o których nie chcę myśleć, a myślę. A więc: schudnąć i nie uzupełnić tym razem długiego szeregu złamanych przysięg. A więc: dalej grać w tenisa, choć to już gra teniso-podobna.

Na razie wystarczy. Na pierwszy rzut oka bardzo cnotliwy program. Kiedy grzeszymy, bardziej robimy to z niechęci do cnót, niż z miłości do złego. Oto jedna z wielu win chrześcijaństwa, które ideę cnoty połączyło z nagrodą.  Cnota to nieomal donosicielstwo na innych, którzy akurat nie są chwilowo cnotliwi.

Powinienem. Powinienem i lubię myśleć jasno, ale mi to często niespecjalnie wychodzi i się złoszczę. Właściwie jest to poważna wada, bowiem tkwi we mnie sekretna potrzeba, żeby wyrzucać sobie różne rzeczy, co robię wielokrotnie każdego dnia. Innymi słowy lubię czuć się winny i gorszy niż myślę iż jestem. Czy bierze się to stąd, że odczuwam niedocenianie mnie? Z ręką na sercu powiem, że właściwie tak właśnie, ale jednocześnie to zupełnie skuteczny kuks w przyszłość.

Sumienie. Główne pretensje jednak adresuję do siebie. Dlaczego? Tego akurat nie wiem, widocznie mam skłonności do produkowania wyrzutów sumienia. Sumienie, przyrząd (narząd?) codziennego użytku, jednocześnie przestarzałe narzędzie używane przy zajęciach ze Świadomością, uaktywniane celowo, aby o niej nie zapomnieć.

Szczerze mówiąc mam coraz mniejszą ochotę coś zanotować, zapisać, w ogóle pisać i robię to dalej właściwie z bliżej niewyjaśnionych powodów. Tu rozpylę umyślną mgiełkę zmęczonego wzroku i narastającego wstrętu do komputera: Moja umowa ze światem, że nie będziemy sobie nawzajem przeszkadzać, jakby wygasa, lub rozluźniła się bardzo, w swojej i tak sporej liberalności. Wiem, że mogę robić po prostu co zechcę. Na przykład wypoczywać i wypoczywać znowu. Ale wcale mi ta świadomość szczęścia nie zapewnia. Szczęście to zupełnie co innego, ale o tym kiedy indziej lub wcale, bo trudne do opisania.

W każdym bądź razie, jeżeli ja nie jestem chwilami całkiem realny, to nie oznacza, że wszystko co poza mną, jest bardziej realne i nigdy nie zmienia swego stanu. Na tym głupawym zdaniu się zatrzymam w moich codzienno-porannych starciach (jak jeszcze długo to potrwa?) z rzeczywistością.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer