Informacja mądrością
Wiadomo, że muzyka potrafi wstrząsnąć człowiekiem i nie tylko nim – patrz mury Jerycha. Parę dobrych lat temu przeżyłem w sztokholmskiej Filharmonii wstrząs. Słuchałem „Ognistego ptaka” Igora Strawińskiego i przy fortissimo siedmiu waltorni poczułem, że w miejsce przepony mam ogromną dziurę, a w duszy kłębiły się obrazy Termopil i Leonidasa. Zadziwiające, przecież to w końcu tylko jedna z sekcji instrumentów blaszanych!
Czytałem, już lata temu, ale sobie dziś przypomniałem, u Umberto Eco – lubię tego Włocha – że wykrzywieniu świata winne są media: Prasa, Telewizja, Radio, Internet, czyli cztery Kasandry dwudziestego pierwszego wieku, złowrogie Imperium Informacji. A gdy dziś rano wstałem wraz ze słonkiem, nadeszła smutna myśl. Gdy umrę, całe uzbierane przez długie życie doświadczenie pójdzie na marne. Mniejsza z ciałem, to tylko futerał duszy, ale to co mam w głowie zniknie, a to jest, jeżeli słuchać filozofów, podważenie sensu rozumnego istnienia.
Jest naiwną bezczelnością i niezrozumiałym zarozumialstwem, tak to elegancko określę, rozważać zarówno istnienie co nieistnienie Boga. A to z tej prostej przyczyny, że w ludzkim mózgu nie ma miejsca dla czegoś tak niewyobrażalnego. Bóg się nam z rąk wymyka, podobnie zresztą jak i religiom, choć się do tego nie przyznają. Moim zdaniem wiara gromadna w ogóle nie istnieje. Zresztą podobnie jak zbiorowy honor. Przyznaję to – jestem religijny, ale na mój osobisty sposób. Każdy człowiek jest religijny na swój sposób. I honorowy też na swój.
Należę do resztek schodzącego pokolenia, generacji urodzonych przed II Wojną Światową, niewielkiej już dziś grupy ludzi, której nie wychował ani nie pokonał Internet. Cóż to za monstrum! Mózg kolosalnej pojemności, nieustannie dopełniany nowymi informacjami. Nie mądrością – informacjami! W Internet, jak w plastelinę, można wcisnąć wszystko, jest swoistym diagramem chorego mózgu.
Co z nas, tych przedwojennych, za pożytek? Niewielki, znikomy, pozorny i byle jaki, ale jednak jest. Wystrzegając się patosu tylko lekko napomknę, że rodzice, jako kapitał na trudne czasy, zaszczepili w nas wiarę w człowieka i miłość do ojczyzny. To dziś brzmi banalnie, ale nie zapominajcie Drodzy, że oni nieomal wszyscy urodzili się jeszcze pod Zaborami!
To, co teraz powiem proszę traktować jako swobodne uogólnienie, bez ambicji niesienia jakichś prawd. Wszyscy jesteśmy czyimiś dziećmi i dzielnie dźwigamy nasze lary i penaty, ale proszę zwrócić uwagę na pewien szczególny rys ludzkiego charakteru.
Otóż najgenialniejsi nawet odkrywcy, mędrcy i filozofowie świata, są niedoskonali jak wszyscy inni codzienni ludzie. Spotykasz człowieka, który swoją mądrością, zachowaniem, oczytaniem i etyką, jest jak wzór metra. Uwielbiasz być w jego towarzystwie i słuchać co mówi. Ale nagle on, geniusz, zaczyna o innych ludziach mówić niegodziwie, podle, źle i zacietrzewia się tak, że opluwa sobie brodę! Jesteś zaskoczony, zdziwiony, a po chwili czujesz odrazę i bunt. Miałeś/miałaś go za człowieka nieskazitelnie mądrego i godnego naśladowania, a tu tak przykra niespodzianka! Niestety, żadna niespodzianka – przykro, ale ludzie tacy właśnie są.
Natknąłem się w Internecie /!/ na zdanie wypowiedziane przez znanego amerykańskiego dziennikarza dziewięć lat temu, w 2016 roku: Powszechnie wiadomym, że Donald Trump jest idiotą. Ale robi to świetnie!
Andrzej Szmilichowski
