Superinteligencja w natarciu, demokracja w zaniku
Wolność, własność prywatna, sprawiedliwość i szacunek dla odmienności, powszechnie uznaje się za klasyczne wartości demokracji zachodniej. Mimo to, coraz bardziej powszechnym zjawiskiem staje się pogardzanie nimi. Coraz częściej nie respektują ich ani rządzący, ani obywatele.
Demokracja jest liberalna albo jej nie ma. Pięknie o tym pisał José Ortega Ortega y Gasset, dla którego liberalizm to najwyższa forma wspaniałomyślności, skoro większość nadaje prawa mniejszościom. Do tego proklamuje wolę współżycia z wrogiem, a co więcej, z wrogiem słabszym od siebie. Autora „Buntu mas” dziwi to, że rodzaj ludzki był w stanie dojść do czegoś tak pięknego, tak paradoksalnego, tak eleganckiego, tak akrobatycznego i zarazem tak naturalnego. Konkluduje jednak gorzko, że nie powinno nas specjalnie dziwić, iż ludzie zdecydowani są to wszystko to odrzucić. Za trudne to zadanie i zbyt skomplikowane, by mogło na ziemi przyjąć się na trwałe.
No cóż, szczęście życia w demokracji trwało krótko. Kruszeje na naszych oczach trójpodział władzy, filar demokracji. Obserwujemy coraz głębszą relatywizację prawa. Mówi się wręcz o deflacji praworządności. Coraz częściej wyroki sądów bywają stronnicze, podyktowane względami politycznymi.
Diagnozujemy na różne sposoby erozję demokracji, zapominając co czyniło ją dobrym modelem współżycia tylu wspólnot. O świetności demokracji udanie pisze David Runciman, brytyjski profesor nauk politycznych z Uniwersytetu Cambridge, w opublikowanej w 2018 r. pracy: “How Democracy Ends”: Atrakcyjność współczesnej demokracji ma dwa źródła. Po pierwsze, ustrój ten oferuje godność. Politycy traktują serio podglądy mieszkańców krajów demokratycznych. Wolno je wyrażać i liczyć na ochronę przed ograniczeniem tej wolności. Demokracja niesie ze sobą szacunek. Po drugie, daje długoterminowe zyski. Z biegiem czasu życie w bezpiecznym państwie demokratycznym zapewnia obywatelom szansę udziału w korzyściach materialnych wypływających ze stabilności, dobrobytu i pokoju.
W utrzymaniu atrakcyjności demokracji niezbędne są praktyczne elementy. Demokracja potrzebuje poważnych polityków i poważnych uczestników życia społecznego. W obu przypadkach, chodzi o docenienie korzyści wynikających ze stabilności norm demokratycznych. Tymczasem, w świecie publicystyki świata zachodniego, aż się roi dziś od relacji i komentarzy mówiących o upadku elit i degradacji statusu obywatela.
Dla atrakcyjności demokracji ważna jest wolność wyboru. Ta też nadwyrężona. Coraz częściej słyszy się, że we współczesnych „wolnych” wyborach władzę się kupuje, a nie wybiera. Wybory stały się zatem fikcją. Runciman zauważa, że są one dziś potrzebne politykom dla legitymizacji ich władzy nie przez większość społeczeństwa, lecz przez większość wyborców, przekupionych w taki lub inny sposób. Politycy, by zdobyć głosy, lubią rozwodzić się nad tym, jak z danej polityki skorzystają konkretni wyborcy, a jednocześnie odwołują się do idei godności zbiorowej. Pod pewnymi względami płaszczyzny atrakcyjności ulegają odwróceniu: jeśli zagłosujesz na mnie – powiada kandydat – tobie będzie wiodło się lepiej, a twoja grupa będzie cieszyć się większym szacunkiem. To właśnie czyni demokrację frustrującą.
Z tak zarysowanej frustracji wynikają określone konsekwencje. Zdaniem Runcimana, wiek XXI może stać się złotą erą teorii spiskowych. Wyznają je zwykle ludzie przekonani, że w warunkach demokratycznych nigdy nie odniosą sukcesu. Jednym z powodów, dla których teorie spiskowe mnożą się dziś wszędzie, jest fakt, że polityka zdominowana jest przez populizm. Jego fundamentem – czy to populizmu lewicowego czy prawicowego – jest założenie, że elity okradły ludzi z demokracji. Aby ją odzyskać, należy wyciągnąć je z kryjówek, w których snują swoje prawdziwe plany, dla niepoznaki na pokaz wychwalając demokrację. Logika populizmu jest teorią spiskową.
Mało tego. Jawnie mówi się już dziś o zniewoleniu w świecie demokracji! Ogarnęło ono niemal wszystkie sfery życia. Ludzie stają się niewolnikami z tytułu zajmowanej pozycji w hierarchii społecznej lub zawodowej. Są też „niewolnikami” rozmaitych przedmiotów i organizacji (urządzeń codziennego użytku, pieniądza, banków, reklamy, mass mediów, mody, narkotyków, czasu oraz standardów zachowań narzucanych przez kanony public relations), które wyalienowały się tak dalece, że wymknęły się spod kontroli i zaczęły „same rządzić”.
I to jeszcze nie koniec okoliczności sprzyjających erozji najlepszego z politycznych systemów. Demokracja, schwytana w sieci, procesy zniewolenia pogłębia. W Internecie można wpływać na społeczne nastroje, wywoływać euforię, ale także agresję i przemoc. „Internetowe nagonki nie są niczym rzeczywistym – przypomina Runciman. – Lincze są wirtualne lecz przemoc jest realna: ofiara cybernetycznej tłuszczy może doznać krzywdy, po której trudno jej będzie dojść do siebie. Doznaje ona niemal fizycznego bólu. Ludzie na nowo odkryli, jak wyzwalająco działa grupowy atak na kogoś, kto im się naraził. Porywające! Lecz niekiedy zabójcze.
W demokracji ateńskiej ważny był jej osobisty charakter – demos musiał patrzeć swoim ofiarom w oczy. Kiedy nie musiał tego robić – bo np. osądzał generałów poniewierających się za morzem – dużo łatwiej było mu wydawać wyroki skazujące. Rucinman zapewnia, że demokracja bezpośrednia a’ la Twitter, jest bardziej niebezpieczniejsza, ponieważ nie pętają jej ograniczenia przestrzeni fizycznej ani osobistej znajomości tematu. Nienawiść wyrażana w Internecie, niejednokrotnie sprowokowana, czy nawet sterowana przez fachowców, to czyste zło. Wzburzony tłum niczego się nie boi i nie okazuje łaski.
Największe zagrożenia dla zachodniego ładu dopiero przed nami. Najbliższe lata pokażą, jak bardzo sztuczna inteligencja, czy raczej należałoby powiedzieć, zawiązująca się dopiero globalna superinteligencja, wpłynie na intensywność erozji demokracji.
Zdanie Runcimana jest w tej kwestii co najmniej kontrowersyjne. Uważa bowiem, że zagrożeniem ludzkości nie jest sztuczna inteligencja, lecz ludzie, którzy ją niecnie wykorzystują. Partie polityczne korzystają ze zautomatyzowanych baz danych przy prowadzeniu kampanii. Rządy coraz częściej posługują się rozbudowanymi systemami danych, aby zarządzać usługami publicznymi, takimi jak opieka zdrowotna. Maszyny te nie dążą jednak do zniewolenia nas. W ogóle same z siebie do niczego nie dążą – ten poziom woli jest im niedostępny. Nie są po prostu naszymi służącymi – są niewolnikami.
Nie zgadzam się z tym poglądem Runcimana. Owszem, maszyny nie mają własnej woli. Nie jest jednak tak, że ludzie panują i będą zawsze panować nad maszynami. Sytuacja jest niezwykła i o wiele groźniejsza niż to, co znamy z przeszłości świata technologii. Specjaliści dzisiaj są nie tylko konstruktorami maszyn, technologami, czy menedżerami, ale i w coraz większym stopniu, częścią matni, którą tworzą. A w następstwie tego procesu matnia sama ich ukształtuje. Dlaczego?
Przyczyniamy się obecnie się do gwałtownego rozwoju AI i do rozwoju władczej superinteligencji. Chętnie nie zauważamy, że tworzymy nowego golema, sądząc, że ze szkiełkiem mędrca w oku, mamy „to wszystko” pod kontrolą. Doskonaląc w naszym przekonaniu maszyny, możemy łatwo prześlepić fakt, że sami stajemy się częścią systemów i technologii, które tworzymy rozwijając owe maszyny. Złudą jest przekonanie, że wciąż dysponujemy technicznymi i politycznymi instrumentami władzy nad nimi. Tworząc nowe programy, algorytmy, mechanizmy, konstruując superinteligencję, dzięki naszym kwalifikacjom i kompetencjom, jesteśmy de facto już częścią wielkiego globalnego systemu… którego nie ogarniamy.
Maszyny zapewniające rozwój superinteligencji wkrótce z nas zakpią. Ratunek zatem w samoograniczaniu się? W tę zdolność człowieka akurat nie wierzę. Nieposkromiona żądza władzy i chciwość powszechna w wydaniu możnych tego świata, w połączeniu z biernością omotanych rozrywką internetową mas, ułatwi walkę o panowanie nad światem z użyciem największych mocy technologicznych. Zatem wszyscy zostaniemy wkrótce ze słynną ręką w nie mniej słynnym nocniku.
Rucinman docenia jednakowoż ryzyko złego wpływu czekających nas zdarzeń. Jego zdaniem, zagrożenie dla demokracji przedstawicielskiej stwarzają wpływowe światowe korporacje, które mogą podsuwać nam polityków w wyborach, podobnie jak podsuwają swoje produkty na zakupach. „W przeszłości wygraną z korporacjami zapewniła państwu kontrola nad mieczem i pieniądzem – pisze Runciman. – Tymczasem, gdy toczy się nowa walka sieci z siecią, wielkie koncerny technologiczne mają inną przewagę. Konta na Facebooku mają dwa miliardy osób – to więcej ludzi niż w jakimkolwiek kraju czy imperium. Portal może infiltrować ich w sposób nieosiągalny dla żadnego państwa.
Globalizm wkracza w nową fazę, zaś postępująca erozja demokracji, i to w fazie najbardziej masowego dostępu do informacji, doprowadzi w końcu do jej zaniku pod dyktatem nowej wspaniałej superinteligencji.
Acz nadal będziemy mogli dyskutować, czy to dobrze, czy źle.
Zygmunt Barczyk
