Co się dzieje z językiem polskim? O zmianach w potocznej polszczyźnie uwag kilka…
Przed paru tygodniami sprawy rodzinne ściągnęły mnie na kilka dni do Poznania. Była to moja druga wizyta w Polsce w ciągu paru miesięcy. Poznań, to miasto, w którym się urodziłam i gdzie spędziłam lata szkolne oraz studia. Jednak wrażenia z tych dwóch ostatnich pobytów były co najmniej mieszane.
Początkowo przeważał zachwyt na tym, jak pięknie Poznań się rozbudował. Bo jest to naprawdę wspaniałe miasto, pełne nie tylko zabytków, parków, kościołów, sal koncertowych (żeby nie wspomnieć o Operze i teatrach) oraz pieczołowicie odrestaurowanych budynków, jak również wielu świetnych restauracji oraz – co nie mniej ważne – urokliwych kafejek, pubów i innych miejsc, gdzie można spokojnie spędzić popołudnie czy wieczór, z rodziną czy przyjaciółmi. Poznań zawsze uchodził za jedno z najbardziej „zielonych” miast w Polsce i tak jest nadal: dbałość o dobre utrzymanie parków i zieleń na każdym osiedlu czy w innych strategicznych miejscach w mieście sprawiają, że łatwiej się tu myśli i oddycha. Jestem na pewno trochę subiektywna i nie ukrywam, że miasto to jest mi nadal bardzo bliskie, bliższe nawet od Krakowa, gdzie też częściowo się wychowałam.
Jednak po kilku dniach pobytu, kiedy to przemieszczałam się po mieście komunalnymi środkami lokomocji (tramwajem czy autobusem), zaszokował mnie język współczesnej młodzieży. Przykro mi, zwłaszcza jako polonistce z zawodu, stwierdzić, że język polski strasznie zwulgarniał. Kiedyś słowo „k…” kojarzyło się wyłącznie z pijakami spod budki z piwem i sygnalizowało brak wykształcenia, a przede wszystkim brak obycia. Dzisiaj, a słyszałam to niejednokrotnie siedząc w tramwaju, w autobusie czy czekając na przystankach, młodzież używa go nie tylko (jak to się kiedyś mawiało) jako „przecinka”, ale pojawiało się ono w zasłyszanych rozmowach niemal co drugie słowo. I nie tylko wśród młodzieży męskiej.
Kiedyś wsiadły do tramwaju trzy młode dziewczyny, bardzo z wyglądu „normalne”, miłe i efektowne i bez żenady dzieliły się głośno wrażeniami z jakieś niedawnej imprezy. Większość pasażerów mogła zatem usłyszeć tekst typu: I on do mnie, k…, dzwoni, a ja mu k… mówię, że nie mam k… czasu, a ten… (tu rzeczownik naprawdę z rynsztoka rodem, w połączeniu przymiotnikiem z tego samego źródła, na określenie rzekomego absztyfikanta), k… nadal się dobija, k…! I tak dalej w tym stylu, bo koleżanki dzielnie jej w tym sekundowały. A kiedy, idąc ulicą w centrum Poznania, przez pomyłkę wkroczyłam na ścieżkę dla rowerów, mijający mnie na hulajnodze elektrycznej młodzieniec obrzucił mnie stekiem soczystych wyzwisk.
Nie były to, niestety, wyjątki. Już rok wcześniej, zimą, czekając na koleżankę w holu Collegium Maius Uniwersytetu Adama Mickiewicza, usłyszałam, jak mijająca mnie młodzież używała słownictwa naszpikowanego niecenzuralnymi słowami. Kiedy zapytałam koleżankę, czy to staje się nagminne, nawet u młodzieży akademickiej, odparła, że niestety tak.
Chyba rzeczywiście tak, bo w ciągu tego kilkudniowego pobytu w Poznaniu, wiele razy dobiegły mnie strzępki rozmów młodzieży, pełne tego typu wulgaryzmów. Pisząc to czuję się jak przysłowiowa stara ciotka, co to siedzi na kanapie i ma wszystkim wszystko za złe. Jako polonistkę interesuje mnie jednak ten językowy trend. Wiadomo, że polskie przekleństwa i bluźnierstwa, w przeciwieństwie do języków innych krajów, nie zawierają odnośników religijnych, jak np. we Włoszech, gdzie przekleństwa mogą obejmować Boga i Matkę Boską czy w Szwecji, gdzie odnoszą się one najczęściej do diabła i piekła. Polskie wulgaryzmy opierają się głównie – nazwijmy to tak – na szczegółach anatomicznych dolnych części ciała, czy też na potencjalnych możliwościach kopulacyjnych. Nigdy dotąd jednak, takie przynajmniej odnoszę wrażenie, wulgaryzmy tego rodzaju nie spotykały się z powszechną społeczną aprobatą lub obojętnością. Język tego typu przeniknął bowiem obecnie do niemal wszystkich mediów społecznościowych. Wielu influencerów, zarówno płci męskiej, jak i żeńskiej, działających na różnych platformach, jak np. Facebook, Instagram, Tik Tok, YouTube, etc., bez których trudno dzisiaj wyobrazić sobie świat mediów i Internetu, dzielących się ze swoimi fanami przeżyciami, zdjęciami, pasjami, hobby oraz pracą, standardowo używa wulgaryzmów.
Kiedy weszłam na Googla, pod hasłem „Jak się wybić na Instagramie?” znalazłam następującą poradę: Stosuj dynamiczne efekty wizualne i chwytliwe opisy, które zachęcą do interakcji. Czy wulgaryzmy zachęcają do interakcji? Najwidoczniej tak, zwłaszcza gdy podnoszą „koloryt” językowy we wszelkiego typu skeczach kabaretowych czy innych żartach serwowanych przez stand-uperów. Przejrzałam wiele z nich na potrzeby tego tekstu i byłam zaskoczona częstotliwością i intensywnością używania wulgaryzmów. Kiedyś uchodziły one za ubóstwo językowe, kiedy ktoś nie potrafił znaleźć innego słowa na wyrażenie emocji czy irytacji. Dzisiaj służą one właśnie do podkreślenia takowych i – jak widać z popularności tego typu programów – przyczyniają się gremialnie do zwiększenia zasięgu i sukcesu influencerów i influencerek, angażując część społeczności wokół danego profilu w mediach.
Wiadomo z historii, że każda starsza generacja zżyma się na różne nowe pomysły i przedsięwzięcia generacji następnej. Nic tak dobrze jak język nie odzwierciedla różnych trendów w społeczeństwie. Trudno jednak obwiniać wyłącznie społecznościowe media, skoro i w życiu publicznym retoryka wystąpień, zwłaszcza w debatach politycznych, zaskakuje zwrotami, których kiedyś żaden szanujący się polityk czy dziennikarz nie użyłby podczas publicznych wystąpień.
Zatem wkroczyliśmy w nową erę rozwoju języka polskiego – czy nam się to podoba czy nie. Wygląda ponadto na to, że – parafrazując Szekspira – w tym językowym szaleństwie jest metoda – to działa i daje niestety efekty. Jako polonistka, która całe swoje życie zawodowe w Szwecji poświęciła na uczeniu studentów języka polskiego, patrzę na to, mimo wszystko, trochę z zewnątrz. Niemniej jednak czekam na dalszy ciąg. Bo, jak to bywa z językiem, wszystkie te przekleństwa z czasem być może spowszechnieją, a jako takie nie będą już miały obecnej siły oddziaływania.
Czy nastąpi wtedy era nowej społecznościowej retoryki? Pozostawiam to pytanie za otwarte.
M. Anna Packalén Parkman
