Tu i Teraz czyli Nigdzie. O filmie rosyjskim
Jeden z lepszych filmów rosyjskich to ”Swołoczi” (Bydlaki), w którym wojenny problem bezdomnych dzieci rozwiązuje się po makarenkowsku, przy pomocy personelu częściowo zwolnionego z Gułagu. Przekształcenie młodych wykolejeńców w oddział dywersantów oznacza w warunkach wojennych produkcję mięsa armatniego (w akcji w Transylwanii ginie 80% spadochroniarzy), a jakaś licząca się edukacja nie następuje: do ostatniej chwili planowane są ucieczki, a zadanie wykonuje się niemal przypadkiem.
W lata pięćdziesiątych, tuż po śmierci Stalina, przenoszą nas film ”Stiliagi” (Bikiniarze) ukazujący w konwencji musicalu zjawisko znane w Polsce w okresie nieco wcześniejszym, gdy noszono skarpetki w paski i buty na słoninie. W ZSSR mogła sobie na takie ekstrawagancje pozwolić młodzież nomenklaturowa, ale jeden z nich, przeobrażony w dyplomatę, opowiada koledze, że w USA nie ma bikiniarzy. Było to jednak przed rozkwitem mody punk.
Do historii należy już też okres pierestrojki (1985-1991) kiedy młody Andrej Razin zakładał wraz z solistą Szatunowym zespół ”Łaskowyj maj”. Z filmu pod tym tytułem wynika jednak, że każdy kraj ma takie zespoły pop na jakie zasługuje, choć wywołują one tę samą młodzieżową histerię co na Zachodzie.
Nawet jednak filmy rozgrywające się we współczesności zdają się inscenizować swe historie jakby obok niej. W konwencji snu, marzenia, alegorii rozgrywa się film ”Zabłąkani” (Zabłudiwsijesja) Akana Satajewa, przywołując rzeczywistość tylko niekiedy, w czarno-białych scenach retrospektywnych.
Może tylko w jednym z najambitniejszych filmówtego kina – ”Rodzinie” (Siemja) Marata Sarullu – ukazano angażujący obraz współżycia Rosjan i Kazachów gdzieś w górach na pograniczu Kirgizji, ale i tu narracja cofa się niekiedy do przełomu XIX i XX w.
Bardzo niezręcznie jest pisać o filmach rosyjskich w momencie, gdy stosunki polsko-rosyjskie są dzisiaj jakie są. Niezręcznie, bo przynajmniej jeden film uznać można za utwór, w jakimś stopniu, antypolski. To nowa adaptacja powieści Nikołaja Gogola ”Taras Bulba”. Po ”Połtawie” i ”1612” znów mamy tu historyczną propagandę, mimo polskiego wątku miłosnego jak z Romea i Julii. Film nie dodaje oczywiście żadnych nowych motywów, te same akcenty zawierała np. amerykańska ekranizacja z roku 1962 z Yulem Brynnerem w roli tytułowej. Zastanawia natomiast fakt, że przez 70 lat istnienia ZSSR powieść ta nie była adaptowana, co daje się wytłumaczyć obawą przed elementami ukraińskiego nacjonalizmu. Chociaż powstawały takie filmy antypolskie jak ”Bohdan Chmielnicki” (1941) czy ”Minin i Pożarski” (1939). W nowym filmie Władimira Bortko słowo „Ukraina” pada może tylko dwa razy, podkreśla się natomiast duch rosyjski (russkij), odpowiedni (wielkoruski?) patriotyzm i wiarę prawosławną. Mógłby to być także film antysemicki (mówi się np. o szynkarzach co w napisach angielskich tłumaczy się na Jews), gdyby nie świetna postać pewnego Jankiela, szmuglującego Tarasa (w tej roli pamiętny Chmielnicki z ”Ogniem i mieczem”, czyli Bogdan Stupka) wozem pod cegłami do Warszawy i rozmawiającego tam w jiddisch z pobratymcami.
Do Gogola nawiązuje także film Ilii Demiczewa ”Homary” (Kakraki), pełen absurdalnych czynów i intencji, wśród których rzeczywistość kryje się za gęstą pianą pozorów jeśli to wszystko nie było snem.
Kino rosyjskie zdaje się wydatkować swą twórczą energię na pogoń za historią pozostawiając współczesną rzeczywistość na uboczu.
Aleksander Kwiatkowski
