writer-cartoon-8828814_1280

Większość ludzi, prawie wszyscy których znam czy nie znam, bez różnicy, miało kiedyś, lub co gorsza, ma po prostu stale rację. Gdyby wszyscy mieli rację (kto ma rację, ten stawia kolację!), nie tylko nic dobrego czy pożytecznego by z tego nie wynikało, ale świat by po prostu stanął. To między innymi oznacza, że aby życie nie tylko się rozwijało, ale w ogóle trwało, niezbędna jest jakaś ilość osób, które nie mają racji.

Do takiej konkluzji doszedłem dopiero teraz, dosłownie dziś, to znaczy o wiele za późno. Powinienem to wiedzieć znacznie wcześniej. Mieczysław Fogg śpiewał „… i zawsze czegoś czegoś ci brak”. Fogg to był przedwojenny rewelers, ale mu wojna (Druga WŚ) kolegów rewelersów wybiła, więc w ludowej ojczyźnie śpiewał już sam. Poznałem go na chałturze „Setny Podwieczorek przy mikrofonie”, bo też tam śpiewałem. Fogg wykonywał tanga i walce, do których tańczyło się parami, trzymając się w objęciach. Kto chce niech wierzy lub nie wierzy, mnie nie zależy. A swoją drogą, to jest sprawa dla psychologa. Jak można czegoś bardzo chcieć, kiedy z góry wiadomo, że zawsze będzie czegoś ci brak?

Dziś piękna niedzielna pogoda. W moim parku króluje słońce i opanowało mnie miłe uczucie, że widok z balkonu i życie, są mi życzliwe. Jeżeli to jest stan faktyczny, a jest, czy potwierdza to jedynie, że fakty są, bo muszą się pojawiać i tworzyć konsekwencje? Tak właśnie, jednakże tylko do pewnego stopnia, ponieważ myśli nie zawsze są kompatybilne z sytuacją. Inaczej być po prostu nie może, gdyż inaczej świat nie nadawałby się do życia.

Ze wszystkiego, co mnie spotyka i co wiem, zawsze coś powinno wynikać i raczej wynika, ale nie tylko to, albowiem powinny wynurzać się również jakieś nauki, a z nimi pewności. Tylko, żeby to wszystko się udawało, należy wcześniej przepuścić przez głowę (jak słomiany kapelusz przez konia) i w taki sposób urealnić.

Moje smultronställe to spacer brzegiem morza z Gdyni do Orłowa i z powrotem. Tam, w Orłowie, mała przerwa. aby ponapawać się widokiem klifu wpartego w Bałtyk. Był czas, gdy z Ryśkiem S. odbywaliśmy co jakiś czas drobny spacerek z Gdyni do Gdańska, 22 kilometry brzegiem plaży. To było wówczas, 1971 rok, jeszcze możliwe. Dwa lata później wyjechałem na rok do Szwecji, by zarobić na pensjonat w Bieszczadach i zostałem na zawsze.

Dziś przypuszczalnie taki spacer nie jest już możliwy. Tego wprawdzie nie wiem, ale człowiek oczekuje zawsze jakiegoś postępu, jednocześnie atawistycznie starając się przed tym w jakiś sposób zabezpieczyć. Przed czym? Przed zdarzeniami, bo nie wiadomo jakie będą.

Dzień zaczął się i kończy na pisaniu. Pisałbym dalej, tylko zapomniałem o co mi chodziło, więc siedzę ugrzęźnięty w niczym. Takie stany powodują trudności w porozumieniu z sobą, a aby się z tego wygrzebać należy kontynuować pisanie, bo inaczej się nie przebrnie. Maszynę trzeba umieć poruszyć, a największą siłą jest siła bezwładu, ale to już jutro.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer