Koleje rzeczy
Człowiek ma w zwyczaju – mam tylko nadzieję, że to nie jest zaprogramowanie, a autentyczna ludzka własność i właściwość – patrzeć na koniec. Jak się skończy książka, film, życie. To zdanie jest jedynie poranną rozgrzewką, futingiem, jak mówiliśmy za czasów, gdy trener wyganiał nas na obozie treningowym z rana do lasu.
Gdyby człowiek przyjął wieczne trwanie jako live motiv niezależny od czegokolwiek, a koleje rzeczy potraktował jak pogodną tragedię /?/, wtedy można by spokojnie wierzyć w Boga i wszystko to, co wokół tej idei można przeżyć. Nie oczekiwalibyśmy żadnych gwarancji, czy czegoś w tym rodzaju, na przykład logicznego wytłumaczenia Jego, a zatem i naszego istnienia. Że to wszystko jest potrzebne, nawet niezbędne.
Wierzyłoby się w Boga i nie wierzyło jednocześnie, bowiem w ogóle by się o tym nie myślało, ponieważ wiara przy tak postawionej sprawie, przy takim gatunku myślenia, byłaby rzeczą błąhą i praktycznie nieistniejącą.
Innymi słowy, gdyby można żyć bez żądań, byłoby biedniej, ale zapewne bardziej szczęśliwie. Chcę przez to powiedzieć, że wcale się nie dystansuję od żądań. Można oczywiście żądać wszystkiego, ale nie na serio, tylko ot tak sobie, nie robiąc z tego wielkiego halo!
Życie – od razu przepraszam za banalność tego, co zaraz napiszę – wydaje się być trochę jak gra w karty, gdzie istotę stanowi nie on, gracz, ale same karty – anonimowe i nudne kartonowe czy plastikowe przedmioty. Wychodząc z tego punktu widzenia sama gra, rzekomo najważniejsza i pasjonująca, w rzeczywistości jest sprawą drugorzędną. Kolejne rozdania tylko wydają się być istotą rzeczy, bo najważniejsze są same karty. Co znaczy wygrana, bez kart, a te małe kartoniki same w sobie są takie nudne!
Można się z tak postawioną sprawą Boga i żądań godzić lub nie – Twoja sprawa. Ale przyznasz miły Czytelniku, że to zupełnie niezłe ćwiczenie na poranne rozgrzanie umysłu?
Oto drugie ćwiczenie. Całe życie człowieka, jego jestestwo, dzieje się w pamięci. Tylko i wyłącznie w pamięci, gdzieżby indziej? A zatem w wielce skomplikowanym pomieszczeniu, w magazynie przepełnionym po brzegi połączeniami i przełącznikami, zwojami tak drobnych, że niezauważalnych łącznikowych rurek, drutów i styków. Podobnych dawnej centrali telefonicznej, gdzie pracowała ciocia Janka, matka kuzynów Konrada i bliźniaków Zdzicha i Olgierda. Ta przedziwna i niezrozumiale pogmatwana plątanina ma być owym wspaniałym umysłem, najlepszą maszyną wszechświata i wszechczasów, jaką Bóg potrafił był wykoncypować?
Prawdę mówiąc wszystko, co ostatnimi czasy piszę, robię bez przekonania, przyjmując jako coś bez większej potrzeby ani znaczenia. Piszę, bo piszę, dla porządku i początku dnia. W ogóle pisanie ma mnie – musi! – utrzymać w formie, co oznacza jaki taki porządek w głowie, a tenis w ciele. Taka koncepcja odpowiada mi i nawet się podoba, również dlatego, że od paru dni powróciłem do pastylki na sen i jestem wypoczęty.
Andrzej Szmilichowski
