Jeszcze trochę popsuję krwi Mikołajczykowi. Historia Waldemara Sobczyka w Szwecji
„Newa” to kryptonim jednego z najbardziej znanych agentów PRL-owskiej bezpieki w Szwecji. Mowa o Waldemarze Sobczyku, który prowadził dywersyjną działalność w ruchu ludowym na emigracji. Pisaliśmy o nim już w Nowej Gazecie Polskiej w 2014 roku w artykule „Agent szczery i oddany”.
Dokładną pracę badawczą nad działalnością Sobczyka zajął się Krzysztof Tarka, nieżyjący już historyk specjalizujący się w historii najnowszej, nauczyciel akademicki związany z Uniwersytetem Opolskim. W artykule „Waldemar Sobczyk i „Nasz Znak” – dywersja w ruchu ludowym na emigracji” dokładnie opisuje działalność „Newy” w Szwecji (Pamięć i Sprawiedliwość : biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Instytutu Pamięci Narodowej 2011, [nr] 2 = [nr] 18).
Pierwszy numer miesięcznika „Nasz Znak” ukazał się w czerwcu 1952 r. Wydawcą pisma był Zarząd Okręgu Polskiego Stronnictwa Ludowego w Szwecji. Redakcja „Jutra Polski”, reklamując nowe wydawnictwo, pisała:
„Ładna okładka z zielonymi koniczynkami na tle kłosów ze znakiem »PSL« i starannie wykonane ilustracje podnoszą jego formę zewnętrzną” . Założyciel i redaktor naczelny „Naszego Znaku”, Waldemar Jan Sobczyk urodził się 9 czerwca 1928 r. w Płocku. Był synem Stefana i Zofii z Dorobków. Okres wojny spędził w powiecie płockim. W sierpniu 1944 r., jako szesnastoletni chłopiec, został wywieziony przez Niemców na roboty. Budował fortyfikacje w Prusach Wschodnich, w okolicach Insterburga (obecnie Czerniachowsk w Rosji), a następnie w Gołdapi i Mikołajkach. Udało mu się uciec i w grudniu 1944 r. dotarł w rodzinne strony. Po zakończeniu wojny Sobczyk mieszkał wraz z matką Płocku. W 1947 r. wyjechał do Wrocławia, gdzie uczył się w szkole wieczorowej, a potem pracował w drukarni tekstylnej w Łodzi. W 1948 r. poprzez Gdańsk nielegalnie opuścił Polskę. Zamieszkał w Borås w południowej Szwecji. Pracował jako robotnik w fabryce. W 1949 r. ożenił się z Ireną Pachnią, byłą więźniarką obozów koncentracyjnych w Auschwitz-Birkenau i Ravensbrück, która pod koniec wojny dzięki pomocy Czerwonego Krzyża wyjechała do Szwecji. W kwietniu 1950 r. Sobczyk wstąpił do Polskiego Stronnictwa Ludowego i szybko stał się jednym z aktywniejszych działaczy. Został prezesem koła PSL w Borås, a w styczniu 1951 r. sekretarzem Zarządu Okręgu PSL w Szwecji. Polityczna aktywność Sobczyka w ruchu ludowym szybko zwróciła na niego uwagę wywiadu Polski Ludowej. Już na początku lat pięćdziesiątych rozważano pozyskanie go do współpracy. Rozpracowanie prowadzone przez Departament VII (wywiad cywilny) Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego nie pozwalało jednak na dokładne zorientowanie się, „na jakiej bazie można dokonać werbunku”. Po uruchomieniu rezydentury wywiadu na terenie Szwecji planowano szczegółowo zająć się rozpracowaniem Sobczyka. Obserwacji poddano również jego rodzinę w kraju.
Według źródeł jakimi posługuje się autor opracowania, Krzysztof Tarka, Sobczyk już pod koniec wojny był na kursie NKWD w Związku Sowieckim, a po wojnie pracował w Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Płocku. I to właśnie na polecenie ”bezpieki” przystąpił do oddziałów konspiracyjnych – jako agent-prowokator miał się przyczynić do aresztowania działaczy podziemia niepodległościowego. Zdemaskowany uciekł, albo został wysłany do Szwecji, do pracy dywersyjnej.
PSL zaczął budować swoje struktury w Szwecji już w 1946 roku. Powstał wówczas Okręg Stronnictwa Ludowego ”Wolność” oraz Polskie Towarzystwo Oświatowe imienia Wincentego Witosa. Po ucieczce z Polski późniejszego premiera rządu na uchodźstwie Stanisława Mikołajczyka, ludowcy utworzyli Tymczasowy Zarząd Okręgu Polskiego Stronnictwa Ludowego w Szwecji, a jego głównymi działaczami byli m.in. Michał Pluciński, Piotr Zawada, Paweł Musiolik i Waldemar Bagiński. I oczywiście Waldemar Sobczyk.
Niszowy miesięcznik „Nasz Znak” wydawany przez Sobczyka, jak na ówczesne czasy, miał dość imponujący nakład – około 1000 egzemplarzy. „Nasz Znak”, podobnie jak kierownictwo PSL, zajmował krytyczne stanowisko wobec wydarzeń w „polskim” Londynie. A Akt Zjednoczenia podpisany w marcu 1954 r. przez ugrupowania Rady Politycznej i stronnictwa „zamkowe” nazwano wręcz „aktem zdrady”. Oprócz ataków na emigrację na łamach pisma zaczęły pojawiać się artykuły o gospodarczych sukcesach Polski Ludowej. Miesięcznik występował także w obronie historycznych praw Polski do ziem zachodnich. Nic więc dziwnego, że w wydawaniem pisma zainteresowana była Warszawa. Zachowały się protokoły, z których jasno wynika jakimi pieniędzmi wspomagana była działalność wydawnicza Sobczyka, a nawet jego prywatne wydatki. Z Sobczykiem współpracowała jego żona, była więźniarka obozów koncentracyjnych, Irena Pachnia, która angażowała się w życie polonijne i przemycała z Polski pieniądze przekazywane jej przez Departament I MSW. Sobczykowie mieszkali początkowo w Borås, później przenieśli się do Linköpingu, stąd „Nasz Znak” miał dość dziwne miejsce wydawania.
Kariera Sobczyka w strukturach PSL była wyjątkowo szybka, w 1955 roku wszedł w skład centralnych władz PSL. Na I Kongresie stronnictwa obradującym 5–7 marca 1955 r. w Paryżu redaktor „Naszego Znaku” został wybrany do liczącej 125 osób Rady Naczelnej PSL. Ale – jak pisze Tarka:
Równocześnie Sobczyk wycofał się z działalności we władzach PSL w Szwecji oraz z kierownictwa koła w Borås. Na jego decyzję wpłynął zapewne konflikt z Michałem Plucińskim, prezesem Okręgu PSL w Szwecji. Sobczyk zamierzał również całkowicie poświęcić się redagowaniu „Naszego Znaku”. Sprawa miesięcznika była dyskutowana na posiedzeniu zarządu Okręgu PSL w Szwecji 12– –13 lutego 1955 r. (Sobczyk nie wziął udziału w spotkaniu). W sprawozdaniu z działalności PSL w Szwecji Pluciński stwierdził: „Koło PSL w Borås powstało dzięki kol. Sobczykowi w 1950 r. W pierwszym okresie bardzo aktywne, później chwilowo upada przez kryzys, jaki się wywiązał z pojawieniem się »Naszego Znaku«. Robota Sobczyka w »N[aszym] Z[naku]« osłabiła robotę PSL-owską. Dużo nam to sprawiło kłopotów i praca podczas tego okresu upadła”. Z wypowiedzią Plucińskiego polemizował Leopold Kosik z koła w Borås. Według niego, prezes PSL w Szwecji domagał się zmniejszenia objętości i nakładu „Naszego Znaku”. Sobczyk zgodził się na zmniejszenie formatu pisma przy zachowaniu dotychczasowej liczby stron, deklarował również, że z własnej kieszeni pokryje ewentualny deficyt. Pluciński uznał wówczas, że miesięcznik przestał być pismem Zarządu Okręgu PSL w Szwecji i stał się prywatną inicjatywą Sobczyka. W odpowiedzi redaktor „Naszego Znaku” powołał kilkunastoosobowy Komitet Redakcyjny złożony z działaczy PSL z różnych krajów. Komitet cieszył się aprobatą Mikołajczyka.
Pluciński, wbrew stanowisku większości szwedzkiej organizacji, opowiedział się po stronie usuniętych ze stronnictwa członków NKW oraz za dołączeniem PSL do Tymczasowej Rady Jedności Narodowej. Oskarżał również „Nasz Znak”, że jest pismem prokomunistycznym, sieje zamęt w umysłach ludowców oraz zwalcza Kościół katolicki. Sobczyk podejrzewał również, że Pluciński doniósł na niego na policję. Podczas przesłuchania 21 września 1955 r. Szwedzi poinformowali redaktora „Naszego Znaku”, że ze strony polskich organizacji emigracyjnych oraz duchowieństwa wpłynęło przeciwko niemu „szereg poważnych oskarżeń”. Zarzucano mu przede wszystkim prokomunistyczne sympatie. Sobczyk odmówił złożenia wyjaśnień do czasu przedstawienia mu dowodów. Poprosił też Stanisława Kota, przewodniczącego Rady Naczelnej PSL i jednego z najbliższych współpracowników Mikołajczyka, o list poręczający, że nie szerzy komunistycznej propagandy, od lat należy do PSL, jest członkiem władz stronnictwa i redaktorem ludowego czasopisma. Kot posłał wówczas oficjalne pismo do policji szwedzkiej z odpowiednim oświadczeniem.
Artykuły jakie ukazywały się w ”Naszym Znaku”, w których o emigracji pisano jako o ”politycznych bankrutach, politycznych i narodowych prostytutkach”, o ”skorumpowanych pseudoniepodległościowcach” czy wręcz ”warchołach” nie zostawiały jednak złudzeń. Pod szyldem ”Naszego Znaku” ukazały się także broszury mające skompromitować najpierw Mikołajczyka, później i Jerzego Giedroycia – autorem tej ostatniej był Tadeusz Mateja (pseudonim Klaudiusza Hrabyka) ”Podwójne życia Jerzego Giedroycia” (Szwecja, Malmö 1965). Na marginesie: warto zwrócić uwagę, że w podobnym tonie, w późniejszym okresie, utrzymane były artykuły w innym piśmie emigracji polskiej w Szwecji, wydawanych przez Radę Uchodźstwa Polskiego ”Wiadomościach Polskich”, wówczas opanowaną przez grupkę ”prawdziwych niepodległościowców”. Jeden z nich znowu stał się tubą ideologiczną ostatnich lat działalności RUP…
Artykuły drukowane na łamach „Naszego Znaku” były coraz wyraźniej sprzeczne z programem PSL. We wrześniowym numerze miesięcznika z 1956 r. Stefan Mereżka (jeden z pseudonimów Sobczyka) oskarżał Stolicę Apostolską o sprzyjanie interesom Niemiec „i to niejednokrotnie kosztem i z oczywistą krzywdą dla interesów Polski”. Publicysta przekonywał, że na przestrzeni dziejów Polska wielokrotnie osłaniała chrześcijańską Europę przed atakami niewiernych, w zamian spotkało ją „gorzkie i bolesne rozczarowanie”. Atak na Watykan zbieżny był z tezami propagandy komunistycznej.
W raporcie Władyslawa Wojtasika z 11 VIII 1956 r. „o zezwolenie na przeprowadzenie rozmowy sondażowej z Sobczykiem Waldemarem przez informatora „Żak”” czytamy:
W ocenie wywiadu PRL „Nasz Znak”, choć zawierał „wyraźne akcenty antyradzieckie” oraz stał „na gruncie polityki PSL”, to różnił się od innych „szmatławców emigracyjnych” tym, że „nie wypowiada się w sposób tak perfidny, jak pozostałe pisma – stoi na stanowisku obrony ziem zachodnich, wypowiada się przeciwko militaryzmowi niemieckiemu oraz ostro atakuje T[ymczasową] R[adę] J[edności] N[arodowej] i »grupę zamkową«”. Sygnały o rozdźwiękach w łonie PSL sprawiły, że zamierzano nawiązać kontakt z Sobczykiem. „Głębsze rozeznanie polityczne” redaktora „Naszego Znaku” miało na celu „wyrobienie sobie poglądu i upewnienie się, na ile celowym będzie pozyskanie go do współpracy z nami oraz ustalenie płaszczyzny, na podstawie której będzie można podchodzić z ew[entualną] propozycją współpracy”. Gdyby zwerbowanie Sobczyka „z różnych względów” uznano za niecelowe, to chciano się przynajmniej zorientować, na ile realny byłby jego powrót do kraju.
Jak pisze Tarka:
W tym celu w październiku 1956 r. do Båstad w „odwiedziny” do siostry (żony Sobczyka) przyjechał Tadeusz Pachnia. W rzeczywistości „Żak”, informator Wojewódzkiego Urzędu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi, podczas dwutygodniowego pobytu w Szwecji przeprowadził na zlecenie wywiadu rozmowy sondażowe z redaktorem „Naszego Znaku”. Przed wyjazdem do Szwecji „Żak” otrzymał od wywiadu szczegółowe instrukcje. Miał ustalić okoliczności wyjazdu Sobczyka z Polski, jego stosunek do kraju i przywódców emigracyjnych, działalność polityczną w PSL, sytuację materialną oraz zaproponować mu nawiązanie rozmów z przedstawicielem władz PRL. Podczas pobytu w Szwecji „Żak” opowiedział szwagrowi „legendę” o rzekomym znajomym z Łódzkiego Komitetu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, poprzez którego dowiedział się o możliwościach przyjazdu emigrantów do kraju. Sugerował Sobczykowi, aby o szczegółach porozmawiał z „przedstawicielem MSZ”, który jeździ po różnych państwach. Redaktor „Naszego Znaku” na razie nie miał jednak zamiaru wracać do Polski. Jak się wyraził, „jeszcze trochę popsuje krwi Mikołajczykowi”. Natomiast chętnie przystał na propozycję politycznej współpracy z krajem i rozmowę z przedstawicielem władz PRL. Zaproponował spotkanie w swoim mieszkaniu w jeden z niedzielnych poranków. Prosił, aby jego rozmówca zachował ostrożność i nie podjeżdżał pod dom samochodem, a przyszedł pieszo. Sobczyk chciał otrzymywać z kraju różne materiały i dokumenty dotyczące Ziem Zachodnich, które zamierzał wykorzystać na łamach swojego czasopisma. Sugerował również, że nie odrzuciłby pomocy finansowej. Podkreślił jednak, że nie da się kupić i będzie pisał to, co myśli i co uważa za słuszne. „Żak” oświadczył, że po powrocie do kraju przekaże swojemu „znajomemu” propozycję szwagra.
Opracowanie Krzysztofa Tarki świetnie pokazuje mechanizmy manipulacji emigracją przez wybranych agentów, którym w gruncie rzeczy głos nie spadł z głowy. W przypadku Sobczyka – owszem podejrzenia wobec niego miała tajna policja szwedzka i wielokrotnie był przesłuchiwany i inwigilowany, ale nic mu nie potrafiono udowodnić. Nawet przekrętów finansowych.
Rozmowę werbunkową z Sobczykiem w jego mieszkaniu w Linköping 9 grudnia 1956 r. przeprowadził podpułkownik Dybała (oficer wywiadu przedstawił się jako pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych). „Redaktor „Naszego Znaku” deklarował się jako gorący zwolennik zmian zachodzących w ostatnim okresie w Polsce. Miał twierdzić, że „program polityczny i gospodarczy, jaki wysunęła partia [Polska Zjednoczona Partia Robotnicza], jest jedynie słusznym programem do realizacji, którego trzeba skupić wszystkie siły w kraju i na emigracji”. Według Sobczyka, obrona niepodległości Polski i Ziem Zachodnich mogła być skutecznie prowadzona jedynie dzięki sojuszowi ze Związkiem Sowieckim. „Tur” z aprobatą wypowiadał się też na temat polityki władz PRL wobec wsi. Krytykował natomiast kierownictwo PSL, które – według niego – nie potrafiło dostosować swoich działań do zmieniającej się sytuacji w kraju. Oskarżał zwłaszcza Mikołajczyka o to, że prowadził „taką politykę, jaką dyktuje mu Departament Stanu”. Na łamach „Naszego Znaku” Sobczyk zamierzał demaskować „górę” PSL oraz propagować ideę współpracy z krajem. Chwalił się, że jego linia polityczna zyskuje coraz większe poparcie w szeregach PSL”.
Sobczyk zaczął otrzymywać z Warszawy pieniądze. Na comiesięcznych spotkaniach oficer wywiadu omawiał z „Turem” bieżące zadania i przekazywał mu dotację na miesięcznik. Łącznie w 1957 r. Sobczyk otrzymał 5220 koron, w tym tysiąc koron na kupno drugiej maszyny drukarskiej. (Według dzisiejszej wartości, ówczesne 5000 koron w 1950 roku, to wartość ok. 350.000 koron dzisiaj!). Po spotkaniu w dniu 11 listopada 1957 r. oficer wywiadu major Kochański zorientował się, że Sobczyk jest obserwowany przez szwedzką policję.
Za względów bezpieczeństwa w centrali MSW zdecydowano o wstrzymaniu na kilka miesięcy łączności z „Turem”. Kontynuowanie spotkań groziło dekonspiracją Sobczyka i oficera rezydentury oraz agentury wywiadu PRL, współpracującej z redaktorem „Naszego Znaku”. By nie doprowadzić do sytuacji, w której wydawanie pisma byłoby zagrożone, postanowiono, że w „odwiedziny” do siostry i szwagra kolejny raz pojedzie „Żak”.
Zanim jeszcze „Żak” wyjechał do Szwecji, redaktor „Naszego Znaku” znalazł się w tarapatach. W końcu stycznia 1958 r. Sobczykowa zawiadomiła telefonicznie brata o aresztowaniu męża przez szwedzką policję. Po kilku dniach „Tur” został jednak zwolniony z aresztu. Gdy na początku lutego 1958 r. „Żak” przyjechał na dwa tygodnie do Linkőping, zgodnie z instrukcją przekazał „Turowi” (to jeszcze jeden z pseudonimów Sobczyka) 5 tys. koron (dotacja za 10 miesięcy). Po powrocie do kraju poinformował też wywiad PRL o szczegółach aresztowania i przesłuchania szwagra.
Sobczyk został zatrzymany w drodze z pracy do domu. Równocześnie policja przeprowadziła szczegółową rewizję w jego mieszkaniu, podczas której zarekwirowano prywatną korespondencję, dokumenty redakcyjne oraz wszystkie roczniki „Naszego Znaku” wraz z matrycami nowego numeru. „Tur/Newa” przebywał w areszcie przez pięć dni. Szwedzi podejrzewali, że Sobczyk współpracował z wywiadem PRL, a „Nasz Znak” był subwencjonowany przez Warszawę. „Tur” nie przyznał się do stawianych mu zarzutów. Nie zaprzeczył jednak, że spotykał się z „urzędnikiem” peerelowskiego konsulatu (policjanci pokazali Sobczykowi zdjęcia „Stępnia” (major Janusz Kochański), jak wchodzi do jego mieszkania i z niego wychodzi, odtworzyli mu również nagrany fragment ich rozmowy w parku w Sztokholmie). „Tur” przekonywał, że spotkania ze „Stępniem” miały charakter prywatny i wiązały się z jego pracą jako dziennikarza. Dodał, że jako redaktor „Naszego Znaku” utrzymywał kontakty z wieloma osobami. Szwedzi wiedzieli także o wizycie Dybały w jego mieszkaniu w końcu 1956 r. Sobczyk oświadczył, że zgłosił się wówczas do niego człowiek z listem od szwagra z kraju. Policja bardzo dokładnie zbadała również wpływy i wydatki kasowe redaktora „Naszego Znaku”. Zauważono, że wydatki przewyższyły wpływy o 1500 koron. Sobczyk wyjaśnił, że miał zaoszczędzone tysiąc koron, ponadto pożyczył pieniądze od dwóch znajomych (ci przesłuchani przez policję potwierdzili, że pożyczyli „Turowi” pieniądze). Po kilkudniowym zatrzymaniu Sobczyk został ostatecznie zwolniony z aresztu. Zwrócono mu również część dokumentów oraz matryce przygotowane do wydania nowego numeru „Naszego Znaku”. W końcu lutego otrzymał pozostałe dokumenty, a nawet odszkodowanie za czas pobytu w areszcie. Sobczyk obawiał się jednak, że władze szwedzkie mogą wydać zakaz drukowania miesięcznika oraz pozbawić go prawa pobytu w Szwecji. Rozważał powrót do kraju albo wyjazd do Szwajcarii, gdzie mógłby nadal wydawać „Nasz Znak”.
W 1967 roku MSW – bojąc się dekonspiracji swoich agentów kontaktujących się z Sobczykiem (zwłaszcza po ucieczce do USA w lutym 1967 roku oficera Departamentu I MSW, podpułkownika Janusza Kochańskiego – Kochański był wcześniej oficerem rezydentury wywiadu PRL w Szwecji), kierownictwo wywiadu zdecydowało zakończyć współpracę ze swoim agentem ”Newą” (pseudonim Sobczyka). Wstrzymano pieniądze na wydawanie pisma, dając Sobczykowi wysoką ”odprawę”.
W międzyczasie Sobczyk rozwiódł się z żoną, która wróciła do Polski (jak wspominała mi znajoma z Linköpingu, mieszkająca tam od czasów wojny – Irena Sobczakowa była ”wyjątkowo pazerną babą”, która dla pieniędzy zrobiłaby wszystko) i przeniósł do Malmö. W 1970 roku wyemigrował dalej do Niemiec, gdzie w podalpejskiej miejscowości Rosenheim założył polską drukarnię/wydawnictwo ”Kontrast”, w której książki drukowali m.in. Tadeusz Chciuk, redaktor Wolnej Europy Aleksander Menhard i Wiktor Woroszylski…
Tak pisałem w 2014 roku w artykule „Agent szczery i oddany”:
Jak to się stało, że Sobczyk tak gładko wylądował w Bawarii i prowadzi działalność wydawniczą? Czy jest w tym również zasługa wywiadu PRL? Trochę trudno się oprzeć takiemu wrażeniu, zwłaszcza że – jak wynika z dokumentów w IPN – Sobczyk mimo zakończenia współpracy z MSW, jeszcze w 1970 roku przejeżdżając przez Austrię spotkał się z oficerem wywiadu i próbował podtrzymywać kontakt z wywiadem PRL. Można więc posądzać, że jego działalność w Bawarii nie była przypadkiem.
”Ukoronowaniem” działalności wydawniczej Sobczyka była publikacja monumentalnego dzieła Jana Kosińskiego ”Niemieckie obozy koncentracyjne i ich filie” (1999), za którą wydawcę powszechnie chwalono, zapewne nie zdając sobie sprawę, ile szkieletów w szafie ma Waldemar Sobczyk. Aleksander Kwaśniewski, ówczesny prezydent RP, pisemnie dziękował Sobczykowi i przekazywał mu wyrazy szacunku. Gratulacje przesłano także z Watykanu, co brzmi jak kiepski żart zważywszy na publicystykę antywatykańską ”Naszego Znaku”. Z kolei ówczesny minister kultury, Kazimierz Ujazdowski napisał: Życzę Pańskiemu wydawnictwu, aby poprzez publikacje równie wartościowych pozycji nie ustawało w przypominaniu Polakom faktów z ich własnej historii. Waldemar Sobczak, mimo iż publikacje IPN nie zostawiają najmniejszych wątpliwości co do jego roli na emigracji, nie miał zahamowań by promować się na stronach internetowych.
Jak wspominał Krzysztof Tarka, Waldemar Sobczyk chwalił się przed rezydentami wywiadu, że działał głównie z pobudek ideowych. Jego mocodawcy określali go jako osobę ”szczerą i pragnącą szczerze współpracować” z wywiadem PRL. Nie trudno sobie to wyobrazić. Sobczyk zmarł w Niemczech w 2016 roku (informacja nie jest pewna).
Tadeusz Nowakowski

