Witt Michaj: Chcę wszystko zachować od zapomnienia
Witt pięknie śpiewa po cygańsku „Peszo Wesz”, piosenkę do której tekst napisała Joanna Kulmowa. Wielu polskich piosenkarzy interpretowało ją po swojemu, nazywając ją „My, Cyganie” lub „Kiedy tańczę z wami” lub po prostu „Ore Ore Siababadada Amore” (wszystkie te wersje można posłuchać na Youtube). Ale tylko Witek (nazywany przez przyjaciół Wicią) potrafił nadać tej znanej piosence duszę, bo tylko prawdziwy Cygan wie, o czym ona opowiada.
Wsłuchując się w słowa i czując emocje zrozumiałem wiele, przede wszystkim, co to jest cygańskie życie. To coś egzotycznego i pięknego. To piosenka o najpiękniejszym życiu, jakby o czarodziejskiej krainie, bo kiedy Cygan tańczy, niebo tańczy razem z nim; kiedy gwiżdże, gwiżdże w polu wiatr; kiedy zamknie oczy – to liście więdną; kiedy milknie, milknie cały świat. A jak słucha, to wraz z nim słucha cała ziemia, a gdy śpiewa, śpiewa każdy ptak…
Żeby poczuć ten artyzm i atmosferę trzeba chociaż raz usiąść na widowni i posłuchać go. Bo muzyka cygańska grana w radiu, czy w telewizji to już nie to samo – brakuje tego bicia cygańskiego serca i może tego wiatru, który gwiżdże.
„Peszo Wesz” usłyszałem po raz pierwszy w wykonanie Witka Michaja w roku 1971 na Festiwalu w Opolu. Poznaliśmy się w Warszawie w Teatrze Żydowskim, a właściwie w kawiarni Izabella, która była w tych czasach oazą, a nawet drugim domem dla świata artystycznego Stolicy. Czuliśmy się tam wszyscy, jak w rodzinie. Szymon Szurmiej i cała jego rodzina dawała nam ten azyl i ciepło. Mój brat Zbyszek pracował w Teatrze Żydowskim jako inżynier dźwięku, a zespół Roma, z czołowym solistą i tancerzem Wittem Michajem, mieli tam próby i koncerty. Występowali codziennie, przy wypełnionej do ostatniego miejsca widowni. Często goście specjalni siedzieli na schodach, gdy brakowało już wolnych miejsc. Witek był gwiazdą. Każdy chciał z nim porozmawiać, posłuchać opowiadania o jego ciekawym życiu, o jego przygodach i planach na przyszłość. Pamiętam, po koncercie, siedziałem przy stoliku z Małgosią Szurmiej i Tadkiem Trelą. Dosiadł się do nas Witek. To było coś egzotycznego dla mnie.
Do wspomnianej kawiarni przychodziliśmy codziennie i, jak to się mówi, zakolegowaliśmy się. Z odrobiną nostalgii mogę napisać, że czułem się jak Old Shatterhand z którym Winnetou zawarł braterstwo krwi. I tak wielokrotnie przy naszych późniejszych spotkaniach koleżeńskich żartowałem, że jestem Witka „Białym Bratem”. Czy jesteśmy przyjaciółmi? Trudno powiedzieć, nie mieliśmy czasu się zaprzyjaźnić. Witek jeździł z koncertami często zagranicę. Pracując już wtedy w Zjednoczonych Przedsiebiorstwach Rozrywkowych, miałem inne zadania. Ale może po ponad 50 latach znajomości uda nam się zaprzyjaźnić. Wszystko idzie w dobrym kierunku.
Nigdy nie wypytywałem Witka o jego drogę artystyczną, bo w tej branży tematy takie nie były poruszane. Wszyscy wiedzieliśmy kim Witt Michaj jest i kim jest jego najbliższy kuzyn, Wasyl Michaj, czyli późniejszy Michaj Burano. Ale przed ostatnim koncertem Witka nie mogłem się powstrzymać, żeby o nim nie napisać. Okazało się, że o jego twórczości wiem dość dużo, ale o jego drodze do sukcesu zbyt mało.
Przygotowałem digitalny magnetofon, gdyż bałem się, że z mojego wywiadu z Witkiem na pewno wiele zapomnę. Bo o jego historii można pisać książki. Nowa Gazeta Polska prezentowała wywiad z nim, o jego rodzinie, historii, drodze do Polski i do Szwecji. Ja to pominę. W moim wywiadzie z nim już o tym nie będę pisał. Interesować mnie będzie tylko jego artystyczna dusza. Ten wywiad będzie raczej koleżeńską pogaduszką.
Wiem, że jesteś zmęczony po koncercie, bo jak zwykle dajesz z siebie wszystko bez względu, jak dużą jest widownia i jacy goście przybyli.
– Tak, jestem bardzo zmęczony, ale nie koncertem. Mam na karku nie tylko kostiumy estradowe, ale i latka, bo jest ich równo 80. Poczekaj chwilę, przyniosę gitarę i specjalnie dla ciebie wyśpiewam ci o moim życiu, a resztę dopiszesz sam.
Wiem, co chcesz mi zagrać i zaśpiewać. Piosenkę o tobie samym. Jak pamiętam, ma tytuł „Tańczę z Wami”. To twoja sztandarowa ballada. Opowiadaj o początkach, kiedy i skąd poczułeś to przesłanie, tę misję, żeby śpiewać dla nas po cygańsku z tak olbrzymią siłą i chęcią „ocalenia od zapomnienia”.
– To przesłanie czułem zawsze. Nawet już nie pamiętam od kiedy. Chyba od urodzenia. Ale moja muzyka to pamięta i słuchając jej, wiele się dowiesz, co odziedziczyłem od rodziców, od babci, od stryjów. Cała moja rodzina tańczyła i śpiewała. To był duży zespół. Kiedy pomyślę jak oni śpiewali, to serce bije mi szybciej i nawet czasami łezkę uronię. Ale to mnie dopinguje do tego, żeby właśnie na moich koncertach przekazywać jak najdokładniej te uczucia. Chcę również dawać przykład młodym Cyganom, że warto być najlepszym, bo to droga do sukcesu. Kiedyś ktoś musi mnie zastąpić i kontynuować moją opowieść.
Wiem, że często w Polsce spotykasz Edwarda Dębickiego, również cygańskiego artystę. Czy to twoja rodzina?
– Edward Dębicki to stara historia. Moja cała rodzina przyjaźniła się z nim w roku 1946 właśnie dzięki jego grupie muzyczno-tanecznej, którą udało nam się, można powiedzieć, przemycić do Polski. Przecież mieszkaliśmy w Związku Radzieckim, a komuniści nie tolerowali i nie przyjmowali zbyt miło Cyganów, którzy zawsze dążyli do niezależności i wolności. Ale my musieliśmy się ratować. Przyznam się, że pomógł nam spryt cygański. Wykombinowaliśmy lewe papiery, że jesteśmy Polakami i na tej podstawie Sowieci chętnie nas się pozbyli. Przekroczyliśmy granicę nie tylko sowiecko-polską, ale również granicę wielkiej niepewności.
Często o tych czasach i przeżyciach śpiewasz, ale zawsze w języku cygańskim. Ja bardzo chciałbym zrozumieć, dlaczego niekiedy na estradzie widzę smutek w twoich oczach. Często podkreślasz, że twoje życie to taniec i śpiew…
– To odlegle czasy i bardzo dramatyczne. Serce moje czuje, że ten smutek mogę przekazać tylko po cygańsku. Jeśli zaśpiewałbym po polsku, brzmiałoby to fałszywie. Przecież w Polsce nie spotkało mnie nic przykrego, a wręcz przeciwnie. W Polsce przeżyłem najpiękniejsze lata. Dla ciebie mogę przetłumaczyć niektóre pieśni na polski język i nawet zaśpiewać, ale nie będę mógł przekazać tej atmosfery, którą bym chciał, tej z głębi serca. Nie wszystko potrafię przekazać po polsku, pomimo, że jestem Polakiem.
Przecież estrada nie czekała na ciebie w Polsce…
– Zaczęła się naprawdę ciężką praca. Zależało nam, żeby osiedlić się w dużym mieście. Można tak powiedzieć, że jesteśmy Cyganami miejskimi. Łatwiej było nam nawiązać kontakty w świecie artystycznym, łatwiej było o rozpoczęcie jakiegoś własnego interesu, no i łatwiej było o szkołę, o której my już wtedy marzyliśmy. W naszej rodzinie to był priorytet. Tu zaczęły się pierwsze kroki mojej kariery artystycznej. Wielki wpływ miał na to mój stryjek Lasy Michaj. Mojego ojca najstarszy brat. Mój ojciec zawsze zajmował się sprawami artystycznymi. Był tancerzem, piosenkarzem i choreografem. Jak już osiedliśmy się w Polsce i rozpakowaliśmy, jak to się mówi – bagaż całego życia, organizacja koncertów poszła po całości. Stryj osiedlił się w Lublinie. Tam założył firmę, która produkowała kotły, garnki i inne metalowe niezbędne w domach przedmioty. To dawało niezłe pieniądze, ale praca również była dość ciężka. Musieli mieć czas na odpoczynek i, jak cygańska natura nakazuje, na taniec i śpiew. Drugi mój wujek Władysław Iszkiewicz z rodziną osiedlił się w Krakowie. I to on jeździł do Lublina, żeby spotkać kuzynów. To nie było łatwe i któregoś razu postanowili założyć oficjalny zespół romski. Żeby od razu było wiadomo, o co chodzi, nazwali się ROMA.
Jak się szybko okazało, było nas około 80 utalentowanych artystów, tancerzy i śpiewających wykonawców. Zespół ROMA szybko stał się sławny. W repertuarze mieliśmy sentymentalne pieśni: o miłości, o życiu i szczęściu i tego w tych czasach potrzebowano. Czuć było tę rosyjską nutkę, co nam szalenie pomagało, gdyż ówczesna polska władza była wręcz zakochana w tym stylu. Co nam dawało tak zwane „zielone światło” i wiele koncertów. Z zespołem ROMA próbował występować Wasyl Michaj. Mój stryjeczny brat, którego ty też kiedyś poznałeś w Teatrze Żydowskim w Warszawie. Ale jego niezwykły talent otworzył mu drzwi do wielkiego świata show-biznesu w bardzo młodym wieku. On już został gwiazdą, mając 15 lat.
Pojechaliśmy z całym zespołem zdobywać publiczność nad pięknym polskim morzem. Oczywiście udaliśmy się do Sopotu i idąc ulicą przy Grand Hotelu, usłyszeliśmy mało nam znaną muzykę. Doszliśmy do kortów tenisowych i przez krzaki wypatrzyliśmy estradę, a na niej muzycy, gitary, organy, perkusja. Zaczęła się próba. I nasz pupilek Wasyl zaczął nam wmawiać, że on to zaśpiewa lepiej. Tak marudził, że ojciec mój niemal na siłę zaprowadził go do samej sceny. Tam zaczepił ich gość wyglądający na dyrektora, może dyrygenta. To był sławny już wtedy Franciszek Walicki, o którym dotychczas nic nie wiedzieliśmy. Organizował on na kortach tenisowych koncerty Rock and Rollowe. Poznaliśmy wtedy całą czołówkę polskich artystów. Zupełnie ich nie znaliśmy. Przecież jeszcze wtedy nie było tak rozpowszechnionej telewizji. Tego dnia występowali między innymi Bogusław Wyrobek, Andrzej Jordan (a właściwie Szmilichowski, z którym spotykamy się do dnia dzisiejszego w Sztokholmie) oraz Janusz Godlewski.
Mój ojciec znał tylko muzyków akompaniującym na tych koncertach. To byli jego koledzy po fachu. Ciągle opowiadali o tych koncertach. Był on już znudzony ich chwaleniem się i zaproponował im posłuchanie mojego bratanka Wasyla. Nikt nie dawał mu szansy. Piętnastolatek o ciemnej karnacji, chudziutki z rozczochranymi włosami. Mój ojciec nie dawał za wygraną, aż wreszcie muzycy zadecydowali – dawaj go na scenę, zobaczymy, co on potrafi. Zaśpiewał coś Elvisa Presleya, a potem jego piosenkę, z która czuł się najlepiej – „Lucyja”. Wszyscy zaniemówili, jakby serca się zatrzymały ze zdziwienia. Kapela przestała grać, a Franciszek Walicki podszedł do Wasyla i powiedział parę słów: „Ten chłopak to burza”. Jak to jest po cygańsku? – zapytał się nas. Burza to burano. Od tej pory na wszystkich afiszach pojawił się nowy artysta wielkiej klasy Michaj Burano.
Czy chcesz powiedzieć, że tobie się tak nie powiodło?
– Źle mnie zrozumiałeś. Nie o tym było moje opowiadanie. Wątek o Michaju Burano wtrąciłem, żeby podkreślić nasz profesjonalizm, że już jako młodzieńcy mieliśmy dar od Boga – jak to się mówi, czyli talent. Ja wiem, że wiele razy nas mylono, bo w pewnym czasie byliśmy do siebie podobni. Nieco egzotyczne rysy, ciemna karnacja, jak to Cyganie. Ale mylono nas tylko wizualnie. Ja miałem zupełnie inne zainteresowania muzyką i tańcem. Wasyl, czy jak już będę mówił od tej pory Michaj Burano, dostal od ojca pierwsze radio i magnetofon. Nasłuchiwał i nagrywał amerykańską i angielską muzykę. Uczył się słów i zachwycony był tym stylem. Ja byłem od tego daleko. Interesowała mnie bardziej poezja, ballady, pieśni i raczej kierunek operowy. W naszej rodzinie wejście w życie artystyczne było czymś naturalnym, dlatego, że dzieci w rodzinie artystów rosną w tej atmosferze z muzyką, tańcem i śpiewem. To było naturalne przejęcie ich tradycji.
Wiem, że kiedy wziąłem do ręki gitarę i zacząłem się uczyć grać, było to dla mnie niezwykle łatwe. Bardzo szybko, a właściwie od razu, zacząłem tańczyć i śpiewać. Często premierę moich występów miałem na rodzinnych przyjęciach. Do zespołu Roma trafiłem w 1967 roku już jako wyszkolony profesjonalny artysta. Dyrektorem był brat mojej mamy, Władysław Iszkiewicz. Stawialiśmy na profesjonalizm, artyzm i w najpiękniejszy sposób przekazywanie i prezentowanie dla szerokiej publiczności kultury romskiej, czyli cygańskiej. Natychmiast zainteresowała się nami Estrada Poznańska. Tam działali naprawdę wspaniali organizatorzy, dyrektorem był Zbigniew Napierała i Stanisław Nowotny. Mieli oni pieczę nad nami, zainwestowali ogromne pieniądze w nasz zespół. Angażowali dla nas najlepszych choreografów, jak Teresa Kujawa czy Konrad Drzewiecki. Od tej pory zespół ROMA, można powiedzieć, stał się polską wizytówką.
To nie może być przypadek, że ktoś występuje na takich scenach. Często światowej sławy artyści mogą zasiąść tylko na widowni. Ale jaki talent musi mieć artysta, żeby występować na deskach Teatru Champs Elysees w Paryżu i to cały grudzień, grając 30 koncertów i 9 występów w paryskiej Olimpii, w Teatrze La Skala w Mediolanie we Włoszech, czy w Gmachu ONZ w Nowym Jorku, w Kanadzie, w Ameryce… Nie można również zapomnieć występów na scenie Festiwalu Opolskiego w roku 1971 z piosenką ”Kiedy Tańczę”.
Pomimo, że byliśmy zespołem estrady poznańskiej, za zgodą Szymona Szurmieja dostaliśmy, można powiedzieć, stałą bazę w Warszawie, w Teatrze Żydowskim. To było dla nas niezwykłe wyróżnienie. Bo wiadomo: Stolica. Słychać już wtedy było o nas głośno. Dowiadujemy się, że mamy zagrać specjalny koncert dla kogoś bardzo ważnego. Spodziewaliśmy się zupełnie czegoś innego. Domyśl się sam… Ale zaprezentowano nam gościa z Francji, Bruno Coquatrix, dyrektora paryskiej Olimpii. Po 15 minutach naszego występy wszedł za kulisy i zostawił nam kontrakt, dwa razy po miesięcznym pobycie w Olimpii. To był szok dla nas. Chociaż zdawaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy dobrzy w tej branży i tego warci.
Następnie, jak z nieba, spada kontrakt na 9 koncertów w Champs-Élysées. Zaczęli nas oglądać i podglądać najsławniejsi managerowie. I tu naprawdę wielkie zaskoczenie. Teatr La Skala w Mediolanie zaprasza nas na kilkanaście występów. Byliśmy jedynym i najlepszym na świecie zespołem cygańskim i – z dumą podkreślę – z Polski. Kiedy dowiedziały się o naszej działalności, nie tylko artystycznej, ale integracyjnej i kulturalnej, władze ONZ (Organizacja Narodów Zjednoczonych) w Nowym Yorku zaproszono nas na niepowtarzalny huczny występ. W tych czasach lepszy był od nas tylko chyba zespół „Mazowsze”
Opowiadasz o widzach z całego świata. A ja miałem okazję oglądać was parokrotnie w Warszawie, właśnie w Teatrze Żydowskim na Placu Grzybowskim.
– Polska scena i publiczność była dla nas bardzo ważne. Czuliśmy się jak w domu. Wydawało się nam, że nawet piosenki śpiewane po cygańsku, ale wykonywane na polskich scenach, były przez wszystkich zrozumiałe. Na każdej ulicy spotkać można było dziesiątki naszych plakatów i afiszy ze zdjęciami. Byliśmy w Polsce rozpoznawani, prawdziwymi artystami. Świadczy o tym kilkakrotny występ w Sali Kongresowej w Pałacu Kultury w Warszawie. Tam zawsze prezentował nas i zapowiadał Lucjan Kydryński i Jan Suzin. Nasze piosenki śpiewane po polsku, wpadające w ucho, natychmiast zdobyły zainteresowanie w pirackiej branży pocztówek dźwiękowych. Piosenki takie jak „Tańczę z Wami” słychać było wszędzie. Na plażach, na koloniach i potańcówkach. Czołowi polscy artyści wykonywali i nagrywali nasze piosenki, np. Krzysztof Krawczyk, przyjął do swego repertuaru nasz sztandarowy numer. Ale nazwał go po swojemu „My Cyganie” czy „Ore Ore”, który po raz kolejny stał się szlagierem. Nagraliśmy dwie płyty długogrające i kilka singli.
Na początku naszej rozmowy powiedziałeś, że chcesz ten artykuł zatytułował „Ocalić od zapomnienia”. Teraz sam widzisz, że taki dorobek artystyczny, jaki wnieśli Cyganie, naprawdę wart jest ocalenia i dobrze, że o tym napiszesz, bo my się też kiedyś wypalimy… Czy ktoś będzie o nas pamiętał?
Jak dawałeś sobie radę z popularnością. Bo zespół ROMA stał jakby krok za tobą. To ty byłeś, jak to się mówi, solistą, frontmanem. Z twoją aparycja, elegancją i blaskiem w oczach, oraz błyskawiczną karierą przypominała może nawet Julio Iglesiesa w młodości. Jak to było z tą popularnością?
– To nie było łatwe. Życie artystyczne zacząłem prowadzić w pełni dość wcześnie. Co miesiąc występowaliśmy na 40 koncertach. 20 dni po dwa koncerty. To się zdarza często, że młodzi artyści robią szybką karierę na scenie i stają się sławni i rozpoznawalni. I natychmiast przychodzi efekt wtórny i negatywny. Uderza im woda sodowa do głowy. Mnie to na szczęście ominęło. Wychowywany byłem zawsze w innej kulturze. Jako Rom, jako Cygan, dorastałem w bardzo określonych ramach. Otrzymywałem intensywną edukację, zawodową, jak i szkolna. W wolnych dniach od koncertów zupełnie nie miałem czasu na tę „wodę sodową”. Od młodości uczono mnie, aby bardzo trzeźwo patrzeć na życie i zawsze miałem wkoło siebie najbliższych. Największym priorytetem była u nas rodzina, a dopiero potem to, co nas otacza. Koledzy, przyjaciele itd.
Muszę ci zadać to pytanie, które nie za bardzo zgadza mi się z cygańskimi tradycjami, o których ty sam wspominałeś i, jak można sądzić, jesteś im wierny do dnia dzisiejszego. Dowiedziałem wiele lat temu, że złamałeś te cygańskie zasady i popadłeś przez to w poważne rodzinne konflikty.
– Wiem, o co chcesz się zapytać, więc cię ubiegnę. Każdemu to się zdarza, że trafi go strzała Amora i dostaje się zawirowania miłosnego. A ty tego nie miałeś?
Oj, miałem. Ale u mnie nie było tak wielkiego skandalu i rodzina moja i mojej dziewczyny nie goniła mnie po całej Polsce…
– Bo ty nie masz takich pięknych zasad jak Cyganie. A jakie to romantyczne i piękne… Miłość w życiu Cygana jest bardzo ważna. Kiedy i ja dorosłem do tego, znalazłem kobietę mojego życia. Jeszcze jej nie znałem, a już byłem w niej zakochany. Wiedziałem, że to ta jedyna i na całe życie. Opowiadam to tobie, bo jesteśmy przyjaciółmi i ty mnie zrozumiesz. Chociaż to było bardzo dawno temu. Ale muszę tu uchylić rąbka cygańskiej tajemnicy. Często wśród romskiej młodzieży jest tak, że chłopak porywa dziewczynę. Oczywiście, za jej zgodą, bo często tak jest, że rodziny się nie zgadzają z różnych względów. I wiadomo jest, że nie wyrażą zgody, aby oddać córkę za mąż. A to policzek i zniewaga dla Cygana. Więc, żeby uniknąć tego upokorzenia, wykrada dziewczynę z przysłowiowego już dzisiaj taboru i uciekają razem. Po tygodniu zwykle powracają, ale, jak to się mówi, „klamka zapadła” i swatowie załatwiają resztę, czyli ślub, weselisko i inne niezbędne sprawy. Czasami muszą się nawet spieszyć z terminem.
Ale w moim przypadku był to jeden z większych skandali wśród cygańskiej braci. Złamałem tę tradycję brutalnie i świadomie, ale nie żałuje do dnia dzisiejszego. Zakochałem się w NIE Cygance, ale w polskiej przepięknej dziewczynie. Miała czarujące imię Urszula. I to imię uświadamiało mnie coraz bardziej, że robię słusznie. Po raz pierwszy ujrzałem ją jak jakieś zjawisko prosto z nieba. Na basenie. Była tak śliczna (i jest w dalszym ciągu). Była gimnastyczką i wraz z klubem sportowym przyszła tam ćwiczyć. Pełen zakoch. Wiedziałem, że będzie problem. Ja Cygan, ona Polka. W cygańskiej tradycji to tak jak białe i czarne. Planując ślub, przewidywaliśmy kategoryczną odmowę rodziny.
I tu wykorzystałem właśnie tę starą cygańską tradycję i po prostu Urszulę porwałem. Nie była w taborze, to też ułatwiło mi znacznie akcję i zachęcało do działania. Wyjechaliśmy do Warszawy, a po tej naszej wspólnej wycieczce wszystko poszło tak jak u Cyganów. Rodzice się skontaktowali, doszli do wniosku, że teraz już się nic nie poradzi. Potem ślub i to koniecznie kościelny. Okazało się, że rodzice Uli wiedzieli o Romach tylko złe rzeczy. Przy lepszym poznaniu przyjęli mnie jak własnego syna. Wtedy to, pamiętam jak dziś, zaśpiewałem tylko dla Urszuli piosenkę Maryno Maryni „Nie płacz, kiedy odjadę”.
Po paru latach razem opuściliście Polskę i osiedliliście się w Szwecji.
– Sam wiesz, jaka była wtedy sytuacja w Polsce, pod koniec lat 70. Nie było ani wesoło, ani dobrze. Co prawda, cały zespół Roma, nigdy nie miał jakiś większych problemów. Żyliśmy „jak pączki w maśle”. Częste wyjazdy zagraniczne, a i w Polsce zapełnione terminy koncertowe na dwa lata do przodu. Ale reszta rodziny zaczęła odczuwać dokuczliwą biedę, często nie mieli z czego żyć, no i ta niepewność. Co będzie jutro? Większość mojego rodu, przez Jugosławię, zaczęła uciekać na Zachód. Do tej podróży potrzebna była tylko tzw. wkładka paszportowa. A potem już otwarte horyzonty. Wszyscy wydostali się z Polski. My, artyści z Romy, obawialiśmy się konsekwencji po ucieczkach naszych bliskich i kiedy dostaliśmy kontrakt do Finlandii, wiedziałem, że to nasze ostatnie turne, że nie wracamy do ojczyzny i będziemy budować kolejne, nowe życie w Szwecji.
Jak to przeżyłeś, jak cię znam, to zawsze byłeś zakochany nie tylko w Urszuli, ale i w Polsce. Byłeś zawsze wielkim patriotą, a miałeś przecież wiele okazji, żeby „prysnąć”…
– To było straszne przeżycie. Nie spodziewałem się, że będzie to aż tak emocjonalne. Wiedziałem, że zostawiam cały swój bagaż przeżyć, kolegów, znajomych i przyjaciół, Teatr Żydowski i całą rodzinę Szurmiejów, którą zawsze traktowałem jak własną. Nie przewidywaliśmy, że komuna upadnie i z wielkim bólem oswajaliśmy się, że już nigdy nie powrócimy do Polski. Przyznam się skrycie, że wielokrotnie płakałem z tego powodu. Nie mogłem sobie z tym poradzić. I tu liczyłem na mają rodzinę, na bliskich i na muzykę oczywiście. Często śpiewałem sam dla siebie w tych najtrudniejszych chwilach słabości i smutku. Czarny Orfeusz to romans, który kajał mój żal.
Jak widzisz całe moje życie to muzyka w tych dobrych i złych czasach. Powrotu do Polski już nie było, jak również do zespołu Roma. To już wszyscy starsi ludzie, mieszkający w Szwecji. Młodzież zaczęła uczęszczać do szkół, niektórzy pootwierali własne firmy. W mojej najbliższej rodzinie też poszliśmy wraz z nowoczesnością. Nasz młodszy syn Grzegorz kontynuuje moją pasję. Jest doskonałym artysta. Otworzyliśmy w Sztokholmie Dom Kultury Romskiej. Wszystko dlatego, żeby ta część naszej tradycji, ta miłość do folkloru tańca i muzyki nigdy nie zaginęła. Bo inaczej zapomnimy o Cyganach, o zespole Roma, no i… o mnie. (Tu Witt się uśmiecha)
Czy jeździsz do Polski jako romski solista uwielbiający romanse (ale nie te miłosne), ale muzyczne? Czy jeszcze cię pamiętają?
– Tak teraz jeżdżę do Polski corocznie. Zawsze spotykam się z Edwardem Dębickim, który organizuje w Gorzowie Festiwal Romski. Na tej scenie mamy wspólne projekty, bo jak sam pamiętasz, mam bardzo bogate doświadczenie w tej dziedzinie. Przyjeżdżają tam romscy artyści z całego świata. Sam wiesz, jak to się czuje, kiedy możesz dać coś od siebie. Przecież pomagałeś parę razy w organizacji Festiwali Romskich w Sztokholmie, do Teatru Maxim, czy do estrady Filadelfiakyrka zjechały się gwiazdy romskiej muzyki. I tu wielkie dzięki za to, że Masio i jego syn, Harry Kwiek, włożyli w organizację tego całe serce i niemały wysiłek. W szwedzkiej telewizji emitowano godzinne filmy z tych festiwali, które realizował Peter Gaszyński.
W swoich opowiadaniach często wymieniasz słowo „Polska”. W jakim języku mówicie w domu w rodzinie z dziećmi i wnukami.
– Jest lepiej niż dobrze. Wiele mówiłem o mojej żonie Urszuli, że ona jest polską dziewczyną i to język polski jest w domu najważniejszy. Ja uczyłem dzieci po romsku. Do nauki polskiego angażowaliśmy polskie nauczycielki. Bo znać dobrze język, to pewność, odwaga i siła w przyszłości. Język szwedzki to oczywiście ich główny sposób porozumiewanie się. Przecież Szwecja to ich kraj, ich ojczyzna.
A mój dom to kawałek Polski i nie wyobrażam sobie inaczej. Któregoś dnia, zauważyłem, że wnuki doskonale radzą sobie z językiem romskim, bo kiedyś, kiedy śpiewałem piosenkę po cygańsku, zapytały się mnie: „Dziadku, dlaczego nie śpiewasz o nas?”.
Muszę zadać Ci jeszcze jedno pytanie. CO DALEJ? Co jutro, co za rok? Bo przecież w dalszym ciągu koncertujesz z powodzeniem. Przecież nie powiesisz gitary na gwoździu i nie zamkniesz w garderobie swych przepięknych, kolorowych i tradycyjnych strojów cygańskich…
– W zakończeniu mojej chyba najbardziej lubianej piosenki, tej z którą wystąpiliśmy z zespołem Roma na Festiwalu w Opolu w 1971 roku śpiewam tak: Kiedy słucham, słucha cała Ziemia / I jak śpiewam, śpiewa każdy z nas / Gdy ucichnę wiatru nie ma / Zamknę oczy, nie ma gwiazd”…
Żeby odpowiedzieć ci dokładnie, chyba będę musiał dopisać wcześniej jeszcze jedną zwrotkę. Gdyż nie mam jeszcze zamiaru ani ucichnąć, ani zamknąć oczu. Obiecuje ci, że dopisze to i zaśpiewam ci przy następnym naszym spotkaniu.
Marek Lewandowski
Wywiad ten przeprowadziłem z Wittem Michajem (Wicią) po koncercie integracyjnym dla Romów mieszkających w Szwecji. Koncert organizowała Komuna Huddinge 9 sierpnia 2025 roku. Poprowadził je Fred Tajkon i Roger Kwiatkowski.
Foto: Marek Lewandowski






http://www.youtube.com/watch?v=zNummmqEcBA&list=RDzNummmqEcBA&start_radio=1