Jak walczyłem z putinowską propagandą
Późną jesienią 2022 spędzamy urlop nad Morzem Śródziemnym, w tureckiej Antalii (a może Alanii?). Wokół zatrzęsienie rosyjskich turystów. Zapewne tylko nieliczni z nich wybiorą wolność, by uniknąć mobilizacji do armii atakującej od prawie roku Ukrainę, Pozostali wrócą, bo wierzą ślepo w rządową propagandę.
Zaczynam ostrożnie. Opalam się na leżaku przy basenie. niekiedy zanurzając się w chłodne fale, bo wejście do morza jest niewygodne, kamieniste i bardzo długie (woda do kolan). Tuż obok, na leżaku, młoda kobieta z małym, biegającym wokół dzieckiem. Podchodzę i pytam: Możno wam spiet piesienku? Kiwa akceptująco. Śpiewam parodię piosenki sprzed ponad 100 lat, nawiązującą do wojny rosyjsko- japońskiej:
Poj łastoczka poj
Port Arthur uże nie twoj
I dodaję:
Wam ugrożajet Japonia. Daże tiepier.
Zaskoczyło???
Przy innej okazji stoję w pełnej (Rosjan) hotelowej windzie, która nie chce ruszyć z miejsca. Irytacja. Mówię głośno:
A zdies wsio taki łuczsze czem w transzejach Luganska i Doniecka.
Ktoś uśmiecha się półgębkiem, pozostali milczą (a nuż ktoś doniesie?).
Jeszcze innym razem siadam przy pustym stoliku, do którego po chwili wraca na przerwane śniadanie Rosjanka. Coś tam zagaduję politycznie, a ona:
– Pan chyba jest pod wpływem zachodniej propagandy, USA i NATO?
Ja na to:
– A wy wieritie łożnoj propagandie Putina i Ławrowa.
Do uzgodnienia stanowisk nie doszło.
Podobne spotkania miewałem i wcześniej. Z Montenegro wraca do Rosji siedem samolotów dziennie (na jeden do Szwecji). Na plaży jestem świadkiem dość gwałtownej dyskusji Rosjan z Ukraińcami, jeszcze przed wojną, ale po zajęciu Krymu. Później jedna z Rosjanek przekonywała mnie o dobrobycie w Rosji.
Także w Szwecji bywały spotkania, dowodzące, że demokracja nie ma w Rosji szans nawet za 500 lat. Jedna pani przekonywała mnie, jak to dobrze za Putina, który wprowadził porządek po jelcynowskim chaosie. To co ona robi w Szwecji?
Ale najbardziej przekonywujący dowód otrzymałem na wydziale slawistyki uniwersytetu w Sztokholmie, gdzie miała miejsce promocja tomu rosyjskich nowel (w szwedzkim przekładzie) i spotkanie z autorami. Jedna młoda kobieta powiedziała, że pochodzi z Symbirska – czym się chlubi, bo stamtąd się wywodził W.I. Lenin. Zapytałem ją wtedy, czy wie o takimż pochodzeniu innego polityka nazwiskiem Aleksander Kiereński i co by zrobiła gdyby w 1917 roku miała szansę wyboru: głosować na Lenina czy Kiereńskiego. Odpowiedzią było milczenie, częściowo ratowane przed innych literatów, ale nikt nie optował za Kiereńskim.
Już tylko wydźwięk humorystyczny miały spotkania – jeszcze za komuny – w Bułgarii, nad Morzem Czarnym, w okolicach zdominowanych przez rosyjskich turystów. Był to bodaj rok 1977. Gdy kilka miesięcy później (jest rok 1977) wynikła możliwość spędzenia ostatniego tygodnia naszego wspólnego, rodzinnego urlopu nad Morzem Czarnym, zapałałem dystrybucyjnym entuzjazmem i zawiozłem do Słonecznego Brzegu podręczną biblioteczkę w czterech językach, służącą nie tylko i nie tyle mym wakacyjnym lekturom, ile mogącą stanowić podstawę do przenośnego kiosku literatur drugiego obiegu krajów obozu socjalistycznego. Poza jedną czeską książeczką znalazł się tam jakiś stary numer ”Kontynentu”, którego wybrane kawałki w pośpiechu doczytywałem smażąc się na przepięknej plaży, najnowszy numer ”Aneksu” oraz wydawnictwo paryskiej ”Kultury” – ”Rozmowy niekontrolowane”, pożyczone zresztą z biblioteki, które musiałem przywieźć z powrotem do Sztokholmu. Tylko czeską książkę udało mi się ulokować zgodnie z planami. Upatrzona poprzedniego dnia na plaży czteroosobowa czeska (jak się później okazało słowacka) rodzina z Bratysławy, zareagowała z umiarkowanym zdumieniem na nieznajomego faceta zwracającego się w domorosłej ”czeszczyźnie” i wyjaśniającego, że właśnie ograniczona znajomość języka nie pozwala mu korzystać z uroków literatury, że książka jest co prawda wydana w Szwajcarii, ale nie zawiera zbyt dobrze widocznych aluzji politycznych, a jej przejęcie (w domyśle przewiezienie do kraju) nie zawiera w sobie chyba momentu niebezpieczeństwa. Słowacy wysłuchali cierpliwie, obiecali, że spojrzą na książkę zostawioną przeze mnie na ich kocu. Dalsze jej losy okrywa mgła tajemnicy, jak butelkę z listem pozostawioną przez rozbitka na środku oceanu.
Wbrew oczekiwaniom trudniejsze okazały się kontakty z licznymi znów w Bułgarii turystami polskimi. Chyba przyjeżdża tu teraz mało ciekawa publiczność (może tak było zawsze, jechali tu dorobkiewicze, a na pewno nie aktywiści ”Solidarności”) i wykładana codziennie na koc charakterystyczna szara okładka Instytutu Literackiego oraz przyciągający nawet z daleka dużym liternictwem tytułu drobny zeszycik ”Aneksu” nie zwróciły na siebie przez cały tydzień niczyjej uwagi. Polacy się tu raczej separują, me szukają kontaktu z ludźmi spoza swojego środowiska, być może wyłącznie z nieznanymi sobie towarzyszami z tego samego turnusu.
Spotkania następowały zarówno w hotelu jak i na plaży, ale nie pociągały za sobą zacieśnienia kontaktu. Spodziewałem się – słusznie – o wiele większych trudności w nawiązywaniu kontaktu z turystami sowieckimi. I tu, by jakikolwiek kontakt nawiązać, potrzebna była jakaś doza pomysłowości czy wręcz bezczelności. Oczywiście nie wyobrażałem sobie, by jakikolwiek Rosjanin z przeciętnej wycieczki odważył się zabrać ze sobą przez granicę ”Kontynent”, ale tak odpychająca reakcja, przeszła nawet moje najśmielsze wyobrażenia o zamknięciu tego społeczeństwa na wszelkie wpływy z zewnątrz.
Rosjanie spacerujący najczęściej grupowo po alejach Słonecznego Brzegu, opuszczają hotel udając się do restauracji na posiłki. Indywidualnie można ich spotkać w kawiarniach (czy sklepach) gdzie czasami widać poważne zainteresowanie literaturą, czasami chęć zakupienia rosyjskich wydawnictw, być może łatwiej dostępnych w Bułgarii niż w kraju. Także na plaży układają się raczej grupowo. Nie są spragnieni kontaktu z nikim, nawet z tradycyjnymi i traktującymi ich bez wrogości przyjaciółmi, Bułgarami, których w końcu przynajmniej raz (1878) wyzwolili spod tureckiego jarzma.
Tu potrzebne były jakieś chwyty bardziej zdecydowane. Pierwszy kontakt nastąpił w wodzie, z dwoma hożymi dziewojami po trzydziestce z Białorusi (Mińska), reagującymi pozytywnie na proste zapytanie: Nu, kak dieła? I podtrzymujące później rozmowę na temat przewag Krymu nad Bułgarią jako resortu wypoczynkowego. Soczi czy Jałta mogą mieć (ale czy mają?) i lepszą plażę i lepsze hotele, ale Bułgaria to jednak zagranica – to również znajduje aprobatę, jakkolwiek stwierdzenie bliskości tureckiej granicy już takowej me wywołuje.
By zmiękczyć ostrze słownej agresji cytuję słowa popularnej piosenki: ”Nie nużen mnie bereg tureckij, i Afrika mnie nie nużna” (choć, jak wiemy, Afryka właśnie była bardzo potrzebna, a parcie ku cieśninom znamy nie od dzisiaj), a w odpowiedzi dziewoja serwuje mi jeszcze lepszy refren: ”Charasza strana Balgarija, a Rossija łuczsze wsiech”, jak gdyby chcąc zamanifestować, że wracają bez żalu do domu i do rodzin, które nie dostąpiły zaszczytu wyjechać na wspólny urlop (czy to ze względów finansowych, czy też innych – pozostaje niedopowiedziane). Nie mogę się jednak – jeszcze w tych samych wodnych przestworzach – powstrzymać przed zaserwowaniem, niby mimochodem, informacji, czto u mienja tołstyj żurnał, kotoryj izdajotsia w Mjunchenie, razwie wam interesno, niestety, czerez dwa dnia ujezżajem domoj, nada zagorat, łowit poslednije luczi solnca. Cztoż, wsiego choroszego…
Następny krok przypomina akt rozpaczy, bowiem już od samego początku nie zdaje się rokować nawet cienia sukcesu. Alejką kroczy długa i rozczłonkowana grupa Rosjan, mężczyźni ubrani sportowo, kobiety raczej z pretensjonalną elegancją. Idziemy za nimi, potem ja zaczynam ich kolejno mijać, i nagle, podchodząc szybko do kroczącej w pierwszej trójce kobiety, o wyglądzie przewodniczki, rzucam: Chotitie posluszat anegdot? Zdecydowana odpowiedź brzmi: Njet. Niezrażony kontynuuję jak karabin maszynowy: K czemu stremitsja kapitalizm? K gibeli. A socjalizm? Dognat’ i peregnat’, po czym przeganiam i opuszczam towarzystwo nie oglądając się za siebie. Według relacji mojej żony, coraz częściej nazywającej mnie wariatem i patologicznym typem, w grupie Rosjan powstało drobne zamieszanie, wypytywanie, a czto skazał, a kto takoj, a poczemu i zaczem… Narazie jednak nie odczuwam na sobie jakiegokolwiek nacisku ze strony tajnej policji.
Ostatni, może intelektualnie najbardziej rozbudowany, kontakt nastąpił na plaży. Już ostatniego dnia, gdy nadzieja pożyczenia czy upłynnienia jakiegokolwiek wydawnictwa zaczęła oddalać się bezpowrotnie, znaleźliśmy się w obliczu półkola rosyjskich dam w różnym wieku. Najbliżej leżała dziewczyna koło trzydziestki, o szczuplej, nerwowej twarzy, cichym szeptem zwierzająca się z czegoś swej starszej nieco towarzyszce. Dalej spoczywała solidnych rozmiarów ciota rewolucji około 60-tki, a w odwodzie znajdowała się jeszcze spora grupa Rosjan różnego wieku i płci. Ponieważ leżałem na zatłoczonej plaży, w odległości nie większej niż pół metra od szczupłej Rosjanki, decyzja dojrzała błyskawicznie. Wszak to niesłychana okazja dla reklamy kwartalnika Wladimira Maksimowa! Biegiem niemal do pobliskiego hotelu, znów otwieramy przenośny kiosk i witrynę wydawnictw bezdebitowych.
Najpierw zatrzymuję się na kilkanaście sekund plecami do cioty rewolucji, z okładką ”Kontynentu” na poziomie jej oczu, potem na kocu ląduje Aneks – na użytek pobliskich, leżących z drugiej strony Polaków. Na twarzy cioty rewolucji nie malują się żadne uczucia. To raczej inna Rosjanka zdaje się, jak gdyby, dyskretnie obserwować rzeczy na kocu. Odczekawszy parę minut odpalam w kierunku szczupłej serię wywodzącą się z mych dawnych przemyśleń o butelce na środku oceanu: Skażitie pożalujsta, jesliby ja ostawił zdes’ na pljażie etu kniżku, eto byłoby kak s butyłkoj posredi okeana, wyłowit li kto nibud’? Reakcja – połnoje izumlenije i nieświadome bądź robione nieporozumienie: Wy uchoditie gdie nibud’, chotitie cztoby postorożit waszi wieszczi? Brnę dalej: Niet, ja choczu cztoby wy posmotrieli, nie za mienja a dlja samoj siebja, wot etot żurnalczik (grube 400 stron!), podsuwam niedwuznacznie okładkę Kontynentu w jej kierunku, poczitali-by, uznali… niet, niet wremieni. Idę dalej, już bez nadziei, ale by coś jednak przekazać: Znajetie, był takoj pisatiel, nazywałsia Aleksandr Hercen, izuczali nawierno w szkolie, izdawal gdie to w Jevropie żurnał, nazywałsia Kołokoł, i vot tiepier voskres Kołokoł, pod drugim nazwanijem… Bezradne oczy, niezorganizowane zdania… Daję spokój i wracam do lektury legalnie wydanej w Polsce bardzo zlej powieści noblisty V.S Naipaula pt. Partyzanci.
Nowe wyrzuty ze strony Zosi. I znów dyskretne poruszenia wśród Sowietów. Ale żadnych następstw. Cholernie dobrze wychowani.
”Kontynent” udało mi się zostawić w Bułgarii dla dwóch znajomych Bułgarek. Ma być im przekazany przez mieszkającego w Słonecznym Brzegu znajomego, po dwukrotnych telefonach do Sofii i z powrotem. A może rozmowę podsłuchano i rzekomy wysłannik mojej znajomej jest agentem? Pisze te słowa już w Sztokholmie, więc co mnie to w końcu obchodzi, ale byłoby to niedobre zakończenie mej chaotycznej próby znalezienia szczelin w monolicie wschodnio-europejskich społeczeństw totalitarnych.
Aleksander Kwiatkowski (1935-2025)
