I´m flying! I´m flying over troubled water
Dziś padało. Jak wczoraj. Przepraszam, pomyliłem się, dziś lało. Nie jak kiedyś we wspaniałej i one and only Szwajcarii Kaszubskiej, a w Orminge, sypialni Sztokholmu. W zasadzie nieomal to samo, różnica tylko w nazwie deszcze nie ma nazwiska.
Królestwo moje nie jest z tego świata. Czy Jezus się popisywał? Jeżeli nie popisywał się i mówił prawdę, to musiał być z tamtego świata. Z którego tamtego?
Rok 1952. Siedzę na peronie w Wieżycy i jestem sam. Obok poniemieckie (dziadek z Wermachtu!) chlebak i menażka, oraz sowiecka (komunista!) pałatka. Gdybym miał pszenny placek, byłbym Żydem. Czekam na dwóch Tadków, Marka i Jurka. Mieli przyjść z niebiańskimi urzeczywistnieniami cudów na ziemi, z dziewczynami. Nie przyszli. Olali mnie.
Gdyński kawał z tamtych lat o dziewczynach: Trzy się spotkały. Jedna mówi, że ma narzeczonego Kaszuba, a ci mają krótkie i grube. Druga, że ma Szwajcara, a ci mają cienkie i długie. Na to trzecia – A mój jest ze Szwajcarii Kaszubskiej.
Oni gdzieś tam śmigają z panienkami (Good for them!) ale ja też śmigam! Moje śmiganie nie takie jak ich, ale zawsze. Ja śmigam do dziś, a oni już nie. Wszyscy, cała czwórka, nie śmiga już w ogóle, śmigam solo. Królestwo moje nie jest z tego świata? Niedoczekanie! Ja im jeszcze pokażę, wtedy padną na twarze! Nie ma przejścia między królestwami. Nie ma nawet wspólnej granicy. Tak wtedy, jak dziś. To złudzenia upijające się złudzeniami. Jak u Gombrowicza, kiedy Kardynał upił się Kardynałem.
Wtedy, w Wieżycy, byłem pewien, że mam królestwo. Trochę samotne, ale jednak królestwo. Ileż ja miałem złudzeń przez te wszystkie lata, mój boże! Dziś co innego. To co mam, to mam. Mało tego, ale co mam, to mam. Czy dużo czy mało, czy tego chcę, czy nie chcę, mam. Moje.
W rzeczywistości nie mam nic poza złudzeniami, ale dobrze mi z tym. Sceptyk albo mistyk jakiś powiedzieliby, że wszystko jest złudzeniem. Może, ale mnie nie chodzi o złudzenia duże, tylko te malutkie, moje własne złudzonka, których demaskowanie sprawia również małe, ale moje własne i realne przyjemności. Jak u Leonarda Cohena w „Anthem”:
Ring the bells that still can ring
Forget your perfect offering
There is a crack, a crack in everything
That´s how the light gets in]
Prawdziwy mężczyzna zabrania sobie mówić o uczuciach? Halo! To mówi duma zamaskowana siłą, nasz męski akt strachu.
Andrzej Szmilichowski
