Nieznośna kruchość demokracji

0
hand-784077_1920

Wyrastała na gruncie konfliktów interesów, dojrzewała ucząc się sztuki kompromisu i konsensu. Na imię jej Demokracja. Chociaż krucha i tak najlepsza. Mowa o współczesnej europejskiej demokracji. Jej korzenie sięgają antycznych Aten, jej zręby powstawały w średniowiecznych miastach handlowych, ewoluowała w krajach czołówki przełomu industrialnego. W ustrojowym wydaniu obserwujemy jej coraz ciekawsze dokonania w ostatnich 100 latach, choć jej kluczowych zalet w pełni mogliśmy doświadczyć dopiero po II wojnie światowej. I, jak wiemy, z dobrodziejstw powojennej demokracji przez pierwsze dziesięciolecia korzystać mogły tylko kraje Europy zachodniej.

Winston Churchill miał powiedzieć: Demokracja to fatalny system, ale niczego lepszego nie wymyślono. Wstrząsana sprzecznościami, pośród rozbieżnych preferencji, rozdzierana nierównym dostępem do przywilejów władzy i statusu, okazała się najlepszym modelem społecznego uzgadniania racji. Dziś pytamy, czy to już przeszłość? Czy na naszych oczach demokracja się rozpada? Może oczekuje od ludzi zbyt wiele, wymagając zrozumienia sensu dobrze funkcjonującej całości społecznej. A kto dziś pyta o całość, skoro wszystko odbywa się w metaforycznych, ale i realnych ”bańkach informacyjnych”, czy w tunelach rywalizujących narracji. Kto dziś chce zrozumieć, czym jest wolność, partycypacja, dobro wspólne, słowem – kto potrzebuje jeszcze demokracji, jeśli jej wartości stają się nieinteresujące?

Moc demokracji zawdzięczamy znaczeniu europejskiego miasta. To urbanizacja Europy pozwoliła na upowszechnienie reguł demokracji. A ta stoi przede wszystkim siłą mieszczaństwa i miejskich stylów życia. Dlatego Holandia i pobliskie kraje zachodu Europy, jako najmocniej „umiastowione,” zostały jej bastionami. Od czasów Hanzy wiemy, że powietrze miejskie czyni człowieka wolnym (napis „Stadtluft macht frei” widniał na bramach miast Hanzy). Kultura kontraktu, rola instytucji arbitrażu, negocjowanie racji w miejsce arbitralnych decyzji niewybieralnej władzy, procedowanie konsensu w warunkach politycznych konfliktów, wszystko to wzmacniało demokrację. Pośród zwyczajowych okrucieństw władzy, strasznych wojen i wojenek na Kontynencie, ewoluowały jej instytucje, przynosząc nam to, co najlepsze z tego, co możliwe.

Czy to koniec politycznego cudu? Oczywiście, nadal obowiązują konstytucyjne standardy i jurysdykcja nastawiona na pryncypia demokracji przedstawicielskiej. Odbywają się powszechne wybory. I co? Za chwilę okazać się może, że demokratyczna większość wybierze koniec demokracji. Nie trzeba przewrotu! Przegrywając kolejne wybory, demokracja sama odejdzie w zamszowych rękawiczkach, zżymając się na siły napierającego chamstwa. Zapytajmy zatem, czy demokratyczna Europa jest już na wyjściu z …Europy?

Patrzę z niedowierzaniem na dzisiejszą Holandię. To kolebka i wzór tego, co, historycznie rzecz biorąc, w demokracji Starego Kontynentu najlepszego. Poszanowanie wolności osoby, empatia społeczna, jedność w różnorodności. A co się tam teraz dzieje! Pod naporem ekstremalnych ruchów erodują demokratyczne wartości społecznego współżycia. W krajach sąsiednich, bastionach starej demokracji Zachodu, sytuacja podobna. W całej Europie jest dziś pogoda dla sił z pogardą patrzących na demokrację. Pogarda stała się wręcz zwornikiem tych grup. Ich przeciwnikiem: imigranci, Bruksela, tęczowi, elity. A może być i ktokolwiek, kogo wskażą. Ich frustracja zrozumiała o tyle, że tradycyjne partie demokratyczne nie znajdują drogi do nowych grup wyborców. To historyczna porażka polityków mainstreamu. To zarazem porażka mieszczaństwa, inteligencji, tradycyjnych elit kulturalnych, które kruszą się na naszych oczach. Dlaczego?

Kapitalizm dotarł do fazy skutkującej nadmierną polaryzacją ekonomiczną i społeczną. Doprowadził do znacznej asymetrii szans na kariery biznesowe i zawodowe. Klasa średnia, będąca dotąd podporą demokracji, jest poturbowana, nie znajduje na siebie nowego pomysłu. Klasa ludowa, tożsamościowo rozmyta. Ludzie niechętni demokracji syczą na liberalizm jako winowajcę, acz krytyka zależy od tego, kto do czego się przymierza. Niektórzy przywódcy, jak np. premier Węgier, Viktor Orban, lansują nieliberalną demokrację, chociaż wiedzą, że bez liberalnych fundamentów demokracja może być tylko atrapą. Klasyczni europejscy liberałowie przegrywają politycznie, wielki międzynarodowy kapitał ma to wszystko w nosie, zaś poszczególne państwa mogą coraz mniej, choć próbują nie dać demokracji zejść ze sceny.

Na naszych oczach życie codzienne ulega szybszym niż wcześniej przeobrażeniom. Miasta przechodzą w dziwaczne rozlewiska urbanistyczne, prowincja traci wiejski charakter. To rodzi gwałtowny sprzeciw. Weźmy „żółte kamizelki” we Francji. I to, co po nich. Ich sprzeciw ukazuje aktualną skalę antagonizmów między światami, które ze sobą sąsiadują i które jakoś dotąd się dogadywały. W świecie, w którym globalizacja puszczona jest luzem, lokalność czuje się stratna. Nawet ta wielkomiejska, np. w blokowiskach tzw. no go dzielnic. Zrewoltowane grupy młodych ludzi uznały, że w obrębie demokracji nie ziszczą swych pragnień. Ich radykalizm zyskuje coraz większy posłuch w krajach i „starej” i „nowej” demokracji. Również wśród ludzi nieco starszych i bardzo starszych. Coraz więcej mieszkańców Starego Kontynentu lubi się wyżywać w pogardzie dla inaczej myślących i wyglądających. I nie chodzi tylko o imigrantów. To nie są jednak animozje klasowe starego typu. Rodzi się nowy typ szczujni, bliższy temu, co było za czasów nazistów i komunistów. Ludzie sprzyjający dzisiejszej ekstremie nie szukają tylko klasycznie rozumianej sprawiedliwości. Pragną ulgi, to znaczy szybkiego ujścia dla swych złości. W cenie prymitywny język. To się nie odbywa na poziomie racji, tylko w konwulsjach rzygu. Nie tyle reagują na rzeczywistość, co ją odreagowują. I jaki komfort, agresja stosowana np. w social mediach jest w zasadzie anonimowa, zatem bezkarna. Mają jednak liderów. Ci zaś świadomi są potrzeby przekucia złych energii w nowy kapitał polityczny i gotowi już wywrócić cały ten demokratyczny stolik.

Dlaczego standardy demokracji postrzegane są dziś jako nieistotne? Dobre pytanie, możliwych odpowiedzi jest mnogość. Oczywiście, zawsze działa zeitgeist, ten dziś inny niż 30 czy 50 lat temu. Wiemy, że rzeczy mają się zwykle i dobrze i źle, i to równolegle. Coś się staje lepsze, by coś się pogorszyło. I vice versa.

Globalizacja, jako proces cywilizacyjny, przyspieszyła niebywale w latach 80 tych XX wieku, głównie za sprawą deregulacji w sferze finansów. Zaczęło się od twierdzy demokracji, czyli konserwatywnej Anglii. Wkrótce świat zaczął się integrować i separować po nowemu. Uwolniona z cugli mamona napędziła światowy handel i międzynarodową kooperację. Wielki kapitał zignorował granice państw, światowa finansiera poczuła zew wolności. Globalizm zglajchszaltował wiele ale i pobudził nienawistne wobec niego reakcje.

Do globalizacji gospodarczej dołączyła wkrótce globalizacja komunikacji informacji. Internet, w miarę oplatania całego świata, stworzył nowe uwarunkowania dla globalnej łączności. I jak zwykle w takich razach, na dobre i na złe (i do tego równolegle). Wiele dobrego przyniósł access, czyli powszechny dostęp do danych, jaki za sprawa połączeń internetowych pozwolił na błyskawiczne dotarcie do wiedzy, do której dostęp dotąd wymagał kosztownych prób rozciągniętych w czasie. Dzięki nowym technologiom nastąpiła rewolucyjna wręcz zmiana w korzystaniu z dóbr nauki, kultury, dzieł sztuki. Artyści, naukowcy, ludzie idei, otrzymali dostęp do globalnej publiki.

Zarazem widzimy jak, wraz z rozwojem komunikacji internetowej, poszerzyło się spektrum wyborów i zachowań negatywnych. Jak ów słynny access działa w służbie nienawiści. Jak łatwo, i to na potężną skalę, można sobie bezkarnie pozwolić na okazanie gniewu, złości i zawiści, jak szybko można kanały internetowe zamienić w ściek. I skrzyknąć podobnie czujących w grupach hejtu.
Czym jest zatem ów magiczny access: Bożek Szybkiego Dostępu do Wszystkiego, który zwodzi nas na różne sposoby? Czerpiąc z korzyści dostępu, zanurzamy się w przepastnych rozlewiskach informacji, i co? No właśnie, co? Znamienna w tym kontekście jest wypowiedź papieża Leona XIV, który w swoim przesłaniu z czerwca 2025 roku pisze: Dostęp do danych, jakkolwiek szeroki, nie może być mylony z inteligencją, która z konieczności wiąże się z otwartością osoby na ostateczne pytania życia i odzwierciedla orientację na Prawdę i Dobro. Surfujemy na potęgę, a chciałoby się zapytać, czy potrafimy jeszcze oddzielać ziarno od plew?

Media internetowe, nie bacząc na Prawdę i Dobro, kipią dziś goryczą i nienawiścią, wylewają pomyje na wartości demokratyczne. W świecie bez klarownych autorytetów, w umysłach wolnych od pamięci historycznej, łatwo jest ześlizgnąć się na ideowe mielizny. Szybko się orientujemy, że w tych warunkach o wiele prościej jest zostać mentalnym faszystą niż demokratą. Nie wymaga to empatii, a co za tym idzie i rozumienia inności. Za to można dać upust narastającym resentymentom, i tym uzasadnionym, i tym wzbudzonym z czyjegoś podpuszczenia. Najłatwiej to zjawisko można dziś zaobserwować na terenach byłej NRD. Podobnie jest ze współczesnym „lewactwem”, żerującym na erozji demokracji.

Tolerancja nie wytrzymuje starcia z ksenofobią, empatia z pogardą.

Powiada się, że stara demokratyczna Europa ugina się dziś pod naporem populizmów. Populizmem chce się określić postawy, kiedy ludzie „nie włączają” już myślenia do swoich wyborów. Wystarczy im pełne złości odreagowanie sytuacji, zdarzeń. Liczy się ulga, jaką daje porządny wkurw. Sądzę, że wielu z nich nie postrzega siebie jako faszystów, bądź dających posłuch lewakom. Oni po prostu nie cenią demokracji, kojarzą ją tylko z tym, czego nie lubią. I kogo nie lubią. Tymczasem, polityczni spryciarze sterują tymi nastrojami i postawami w kierunku systemowego neofaszyzmu, nacjonalizmu podszytego rasizmem, w stronę neokomunizmu. Również w dzisiejszej Polsce obserwujemy antydemokratyczny sprzeciw. Sprawna w tej grze jest Konfederacja. PiS trzyma się bardziej anachronicznych wzorców, pilnując starszej publiki, poza wielkimi ośrodkami miejskimi. Nowe lewactwo ma się też nieźle, zwłaszcza wśród Młodych. Póki co funkcjonują oni wszyscy w systemie demokracji, lecz nie po to by ją umacniać. Pytanie, kiedy nie będą chcieli już dłużej złorzeczyć liberalnej demokracji, tylko ją po prostu zaatakują?

Zygmunt Barczyk

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer