Rozterki
Przyszła mi do głowy myśl – to znaczy w chwili gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem że godzina 4.32 i wiem, że już nie zasnę – że relacje, wszelkie relacje, w ogóle wszystkich ze wszystkimi, podlegają ciągłej fluktuacji.
Mam na myśli, że nie ma nic stałego pod słońcem, na czym można by się oprzeć i począć coś budować. Nie ma przerwy w ciągłym przepływie myśli: Co myślimy o innych a oni o nas, jak się do nich odnosimy a oni do nas… Nie ma nic stałego, natomiast wiele pustego, przykładowo wszelakie „stałe poglądy” ze sztandarowym „nigdy nie zmieniam zdania”, na czele.
Wysilam się by znaleźć jednak jakąś stałą i to, co mi przychodzi do głowy, to miłość. Miłość do matki, miłość do swoich dzieci, ewentualnie miłość do ojczyzny.
Jeszcze niedawno, mowa o miesiącach, w moich myślach o Polsce była jakaś kokieteria. Stara dama, a ja pomimo wszystko zawsze z nią razem. Czy dzisiaj również? Kłopotliwe pytanie sobie postawiłem, bo coś się zmieniło. Racja, kokietowaliśmy się nawzajem, ale w międzyczasie coś się stało. Stało, ponieważ widzę ją teraz… Zaraz, czy ja chcę powiedzieć: – Bardziej obiektywnie ją teraz widzę?
Co obiektywizm znaczy? Widzę Polskę z innej pozycji i perspektywy, niż kiedyś, nawet jeszcze niedawno. Gdzie tu miejsce na obiektywizm?
Rozterki, rozterki. Jak je opisać? Dawniej, w czasach gdy nie byłem pisarzem, pisałem w listach wszystko jak leci, opisowo, dokładnie, od kropki do kropki. Na wnioski nie tyle nie miałem czasu, co nie widziałem potrzeby.
Okropność z tymi słowami! Są skandalicznie powolne i zupełnie nie nadążają za myślami. Co gorsze, nie są wystarczającym narzędziem, ich niekompatybilność stawia przeszkody wykonania dobrej roboty, a nie mamy innych. Możliwe li to, że właśnie niezgodność doprowadziła do pisania utworów scenicznych? Dziedziny sztuki pozwalającej drogą sztuki aktorskiej oraz efektami wizualnymi opowiedzieć więcej, niż kiedykolwiek potrafiły same słowa, biorące niestety nader często skandalicznie nieudolnie w jasyr myśli.
W Polsce trwają awantury przypominające trochę upór trykających się baranów. Może „baran” nie jest słowem najzręczniejszym, ale zostawię. Dzieje się coś historycznego, co mnie przerasta i czuję, nieomal dosłownie przez skórę czuję, narastający niepokój.
Jeszcze rok temu byłem właściwie pewien, że liberalna demokracja poradzi sobie z hunwejbinami i ich przywódcą. Dziś przeczuwam koniec liberałów i żadnej pociechy w tym, że ten trend przetacza się przez świat. Trwają brutalne rekonstrukcje państw i zanik ważności intelektu, co w praktyce oznacza wywrócenie do góry nogami wszystkiego, co było, bez żadnych konkretnych i poważnych koncepcji – prócz prywaty wodza – na przyszłość.
Wątłe te moje wątpliwości i śmieszne zaciekłości. Co będzie z moją Polską, co z moją Europą? Nie ważę się przewidywać, ale w moim tunelu pobłyskuje światełko następującej myśli: Drobiazgi zawsze zmiękczały pryncypia historii. Nawet najsilniejszemu olbrzymowi plączą nogi farfocle.
I tego się trzymam, co mi więcej pozostało?
Andrzej Szmilichowski
