Mechaniczna zabawka
Obudziłem się, patrzę, a tu świat płonie. Płonie i nie dogasa. Istnieje on (świat) dzięki związkom przyczynowo skutkowym w formie i kształcie, ale przestał się nieopatrznie do tych egzystencjalnych dla niego związków odnosić, co spowodowało, że jest kasowany.
Jakby nie rozumiał (świat), że sposobami jakimi się posługuje, sam siebie wysadza w powietrze. Kto wie, może popełnia zamierzone wprzódy i zaakceptowane (Przez kogo?) samobójstwo?
Nie mogę ani umiem – co ja znaczę, się z niego (świata) wyprowadzić, więc zostaję, ale protestuję bo się boję. Przy tym oraz gwoli prawdy, nie potrafię nic zaproponować w zamian, ani tym bardziej zmienić. Nie potrafię nawet zmienić siebie, to o czym tu rozmowa. Ale jednak parę słów dodam.
Przydarzyłem się, więc tu zostanę, ale nie będę dyktował warunków (sobie, sobie). Dyktowanie ich światu może i miałoby jakiś sens w szerszej perspektywie, ja tego jednak nie widzę za grosz, więc póki co, ustalmy jedno. Ja się tu nie prosiłem. Ja się tu znalazłem. A to oznacza nie byle co i tylko jedno: Ja za ten świat nie odpowiadam, to nie jest mój spadek.
Więcej? Proszę uprzejmie! Nie mam nic wspólnego z jakimikolwiek decyzjami, co również oznacza, że nie ponoszę żadnej odpowiedzialności za nic, z sobą włącznie/!/, ponieważ nie jestem mną z własnej i nieprzymuszonej woli. To mówi również, że nie mam żadnego zadania do wykonania, a świat nie niesie żadnej niewyjaśnionej zagadki. Na przykład grzechu pierworodnego, czy innych ale w tym gatunku stwierdzeń.
Zatem nie ma żadnej zagadki, ani żadnych oczywistych oczywistości. Jest jedynie, mechaniczna w pewnym sensie, identyfikacja, a ja w niej. Człowiek, którym dość długie już lata jestem, wydaje się w miarę uczciwą propozycją, a w tych warunkach chyba maksimum co można było zrobić. Dalej to już nie moja sprawa – dead man walking.
Jednak czasem, gdy jutrzenka i tak dalej, wydaje mi się, że przebudzenie jest blisko. Blisko nawet wtedy, gdy analogie ze snami pełnymi koszmarów i cierpienia, pomimo że senne, wydają się prawdziwe. „Nie wiem jaki jestem naprawdę, ale cierpię, gdy mnie deformują” /Rozmowy z Gombrowiczem/.
Ach te porywy! Nocne. Dzienne. Czuwania. Zwierzania. Bez sensu, jak miałbym się zmienić, kiedy w lustrze odbija się wszystko to, czego nie lubię?
Najbardziej mi żal, że w pewnym momencie zamknęły się ważne drzwi. Przestałem być poetą. Stało się tak za przyczyną mistycyzmu, który mocarnie mnie ogarnął i wyłączył poetę na tak długie lata, że na zawsze. Zapewne tak miało być, ale szkoda, bo chciałoby się pisać i pisać piękne wiersze.
Andrzej Szmilichowski
