Nobla za piwo
Tak zwykła mawiać moja mama. Sama nigdy piwa nie kupowała, ale z chęcią wypijała szklaneczkę, którą podawałam jej do przygotowanego przeze mnie posiłku.
Z piwem zapoznałam się już w dzieciństwie. Mama twierdziła, że brak mi apetytu. Byłam typowym dzieckiem-niejadkiem. Lekarz zalecił szklaneczkę ciemnego piwa przed posiłkiem dla pobudzenia apetytu. Ale piwo, samo w sobie, jest sycące, więc niewiele to pomogło.
Jako pełnoletnia zaczęłam chadzać z moim przyszłym mężem (nie wiedząc, że kiedyś będziemy małżeństwem) do Grand Hotelu na NRD-owskie piwo Radeberger. Eleganckie butelki współgrały z wytwornym hotelowym wnętrzem. Piwo nie należało jednak do wytwornych napojów. Sprzedawano je w ulicznych budkach, pod którymi zataczali się zamroczeni klienci.
Szwecja jest dziwnym krajem jeśli chodzi o piwo. Istnieje piwo ekstra mocne wzmocnione wódką, piwo mocne o zawartości alkoholu między 5-6%, czyli tyle ile tworzy się w czasie naturalnej fermentacji, piwo ludowe (folköl), piwo pośrednie (mellanöl), piwo słabe (lättöl) i piwo bezalkoholowe. Tym ostatnim poczęstowano nas po zakończeniu kolektywnego wiosennego sprzątania terenów zielonych naszej wspólnoty. Nie dało się pić.
W sklepach spożywczych można kupić piwo z maksymalną zawartością alkoholu 3,5%. Mocniejsze piwo sprzedawane jest w monopolowych sklepach alkoholowych Systembolaget. Tam puszki i butelki napełnia podatek od alkoholu z odrobiną piwa jako bonus.
Wśród polskiego piwa moimi faworytami są Lech, Okocim i Żywiec. Ten ostatni jest konserwatywny w wyglądzie, butelki ozdabia para tańcząca w strojach łowickich. To piwo wyglądało identycznie jeszcze w czasie moich młodzieńczych wakacji w Juracie.
W pewnych krajach mam piwne faworyty. W Hiszpanii Crus Campo, w Czechach Staropramen, a w Niemczech Kaiser Beer. W Wielkiej Brytanii piwo nosi nazwę Ale. Nie mam zastrzeżeń co do mocy, ale smakowo wydaje się rozwodnione.
W czasie jednego z rejsów zawinęliśmy na krótko do Kambodży. Nie starczyło czasu na zwiedzanie, tylko na wypicie piwa o stosownej nazwie Angkor.
Na pobytowych wycieczkach na ogół mieliśmy all inclusive, ale na rejsach ta opcja była kosztowna. Zawsze pod koniec pobytu na lądzie szliśmy więc do baru na piwo.
W dawnych koloniach portugalskich, na przykład w Goa oraz w Brazylii, było piwo w butelkach o pojemności ¾ litra. W czasie pobytu w Rio de Janeiro chadzaliśmy do baru w sąsiedztwie. Poza piwem mieli tam tylko pikantne salami. Wypiliśmy jedną butelkę i zamówiliśmy drugą. Następnego dnia barman z pewnym wahaniem podał nam jeszcze jedną, a trzeciego dnia, jakby to było oczywiste, postawił przed nami od razu dwie butelki. W Indiach mieli także te pojemne butelki. Opróżniliśmy trzy sztuki czekając na zamówione danie Chicken Tandoori.
Podczas jednej z naszych podróży odmówiono nam sprzedaży piwa bez zamówienia ciepłego dania. Na szczęście w barze obok nie było takich restrykcji. Przypomniał mi się wtedy felieton polskiego satyryka i humorysty, Wiecha, z opisem szwedzkiego zwyczaju w postaci obowiązku konsumpcji całego obiadu wraz z komputem (przez u), jeśli ma się ochotę na coś mocniejszego.
Będąc w południowym Maroko, w dawnej hiszpańskiej enklawie Sidi Ifni, poszliśmy do knajpki na piwo. Przy stolikach siedziała młodzież i piła w dużych ilościach. Kiedy zamówiliśmy po kufelku wydało się nam bardzo drogie. Widocznie knajpka miała dwie ceny – niską dla lokalnych mieszkańców i dużo wyższą dla turystów.
Z ciemnym piwem zapoznałam się w dzieciństwie i odnowiłam znajomość w Irlandii, ojczyźnie piwa Guiness. W Dublinie nie mieliśmy ochoty zwiedzać browaru po to, aby napić się bezpłatnego piwa. Bez zwiedzania wychyliliśmy po kufelku za pełną cenę.
Kiedyś w Grecji, gdy poszliśmy do tawerny na kolację, okazało się, że właścicielami są Polka i Irlandczyk. Zaproponowali nam gołąbki, za którymi nie przepadam i piwo Guiness. Globalizacja kulinarna nie zawsze trafia w gust konsumenta. Wszystko we właściwym czasie i miejscu.
A co z Noblem? Może Komitet Noblowski wprowadzi kiedyś nową dyscyplinę w dziedzinie napojów.
Teresa Urban
Lipiec, 2025 roku.
