Przydarzyłem się
Bóg, jeżeli jest, jest poza głupimi pytaniami w rodzaju: Czy Bóg jest? Uważam i po części wierzę, że: po pierwsze żyję, po drugie jestem częścią świata form i kształtów, po trzecie (i ważne) staram się nie zawracać sobie specjalnie głowy przyczyną dla której powstałem, ani skutkami, jakie mogę nieopatrznie swoją obecnością spowodować.
Z tego by wynikało, że nie ma żadnych z góry mi narzuconych obowiązków ani zadań, do wykonania lub rozwiązania. A zatem nie mam grzechów na sumieniu, o czym uprzejmie informuję zainteresowanych. Z rozpędu dodam, że moim sumieniem zajmuję się sam osobiście i nie potrzebuję żadnej pomocy, szczególnie pewnej wyspecjalizowanej w tym zakresie firmy.
W związku z tym, co powyżej, nie mam na sumieniu żadnego grzechu pierworodnego, oraz innych podobnych mało zrozumiałych pomysłów. Na jedno się godzę, a godzę dlatego, że nie mam innego wyjścia: że „jestem”. To jest jedyna ugoda na jaką mogę pójść z „tu” i tylko w takim przypadku, że na koniec wyląduję „tam”.
Przydarzyłem się, to prawda. Ale przydarzyłem sobie i tylko sobie, a nie w celu jakichś posług. Tak uważam, a czy świat jest podobnego zdania obchodzi mnie raczej średnio. Istotne, że moja świadomość mówi mi, iż mój komfort, moja godność (nie znalazłem innego słowa) i swoboda, polegają na tym, że mogę siebie nie zaakceptować takim, jakim mnie podobno stworzono. Z tego zaś wynika wprost, że mogę reagować w inny sposób, niż ode mnie ktoś (lub system) oczekuje.
Dalej. Jeżeli się już przydarzyłem, mogę się przydarzać nieustannie i za każdym razem inaczej i to przeświadczenie zdejmuje ze mnie obowiązek gry w pra-grzech i pra-winę. Nikomu nie jestem nic winien i nikomu nic nie zawdzięczam. Punkt.
Dalej. Gdyby mi się ewentualnie coś niemiłego przydarzyło, na przykład począłbym się staczać, starałbym się zachować w dumnej pamięci, że tylko dzięki własnym siłom, staraniom i osiągnięciom, mam się z czego staczać. Tak jest uczciwie, ale mogę rozmawiać ze zdaniem odrębnym, bo pamiętam z dzieciństwa, że Archanioł miał miecz obosieczny.
Ileż towarzyszących mi w podróży osób, przez te wszystkie lata się przewinęło! Czas i byt o to zadbały, jednocześnie niespecjalnie troszcząc się o mnie. Może nawet nie tyle o mnie, co o moją duszę. O duszę? Dusza to tylko nazwa! Więc o co? O szczęście! Szczęście? O mój boże!
Tak, chodzi o szczęście, a zatem o kobiety i ich kobiecość. Bez kobiet i kobiecości nie ma szczęścia. Kobiety, które tak bardzo mi się kiedyś podobały, kobiety z którymi do niczego nie doszło i już nigdy nie dojdzie. Kobiety. Pojawiały się cudowne stworzenia boże, które niestety czekało to samo co mnie, przemijanie.
Zmęczenie. Nie wówczas, dziś. W tamtych czasach zmęczenie? Mam na myśli ogólne zmęczenie wynikające z zadawania się z kobiecością. Ale zanim co, trzeba rozmawiać, dyskutować, opowiadać historie o sobie, powtarzane w różnych wariantach zależnie od sytuacji i kobiety. A zaraz potem nadchodzą ich oczekiwania. Daremne oczekiwania czegoś, czego dać im nie mogłem, albo nie chciałem, albo się bałem.
Zmęczenie. Moja poraniona dusza ma bezalkoholowego kaca.
Andrzej Szmilichowski
