sleep-7657649_1280

Bóg, jeżeli jest, jest poza głupimi pytaniami w rodzaju: Czy Bóg jest? Uważam i po części wierzę, że: po pierwsze żyję, po drugie jestem częścią świata form i kształtów, po trzecie (i ważne) staram się nie zawracać sobie specjalnie głowy przyczyną dla której powstałem, ani skutkami, jakie mogę nieopatrznie swoją obecnością spowodować.

Z tego by wynikało, że nie ma żadnych z góry mi narzuconych obowiązków ani zadań, do wykonania lub rozwiązania. A zatem nie mam grzechów na sumieniu, o czym uprzejmie informuję zainteresowanych. Z rozpędu dodam, że moim sumieniem zajmuję się sam osobiście i nie potrzebuję żadnej pomocy, szczególnie pewnej wyspecjalizowanej w tym zakresie firmy.

W związku z tym, co powyżej, nie mam na sumieniu żadnego grzechu pierworodnego, oraz innych podobnych mało zrozumiałych pomysłów. Na jedno się godzę, a godzę dlatego, że nie mam innego wyjścia: że „jestem”. To jest jedyna ugoda na jaką mogę pójść z „tu” i tylko w takim przypadku, że na koniec wyląduję „tam”.

Przydarzyłem się, to prawda. Ale przydarzyłem sobie i tylko sobie, a nie w celu jakichś posług. Tak uważam, a czy świat jest podobnego zdania obchodzi mnie raczej średnio. Istotne, że moja świadomość mówi mi, iż mój komfort, moja godność (nie znalazłem innego słowa) i swoboda, polegają na tym, że mogę siebie nie zaakceptować takim, jakim mnie podobno stworzono. Z tego zaś wynika wprost, że mogę reagować w inny sposób, niż ode mnie ktoś (lub system) oczekuje.

Dalej. Jeżeli się już przydarzyłem, mogę się przydarzać nieustannie i za każdym razem inaczej i to przeświadczenie zdejmuje ze mnie obowiązek gry w pra-grzech i pra-winę. Nikomu nie jestem nic winien i nikomu nic nie zawdzięczam. Punkt.

Dalej. Gdyby mi się ewentualnie coś niemiłego przydarzyło, na przykład począłbym się staczać, starałbym się zachować w dumnej pamięci, że tylko dzięki własnym siłom, staraniom i osiągnięciom, mam się z czego staczać. Tak jest uczciwie, ale mogę rozmawiać ze zdaniem odrębnym, bo pamiętam z dzieciństwa, że Archanioł miał miecz obosieczny.

Ileż towarzyszących mi w podróży osób, przez te wszystkie lata się przewinęło! Czas i byt o to zadbały, jednocześnie niespecjalnie troszcząc się o mnie. Może nawet nie tyle o mnie, co o moją duszę. O duszę? Dusza to tylko nazwa! Więc o co? O szczęście! Szczęście? O mój boże!

Tak, chodzi o szczęście, a zatem o kobiety i ich kobiecość. Bez kobiet i kobiecości nie ma szczęścia. Kobiety, które tak bardzo mi się kiedyś podobały, kobiety z którymi do niczego nie doszło i już nigdy nie dojdzie. Kobiety. Pojawiały się cudowne stworzenia boże, które niestety czekało to samo co mnie, przemijanie.

Zmęczenie. Nie wówczas, dziś. W tamtych czasach zmęczenie? Mam na myśli ogólne zmęczenie wynikające z zadawania się z kobiecością. Ale zanim co, trzeba rozmawiać, dyskutować, opowiadać historie o sobie, powtarzane w różnych wariantach zależnie od sytuacji i kobiety. A zaraz potem nadchodzą ich oczekiwania. Daremne oczekiwania czegoś, czego dać im nie mogłem, albo nie chciałem, albo się bałem.

Zmęczenie. Moja poraniona dusza ma bezalkoholowego kaca.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer