shrine-9348003_1920

W większości nie potrafimy satysfakcjonująco oddać słowem tego, co pomyślimy. Skąd bierze się to uczucie? Trudno powiedzieć, może z niewydolności mowy?

Kiedy myślisz, wiesz doskonale o czym. Kiedy mówisz, kiedy już padły pierwsze słowa, jesteś często rozczarowany i zastanawiasz się później poirytowany: Dlaczego to, co powiedziałem, nie odzwierciedlało wiernie moich myśli?

Przemacerowane w głowie skarby, gdy wybrzmią, w paru zdaniach właściwie wyczerpane, brzmią nierzadko zawstydzająco chudo.

Rozmowa podwyższa wewnętrzne napięcia, może nawet doprowadzić do intelektualnego spustoszenia (ostatnie zdanie gdzieś przeczytałem).

To co przeżute, przeczute i przepuszczone przez głowę, zawsze jest piękniejsze i bogatsze, niż ubrane w słowa? Na to wychodzi. Zaledwie w paru książkach na świecie, po ogromnych wysiłkach i trudach autorów-geniuszy, udało im się oddać to, co mieli w umysłach. Czego można oczekiwać od pisarza zwykłego, codziennego, klecącego na poczekaniu przypadkowe zdania, złożone z niedbałych słów?

Napisałem „przypadkowe zdania” i uruchomiła się wspomnieniowa zapadka. Jest rok 1967 przed południem, piję kawę w „Nowym Świecie” i targają mną niepokoje, co mam począć ze swoim życiem, żeby się choć trochę udało. I wtedy zatrzymałem wzrok na zdjęciu w ilustrowanym tygodniku (tak się kiedyś mówiło), przedstawiające młodą uśmiechniętą Japoneczkę, z hieroglifami jej ojczystej mowy w tle.

Wtedy to nadpłynęła kolosalnie twórcza myśl: A gdyby tak podjąć naukę języka japońskiego? Ilu ludzi w Warszawie zna japoński, ile w Polsce? Taka umiejętność mogłaby stać się moim zawodem? Mogłaby! Zostanę japonistą!

Zamieniając myśl w czyn, następnego ranka pojechałem do japońskiej ambasady i stanąłem oko w oko z identyczną nieomal (bardzo trudno połapać się w wieku Azjatów, co zapewne jest sprzężeniem zwrotnym) Japoneczką z tygodnika.

Zaczęliśmy rozmowę i moją polską angielszczyzną próbowałem dowiedzieć się coś na temat kursu języka japońskiego dla początkujących. Madame z kraju wiśni wysłuchała mnie i z uroczym uśmiechem poczęła swoją japońską angielszczyzną długo i zawile tłumacząc, z czego zrozumiałem, że pracująca w ambasadzie Polka mówiąca po japońsku (!) wyszła, ale wróci i żebym czekał. Wtedy to, i do dzisiejszego dnia nie wiem, dlaczego poczułem się bardzo zażenowany, powiedziałem: Thank you! i Good by! i wyszedłem na zawsze.

A przecież mogło stać się tak: nauczyłem się japońskiego, wystarałem o wyjazd do Japonii, poznałem śliczną pannę, ożeniłem się, spłodziłem syna, synek przyjechał do Warszawy i mówił po polsku, czym zadziwiał, osiadł więc na stałe, studiował na Uniwersytecie i zakochał się w Beacie z Zamościa…  Więc gdyby pracownica japońskiej ambasady, Polka mówiąca po japońsku (!), była tam gdzie powinna, a nie wyszła w godzinach pracy na zakupy…

Przypomniała się dykteryjka, która, uważam, celnie ilustruje stan umysłów młodych kobiet i mężczyzn w ówczesnej Polsce: Dwóch górali się upiło i kiedy wyszli z szynku to jeden spadł w przepaść. Drugi wychylił się i woła: Józuś ręce mos? Mooom! – słyszy. A nogi mos? Mooom! Józuś żyjesz? Nie wiem, jesce lecę!

 

***

 

Gdyby tak się zdarzyło, żebym dziś umarł, co bym po sobie zostawił, prócz zamkniętej biografii? Dobre i na czasie pytanie.

Nie wrócę już do Polski. Ta myśl początkowe lata równała się nieomal ponurym myślom samobójczym. Co mi proponowało, co wiedziało o mnie nowe, prócz ofiarowania zmartwień związanych z niepewnością? Wiedziało dużo, tylko ja nie wiedziałem, ale życie mnie jakoś niosło.

Okazuje się, że mam intuicję. Dawno temu, jeszcze przed pełzającą katastrofą imienia Jarosława Kaczyńskiego, rozglądałem się niepewnie przeczuwając zmiany pogody i różne niże. Nie miałem i nie mam w dalszym ciągu zaufania do okresów, kiedy jest spokój i nic się nie dzieje. Jestem pod tym względem nieodrodnym dzieckiem Rzeczypospolitej, ponieważ tak się nam historycznie układa, że po krótkich okresach spokoju, abonamentowo dochodzi nad Wisłą do takich konwulsji, że się żyć odechciewa.

Gdy pomyśli się na chłodno o tym, co zgotował Polsce J.K., o otumanieniu i ogłupieniu, o wiecznym odgrywaniu się, tłumieniu, straszeniu, wykpiwaniu, ogarnia taki smutek, że pochłania resztki korzennej radości. Facet zgotował taki pasztet, że najstarsi górale nie pamiętają, nie tylko obmyślił, ale zaczął wprowadzać w życie idee cofające Polskę o dobre parę pokoleń i, jak dotychczas, mu się to niestety udaje.

Wracając do mnie powiem górnolotnie, że na przestrzeni dziejów (moich) zauważam ciekawe zjawisko. W Warszawie miałem stałą pracę i pewność, że jej nie stracę, dach nad głową, rower składak i maszynę do pisania Łucznik, ale spokoju za grosz. W Szwecji spotkała mnie długotrwała bezdomność, nieomal głód, pozycja poza społeczeństwem, kłopoty z żywiołem obcości, a strachu ani śladu! Zderzenie Polaka ze światem różne przybiera barwy, ale mimo wszystko tam jednak byłem tutejszy, tu nie.

Moja Polska długimi okresami była szwendaniem się po prywatkach. Bardzo popularnym we wszystkich sferach i kołach spędzaniem czasu zwanym imprezowaniem. O erotycznej swobodzie też dałoby się co nieco powiedzieć, ale rezygnuję. To jednak było tylko banalne poszukiwanie złudzeń.

W Kraju sytuacja wygląda z grubsza tak, że wzmógł się nacisk polityczny, kościół w oczach traci moc magiczno-rytualną i żebrze kasę, a kolejne rządziki rządzą szamocząc się z rządzeniem. Polska jest na dobrej drodze, aby stać się politycznym gniotem, coraz trudniejszym do strawienia dla europejskich, i nie tylko, sąsiadów.

Wątpliwą pociechą może być, że życie niekoniecznie specyfikuje narodowościowo, zaś ludzkie istnienie jest tak skonstruowane i zaplątane, że człowiek ma trudności z wyborem, ale odróżnia zło od dobra. To mogłoby oznaczać, że trzeba brać na klatę natarcie rzeczywistości, a nie rezonować. Natomiast samo życie jest zdarzeniem – zderzeniem człowieka ze światem, nic więcej.

Na koniec zachowałem najgorsze. Obłożna choroba wszystkich polskich elit od początku świata nazywa się – niedomyślenie spraw. Jakby w rządzeniu Polską zabronione było pod karą śmierci: domyślenie spraw do końca, dotrzymanie tego, co się obiecało, wyciągnięcie wniosków i ich realizacja. W tym wszystkim jest jednak zdumiewający i napawający otuchą paradoks: Polska jest śliczna i coraz piękniejsza!

Andrzej Szmilichowski

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer