Mgły krwawych rzeczywistości

0
Jan_Matejko,_Bitwa_pod_Grunwaldem

MP 443; Matejko, Jan (1838-1893) (malarz); Bitwa pod Grunwaldem; 1878; olej; płótno; 426 x 987

Niewytłumaczalne zdarzenia rodzą zastanowienie. Przyjęło się brać „koleje losu”, szczególnie te których logiki nie rozumiemy, za „wyroki boskie”. To zastanawiające, ale stosunkowo łatwo zauważyć, że to co nazywamy „sprawiedliwością”, ma niewiele wspólnego z boskimi wyrokami.

Czy sprawiedliwie dzieje się, gdy spada w przepaść autobus pełen harcerek? Oczywiście nie! To nieszczęśliwy wypadek, przypadek losowy, tragiczny pech na który nic nie możemy poradzić. W naszym niedoskonałym świecie tak się niestety zdarza. Zrządzenie losu, Bóg tak chciał.

A może… Zastanówmy się nad taką koncepcją: To nie przypadek losowy a wynik działania zasobów energii myśli produkowanych przez nas samych. Logika konieczności.

Może dobre i złe uczynki, zaniedbania i ich konsekwencje, intrygi i charytatywność, zbrodnie i cnoty, prawdy i kłamstwa, słowem Wszystkie Myśli, tworzą wektory energii balansujące plus z  minusem i w przypadkowy sposób wpływają na materię i jej ruch? Gdy balans energii psychicznej (myśli) zostaje zachwiany, następują wyładowania (jak błyskawice w czasie burzy), które przynoszą pozytywne albo negatywne efekty: Wielkie kariery, wyniesienia na ołtarze, miłość, wojny, zbrodnie, niegodziwości…, i autobusu z harcerkami spadający w przepaść.

Wierzymy, że to Bóg produkuje zrządzenia. Jeżeli nawet tak jest, to mają one niewiele wspólnego z tym jak człowiek pojmuje sprawiedliwość. Superintelekt (Bóg) nie jest dostępny ludzkiemu intelektowi. Skąd czerpiemy pewność, że projekcja: Dobro – Zło jest uniwersalna dla całego Wszechświata, a nie tylko lokalnym ziemskim produktem wynikającym z etyki inteligentnych istot tej planety?

Dywagując w taki, dość dowolny sposób, łatwo o smutną konkluzję, że w oczach bogów jesteśmy na poziomie pierwotniaków i w ogóle jest beznadziejnie.

Ale nic nam nie zabrania wierzyć, że żyjemy w najlepszym ze światów. Stwórca powziąwszy ideę, wybrał zapewne najlepszy projekt? Może żyjemy w optymalnym świecie? Dobrze by było, ale przeszkadza jedna sprawa: Obecność cierpienia i bólu, ich powszechność i stała obecność.

To trochę trudno objąć ludzkim rozumem. Stwórca Pan, wielkie i przemądre Mzi-Mzi które nas bezgranicznie kocha, tworzy na planecie Ziemia świat powszechnego cierpienia i nas, swego faworyta, w nim umieszcza? To nie są czcze fantazje, kompleks niekochanego dziecka, mamy na to papiery w postaci Ksiąg.

Tylko czy rozumiemy zawarte w nich metafory, czy pojmujemy o czym mówią? Czy na pewno wiemy co się stało w Raju? Bóg stworzył Adama, umieścił go w Edenie i kazał doglądać ogrodu, ale zakazał zrywać jabłka z drzewa złego i dobrego (raczej brzoskwiń). Kiedy Bóg zauważył, że Adam chodzi smutny, stworzył mu z jego żebra (genetyczna manipulacja na DNA?) do towarzystwa kobietę. Oboje spacerowali po Raju nadzy, nie odczuwali wstydu, pociągu seksualnego, nie mieli poczucia czasu, skali wartości. Co mieli na Boga, czym się interesowały te dwie bezbarwne i głupie trans-dziewice?

Miłosierny Bóg się w końcu ulitował i sypnął im nieco mądrości w postaci Węża, a następnie dał szansę na samodzielność przepędzając z Raju. Oboje zawstydzili się nagości i przepasali gałązkami figi. Narodziła się świadomość, umiejętność abstrakcyjnego myślenia, ocena, prokreacja. Narodził się rozum i polaryzacja, rozpoczęła się akademia świadomego istnienia.

Od tego dnia otacza nas oporna materia, na której doświadczamy umysł i ciało. Stąd  ból i cierpienie. Mamy pokonywać przeszkody i tak zdobywać w bólach porażek wiedzę!

Zejdźmy wreszcie z wysokich koni! Żyjemy trzy sekundy po Adamie i Ewie i nie mamy dostępu do podstawowych prawd, które gdy być może kiedyś poznamy, pozwolą zrozumieć w jakiej grze bierzemy udział, na razie bliżej nam do mierności niż doskonałości. Wyposażeni zostaliśmy w życie i umiejętność abstrakcyjnego myślenia, a zajmujemy się nieomal wyłącznie zaspokajaniem instynktów.

Pamiętając o mistycznych mgłach prehistorii, przenieśmy się w teraźniejszość. Jak romantycznie brzmią słowa piosenki „Czerwone maki nad Monte Cassino”! Piosenka ta mówi o krwawym polu fanfaronady generałów Sikorskiego i Andersa  (z trudem rozumiem potrzebę ekshumacji zwłok Sikorskiego, ale już pomysł szycia generalskim kościom munduru, to czysta makabra) wobec Aliantów.

My najdzielniejsi z dzielnych! Przed nami sześć narodów próbowało zdobyć klasztor! I co? I nic! A polski żołnierz proszę, szast-prast i na szczycie! A jaki piękny cmentarz mamy pod Monte Cassino! Pod Lenino nie mamy, a też ginęli za bezdurno na obcej ziemi.

Podobnych miejsc w historii Polski wiele: Tahiti, Samosierra, miejsca napoleońskich bitew, Tobruk, Narwik… Ginęliśmy często i niefrasobliwie, ale Powstanie Warszawskie przebija pulę. Politykom której nacji udało się popełnić błąd, w którego konsekwencji zginęło z górą 200.000 istnień ludzkich? Prawie ćwierć miliona mieszkańców stolicy Polski, kwiat warszawskiej młodzieży, w dwa miesiące do ziemi!

Czy my już na zawsze skazani jesteśmy na ckliwe piosenki o ułanie wojnie i rozmarynie? Na Boga! To ludzie ginęli, młodzi chłopcy zachłyśnięci własną krwią, piękne dziewczęta ścięte kosą śmierci, nawet nie dwudziestoletnie życia poświęcone za nic. Za nic! Nasz rząd w Londynie uwierzył w siłę faktów dokonanych. Byli pewni, że powstaniem w Warszawie zmuszą aliantów do ofensywy, która zatrzyma się na Wiśle. I zatrzymała się, ale sowiecka.

Słyszy się dziś głosy tłumaczące tragedię Warszawy tym, że młodzieży nie można już było utrzymać w miejscu, tak pragnęła walki! Wiecznie to samo: Do boju orły, a potem się zobaczy!

Trudno spokojnie słuchać pseudo-patriotycznych wzdęć, oglądać pełne dumy błyski w wywrzeszczonych gałach. My natychmiast do Iraku! Udzielimy pierwsi wsparcia naszym najlepszym przyjaciołom Amerykanom w Afganistanie! Prezydent Kwaśniewski wypina pierś, jaki ten Grom dzielny!

Na armii nie wolno oszczędzać! – woła prezydent Kaczyński. Pokażemy Ruskim gdzie raki zimują! Montujcie amerykańscy przyjaciele te swoje rakiety ku chwale Bożej i na pożytek nasz zbawienny gdzie wam się podoba, montujcie! A potem trumny wynoszone z samolotów.

Defilady, orkiestry, błysk szabelek, ach jak oni pięknie maszerują! Duma z synków w oczach matek, a niedługo potem na komodzie zdjęcie i łzy bezsilnego żalu. Ale co tam śmierć, my najdzielniejsi z dzielnych, my Ghurkowie środkowej Europy!

Kiedy wreszcie skończą się happenigi na grunwaldzkich i innych polach? Kiedy przestaniemy dumnie nużać głowy w porażkach i klęskach?

Nie pokonaliśmy Zakonu. Wygraliśmy bitwę, nie wojnę. Biskupi z otoczenia Jagiełły nie pojęli przesłania, nie zrozumieli co oznacza podarek w postaci dwóch nagich mieczy. Było to przypomnienie idące wprost z Biblii, słowa Jezusa. Jezus wysyłając apostołów w świat aby krzewili wiarę, spytał czy są uzbrojeni. Odparli: Tak Panie, mamy dwa miecze.

Miecze wysłane przez Wielkiego Mistrza królowi Polski, symbolizowały walkę chrześcijańskiego rycerstwa z poganami. Zakon tak argumentował, rekrutując europejskie rycerstwo: Przybądźcie na świętą wojnę z pogaństwem! Notabene pod zakonnymi chorągwiami walczyło więcej Polaków, niż jakiejkolwiek innej nacji!

Notatek dziejopisów nie można traktować jak absolutnej prawdy. Kronikarze tworzyli i tworzą pozorne rzeczywistości, odsuwając w cień niewygodne dla władcy motywy. Gdybyśmy żyli wystarczająco długo, moglibyśmy się naocznie przekonać co będą opowiadali przewodnicy szkolnej dziatwie przy sarkofagu Lecha Kaczyńskiego.

Już lepiej dbajmy o mity, te się przynajmniej nie zmieniają. Doktor Faust stworzył mit uruchamiający wyobraźnię i budujący nadzieję. Był podobno lekarzem w XV-wiecznym Krakowie i zajmował się astrologią oraz magią. Gdy umarł porwał go Diabeł, bo mu Faust wcześniej zapisał duszę. Mit o Fauście jest opowieścią o ryzyku tkwiącym w silnych pragnieniach.

Mity odzwierciedlają odwieczną tęsknotę do miłości. Wspaniałe greckie mity wytyczają drogę, pokazują pysznej i zadufanej w sobie, pędzącej ostatnim tchem nie wiadomo dokąd cywilizacji, jej miałkość.

Czy nie cudowne jest zawołanie: Trollu, bądź sobą! Henryk Ibsen mylił się twierdząc, że jego Peer Gynt jest tak nasiąknięty skandynawską filozofią, że nie będzie dla innych zrozumiały. Ibsen tak tłumaczył sens swojego dramatu: Żyć, znaczy walczyć z trollem buszującym w twoim sercu, w twoich zmysłach.

Russell Schweickart, amerykański astronauta ze statku kosmicznego Apollo 7, pisał tak: Tam jesteście – tysiące ludzi na Środkowym Wchodzie, którzy zabijacie się nawzajem za jakąś granicę, wyimaginowaną linię której nawet nie sposób zobaczyć. A stąd, tu gdzie jestem, wszystko jest całością i jednością. I jest takie piękne! Nad księżycowym modułem widzę słońce. Wschodzi właśnie nad Oceanem Spokojnym. Piękny widok. Oto narodziny mitu!

W młodoniepodległej Polsce stale dzieje coś, co na różne sposoby prowokuje. Jesteśmy specjalistami od histerycznych reakcji gdy ktoś narusza tabu: Bóg Honor Ojczyzna. Kabotyńskie warcholstwo Daniela Olbrychskiego, gdy w Zachęcie rozsiekał szablą parę starych zdjęć filmowych, wywołało wyrozumiałe uśmiechy: Ach ten Daniel! Poniosła go ułańska fantazja! Trochę wstyd.

Na polach Grunwaldu przypominamy corocznie cierpienia i śmierci i tak ożywiamy nasz bogaty katalog klęsk. Tak, klęsk! Zakon wygrał! Nie został mu zadany ostateczny cios, opieszałość Jagiełły spowodowała iż nie zdobył Malborka. Czy na pewno tylko opieszałość? Niektórzy historycy twierdzą, że Jagielle wcale na zdobyciu Malborka nie zależało. Litwa choć w Unii z Rzeczpospolitą, nie była zainteresowana wzrostem jej potęgi. Miała inne polityczne i terytorialne priorytety. Król obojga narodów Jagiełło był po pierwsze Litwinem.

Było, minęło. Miejmy nadzieję, że kiedyś ludzkie w ogóle a nasze polskie w szczególności, ambicje, sięgną dalej i człowiek przestanie być dumny z tego, że udało mu się zabić drugiego człowieka, samemu pozostając przy życiu.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer