Westchnienie osobiste
Polskie spotkania, na które nie chodzę, ale jakbym chodził. Wieczór w … Nie powiem gdzie, bo większość obecnych lubię, a z jedną osobą jestem w przyjaźni. Staro, szaro, wszystko jakby przykryte wieloletnim kurzem.
Polskie zebrania. Większość kobiet. Kobiet w wieku, gdy płeć staje się cechą umowną i drugoplanową. Brak kobiet młodych. To stwarza, że atmosfera jest bez życia. Nie to, żeby mi ich brakowało. Zauważam tylko.
Polskie zebrania. Polska szlachetność i hardość, paniusiowatość i biedność, polska emigracyjność. Czy mam, czy chcę mieć z tym coś wspólnego? Ani chcę, ani nie chcę, jestem w tym. Każde takie spotkanie jest trochę śmieszne i trochę żałosne swoją bezradnością. Są różne rodzaje smutnej emigracyjnej śmieszności: bożenarodzeniowe, wielkanocne, zaduszkowe, niepodległościowe, kaczyńskotuskowe.
Spotkania ludzi zbędnych. Jak u Czechowa. Tyle, że sympatycznych, miłych mi i bliskich, ale wszystko z widocznym zanikiem sensu. Ludzie zbędni i wśród nich ja zbędny. Stop! Klęskę należy uszanować, tym bardziej, że własna.
Przeczytałem gdzieś, że narcyzm jest chorobą epoki. Nie wiem gdzie patrzył autor, ja nie zauważam, aby była to cecha dominująca. Prym wiodą raczej bezczelność, głupie tupeciarstwo, chamstwo, hucpa, a wszystko przy akompaniamencie w stylu epoki, a zatem kawalkada różnego rodzaju nieszczęść. Nie tyle nieszczęść oczywistych, jak powodzie, wojny, katastrofy, choć i to ma miejsce, ale raczej nieszczęść osobistych, nieszczęść z braku szczęścia.
Największe, co może spotkać człowieka, to szczęście. Stan ducha, choć mało znany, należący się nam z niebieskiego rozdzielnika. Szczęście – w co wierzymy jak w Zawiszę, jest gdzieś tam i tylko czeka by się urzeczywistnić. I nie robi żadnej łaski, ono jest nam przypisane i się po prostu należy, jak koniowi owies! Inaczej byłoby niesprawiedliwie, inaczej byłoby niedotrzymaniem umowy.
Żart mi się przypomniał. Zaczyna się pytaniem: Kto wynalazł promienie Roentgena? Otóż nie żaden Roentgen, tylko pop Iwan. Iwan coś przeskrobał i poszedł siedzieć, a znając płochość małżonki swej, pisał do niej ostrzegające listy, które kończył zawsze tym samym zdaniem: Popasza, ja tebia na wsroś wiżu!
Zważywszy na to, co wiem, i na wiek, nie muszę się już dowiadywać niczego. No, prawie. Czym zajmuje się mój umysł? Głównie przeprowadzaniem demakijażu. Bal się skończył, wróciła szara normalność starzenia się. Co pozostaje? Nadzieja! Życie składa się, Drogi Czytelniku Sceptyku, wyłącznie z nadziei!
Mam na myśli, że wszystko co nie jest fizjologią, z nadziei się składa. Nadzieja zaś nigdy nie zostanie spełniona, inaczej nie byłaby nadzieją. Można oczywiście zaprotestować i żyć, jak to się mówi, trzeźwo. Można, ale ponosi się wówczas karę w postaci życia bez nadziei, a co to za życie?
Michnikowski śpiewał w Kabarecie Starszych Panów – Ale to mija mi… Mijanie, mijanie, jedyna wydaje się moja niezawodna dziś cecha. Podnoszę wzrok na zegar na ścianie, godzina 17.53. Odwieczny pojedynek z czasem i porażką w tle.
Zaprzestaję pisać daty i godziny pod notatkami. Kończę z datami i z lipcem, od jutra nowiutki nieużywany sierpień! Nagle wydało mi się to śmieszne, jakie znaczenie mają te cyferki? Że niby wcześnie rano? No i co z tego?
Andrzej Szmilichowski
