Gabinet figur Doroty Masłowskiej
406fe20fd5fd4b0d919d38b70098116e939346bbc85873ce63f9bb3b4c44949f95a63e8a52a89f2736dae3408e72f25723a1c744b8ea6ed541390e584aea568e9bf65a45535f8c26f06183378d9cd779
Długoletnie obserwacje sugerują mi, że w życiu bywa najczęściej tak, iż krytyką nie zajmują się ludzie, którzy dużo pracują, gdyż nie mają na to po prostu czasu. Krytykują natomiast ci, co robią niewiele, lub zgoła nic.
Co powiedziawszy przystępuję do pisania… krytyki. Otóż przeczytałem dla siebie, ale po części także dla Ciebie, drogi PT Czytelniku, książkę Doroty Masłowskiej (Tak, to ona, autorka sensacyjnego przed laty bestselleru „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”) zatytułowaną „Magiczna rana”.
A zatem pędzę, ledwie nadążając za Masłowską i jej bohaterami, a przed oczami przesuwa się kawalkada osobliwych postaci, taki mniej więcej współczesny gabinet figur woskowych Madame Tussaud, ale nie z Londynu a Warszawy, może z rodzinnego miasta Autorki, znanego mi Wejherowa. Szeregi dziewczyn w pełnej rozsypce, napakowani bywalcy siłek, matoły z różnych stron politycznego parnansu, czy kur…, przepraszam, pracownice publicznej użyteczności.
Postaci napędzane nie zawsze zrozumiałymi pasjami i wypełnione wygórowanymi ambicjami, najczęściej przy ich pozycji i poziomie talentu, z niemożliwymi do spełnienia ambicjami i niezaspokojonymi pragnieniami. Masłowska tropi popkulturowe schematy i daje miejsce językowemu manieryzmowi, tworząc sztuczny, (Może rzeczywisty, co ja wiem na ten temat?), świat nieomal surrealistycznych scenariuszy.
Zabawna, jednocześnie trochę obłąkana opowieść, miejscami śmiertelnie poważnie chwytająca spory kawał dzisiejszej nie tylko polskiej rzeczywistości. Byłbym ślepcem gdybym nie zauważył i nie docenił talentu, mistrzostwa Autorki do barwnej i wnikliwej obserwacji, ale co rusz niestety odpadam z tak zwanych oczywistych powodów.
Mówiąc otwarcie, wprost i z niefałszowanym żalem, Masłowska jest tak oddalone ode mnie i moich tradycyjnych literackich wyobrażeń – jak nie przymierzając ja – od dzieł Sienkiewicza, Prusa, Reymonta, czy Dąbrowskiej. Cóż, czas surowym jest i nieubłagalnym sędzią.
Kiedyś, przed wielu laty, zastanawiałem się przekraczając próg jakiegoś zgromadzenia: Czy ci ludzie tu, lubią mnie? Dziś myślę: Czy ja ich lubię?
Andrzej Szmilichowski
