Małe co nie co
Był długi okres kiedy jeździliśmy do Warszawy kilka razy w roku. Wstępowaliśmy wtedy zwyczajem Kubusia Puchatka do ulubionych restauracji i barów, na „małe co nie co”.
Pewna restauracja raz w tygodniu zapraszała na smażone, pikantne krewetki, dwie porcje w cenie jednej. Do tego podają ciepłą bagietkę z masłem czosnkowym. Delicja dla miłośniczek krewetek.
Jest sieć restauracji specjalizujących się w pierogach. Pierogi, ręcznie lepione, są nadziewane mięsem, gotowane, a potem przysmażane na złoto. Takie Małżonek lubi najbardziej. Jeśli gość sobie życzy, pierogi polewane są okrasą i posypane szczypiorkiem. Do stolika podawane są na patelni. Czas oczekiwania można uprzyjemnić sobie przystawką w postaci smalcu ze skwarkami na ciemnym chlebku z kwaszonym ogórkiem. Dobry nastrój potęguje deseczka z czterema wgłębieniami. W każdym z nich stoi szklaneczka z wysokooktanowym trunkiem.
Kiedyś wydarzył się nieprzyjemny incydent. Do pierogów podano nam mętne, pszeniczne piwo, w którym nie gustujemy. Odmówiono wymiany. Twierdzono, że pszeniczne piwo to tradycja lokalu, co nie było prawdą. Musieliśmy zapłacić za podane piwo i dodatkowo za klarowny, smaczny napój. Dla porównania, na lotnisku we Frankfurcie, czekając na zmianę samolotu poszliśmy do baru. Dostaliśmy piwo, które nam nie smakowało. Usłużny barman bez namysłu wylał je do zlewu i zamienił na inny gatunek.
Na przeciwko Uniwersytetu jest barek, w którym smażą oszczypki. To malutkie, ale smakowite co nie co.
U zbiegu Starego i Nowego Miasta jest żydowska restauracja. Tam spotykamy się z rodziną, głównie latem. Siedzimy wtedy w ogródku. Biesiadowanie zaczyna się od tradycyjnego śledzika z wódeczką, a na ciepło wybieram łososia ze szpinakiem. W jadłospisie jest opis żydowskiego kawioru. Nie ma on nic wspólnego z kawiorem, ale budzi zaciekawienie. Wątróbka z kurczaka przesmażona z cebulką i zmieszana z posiekanym jajkiem na twardo. Po schłodzeniu można przybrać pietruszką i podawać jako przystawkę na ciemnym chlebie.
Wpadamy także do baru mlecznego, ale z wyrzutami sumienia, ponieważ jest subwencjonowany. Mamy nadzieję, że nasze odwiedziny nie naruszą budżetu państwa. Zamawiam zawsze placki kartoflane chrupiące, prosto z patelni, a Małżonek naleśniki z serem i śmietaną. Kiedyś przysiadła się do naszego stolika elegancka pani tłumacząc, że tu mają doskonałe krokiety z mięsem.
Panował pogląd, że najsmaczniejsze pączki ma kawiarnia u Bliklego. Moim zdaniem takowe są w oszklonym otworze w ścianie na jednej z centralnych uliczek. Przez rozsuniętą szybę dochodzą słodkie zapachy. Pączki smażą się na zapleczu i są wynoszone gorące i aromatyczne na sprzedaż.
Zielona Budka to niemal instytucja. Zaprasza na doskonałe lody. Umawiam się tam z przyjaciółką. Zamawiam filiżankę gorącej czekolady z kulką lodów orzechowych. Czasem pozwalam sobie na ekstra smakołyk, rurkę z bitą śmietaną. Niekiedy kupuje bitą śmietanę na wynos. To przysmak mojej mamy. Obecnie wmurowano Zielona Budkę w fasadę domu. Zniknęła zieleń i budka, ale zostały smakowite lody.
Chętnie jadalibyśmy częściej na mieście, ale rodzina i przyjaciele chcą nas widzieć u siebie. Oczywiście, mają pierwszeństwo.
Teresa Urban
