oboz5

Obóz w Grünebergu – położony w Brandenburgii, 40 km na północ od Berlina – był obozem pracy, powstałym w 1943 roku przy fabryce amunicji “Grüneberger Metallgesellschaft”. Do chwili ewakuacji w kwietniu 1945 r. pracowało tam około 1800 więźniarek politycznych z obozu koncentracyjnego Ravensbrück, w tym przeszło 300 Polek. Na czele obozu stała jako “Oberaufscherin” niejaka Betty Herzinger, odznaczona wojennym krzyżem zasługi. Zasługi jej dla reżimu hitlerowskiego są rzeczywiście znaczne. Z żelazną energią przeprowadzała swoje zadania: wykorzystania do maksimum powierzonych jej kontroli sił roboczych – oczywiście jak najtaniej się dało.

Więźniarki pracowały przy produkcji kul karabinowych, przeciwlotniczych i pancernych, przez 12-15 godzin na dobę. Większość tych pracy wykonywali przed wojną młodzi mężczyźni, specjalnie dożywiani. Pracowały przy transporcie i ładowaniu ciężkich skrzyń z amunicją, przy piecach i prasach, przy fosforze, obsługiwały – cały dzień stojąc – skomplikowane maszyny. Kwas wyżerał im palce, aceton niszczył płuca, wybuchy pocisków ogłuszały i często raniły (parę zabiły). Przeznaczono je do najgorszej z prac, do opróżniania starych kul z gazu, Wskutek świadomego niedbalstwa majstrów, praca ta była torturą nie do opisania. Nieszczelne maski przepuszczały gaz, który zatruwał organizm i parzył twarz, szyję, piersi; ręce niezabezpieczone odpowiednio pokrywały się głębokimi ranami przy płukaniu kulek z gazem. Każde dotknięcie naboju oznaczało ból piekący i nową ranę. Pracowały tak długo, dopóki mogły chodzić. Kolumna “gazowa” była to kolumna kalek, pokrytych bąblami i wrzodami, obłażących ze skóry – kolumna męczennic.

Prace precyzyjne, pozornie lżejsze, np przy kontroli, wymagały od osłabionych z głodu kobiet skupionej uwagi, natężenia oczu i nerwów; często za przepuszczenie najmniejszej skazy, cała grupa więźniarek pozbawiana była jedzenia lub stała w niedzielę “sztrafę”. Zasada zbiorowej odpowiedzialności sprawiała, że w każdej chwili można było spodziewać się kary. Nie wolno było rozmawiać między sobą. Praca odbywała się pod czujną i nieustanną kontrolą niemieckich majstrów i robotników, z którymi jednak nie wolno było zamienić słowa, nawet w sprawie roboty. Na każdym kroku podsłuchiwały i szpiegowały dozorczynie i tzw. “anweisung” – więźniarka prowadząca kolumnę – niezmordowane w groźbach, prowokacjach i szykanach. Do toalety wyprowadzano zbyt rzadko albo za karę wcale nie puszczano, co odbijało się fatalnie na zdrowiu i nerwach więźniarek. Większość chorowała chronicznie na pęcherz i nerki. W ubikacji odbywały się doraźne sądy i porachunki. Nocna zmiana pracowała na głodno, a w dzień, zamiast spać, szła do karnej roboty.

Cywilna ludność zachowywała się biernie, na ogół nie przykładała ręki do aktów okrucieństwa, ale wypadki pomocy czy obrony “häftlinga” należały do wyjątków. Było im wygodnie myśleć, że te obdarte, maltretowane istoty, to zbrodniarki, wyjęte spod praw ludzkich, którymi można się wysługiwać i wyciskać z nich ostatnie siły. Aż nadto materiału ludzkiego znajdowało się w Ravensbrück, skąd można było czerpać dowoli.

Nie istniały żadne względy – na wiek czy zdrowie więźniarki. Terror, jaki stosowano w Grünebergu, był nawet jak na znane stosunki w obozach koncentracyjnych, wyjątkowy. Herzinger dobierała sobie tylko takie dozorczynie, które jej w 100% szły na rękę, to znaczy które bezustannie i bez powodu maltretowały więźniarki. Każdej dozorczyni, która zdradzała choć odrobinę ludzkości, groził meldunek i odesłanie do Ravensbrück. Jej prawą ręką była dozorczyni Hesse; prześcigająca ją jeszcze zwierzęcym okrucieństwem Freiberg, Holzhüter i inne, wszystko typy patologicznych sadystek. Wymyślały pomysłowe szykany, np. apel nago, albo posyłanie więźniarek do fabryki bez sukni lub boso. Nie rozstawały się z pejczami. Za ich przykładem i inne dozorczynie spacerowały po obozie z batem w ręku lub za butem.

Każdy wydany rozkaz “popierany” był uderzeniem w twarz, a nieśmiała próba odpowiedzi czy wytłumaczenia się, kończyła się pobiciem do krwi. Bicie w Grünebergu należało niejako do programu dnia. Bito, kopano, popychano i szarpano za włosy od świtu do nocy, przy budzeniu, przy rannym apelu, przy pracy i obiedzie, przy powrocie z fabryki i gaszeniu światła. W nocy pijane dozorczynie wpadały do bloku i kańczugami wypędzały z łóżek. Więźniarki musiały bezustannie mieć się na baczności, żeby uniknąć ręki dozorczyni, a jeśli to się nie dało, żeby ochronić się przed kalectwem – zdarzały się liczne wypadki ciężkich obrażeń oczu, uszu, płuc i to nie tylko przy wymierzaniu kary, ale i przy ustawianiu, wydzielaniu jedzenia czy kąpieli. Np. niewinne pozornie wyjście na apel: podpita dozorczyni ustawiała się u wylotu ciasnego korytarza i każdą wychodzącą więźniarkę waliła pasem po oczach lub plecach lub też, w przystępie dobrego humoru, chlustała w twarz brudną wodą z beczki.

Cóż dopiero, gdy wypędzano niespodziewanie na “sztrafę”, gdy kobiety nieprzytomne ze strachu, gnane z tyłu pałkami, kopane i szczute psem, gniotły siebie nawzajem i deptały po słabszych. Pies – tresowany na więźniów wilczur – biegał po Grünebergu wbrew przepisom bez kagańca i łańcucha. Pro-wadziła go zawsze dozorczyni Melcher, zwana przez Rosjanki “sobacznicą”. Początkowo gryzł tylko na rozkaz swojej pani, potem wystarczało jej mrug-nięcie czy podniesiony ton głosu, żeby rzucił się na ofiarę. Szczucie psem należało do ulubionych rozrywek dozorczyni. Zanosiły się ze śmiechu patrząc jak pies zrywał kolejno z więźniarki jej skąpą odzież a potem gonił uciekającą i nagą po placu obozowym, przewracał i gryzł leżącą. Jeśli próbowała się bronić “sobacznica” poskramiała ją pejczem. Tego rodzaju “przedstawienia” odbywały się prawie co wieczór. Poszarpanych do kości łydek, rąk i brzuchów nie wolno było opatrywać w rewirze – żeby ludność cywilna nie dowiedziała się o tym, co dzieje się w obozie. Więźniarki pracowały z nieopatrzonymi ranami, albo dogorywały powoli na gangrenę. Parę zwariowało bezpośrednio po pogryzieniu, około 5 zmarło, jedna powiesiła się ze strachu przed czekającą ją egzekucją. Szereg kobiet odesłano jako okaleczone, a więc niezdolne do pracy, z powrotem do Ravensbrück.

Wieczór w Grünebergu przeznaczony był na porachunki z więźniarkami. Po ciężkiej pracy w fabryce wracały z ponurym przeświadczeniem, że teraz dopiero zaczyna się najgorsze. Prawie co dzień trzeba było iść na “stójkę”, pojedynczo, z całą kolumną albo z całym blokiem. Nieraz wypadało parę kar na raz. Wystarczało najmniejsze przekroczenie, słowo wyrzeczone przy pracy, albo źle posłane łóżko. Nieraz nawet nie szukano pretekstu żeby stać 2-4 godziny na mrozie czy deszczu, często w samej koszuli. Na-łożenie kary, jak i jej rozmiary, zależały wyłącznie od kaprysu dozorczyni. Więźniarki były szczęśliwe, jeśli kończyło się na stójce, chociaż rezultatem jej były omdlenia, ataki serca, odmrożenie nóg i rąk, przewlekłe bronchity. Z bunkra dochodziły co wieczór przeraźliwe wycia i skomlenia masakrowanych. Zamykano je tam bez kolacji, rozebrane, po oblaniu kilkunastoma wiadrami wody; wypuszczano nazajutrz na wpół zamarzniętą, o krwawych maskach zamiast twarzy. Bez śniadania szły do pracy. Niektóre spędzały tak 8-14 nocy pod rząd.

Wiecznie głodne więźniarki pozbawiano przy każdej okazji sposobności jedzenia. Na śniadanie była gorzka “kawa”, na obiad zupa z brukwi lub buraczanych liści, często nie zagotowana i niesłona. Na kolację kubek “kawy” lub zupy i kawałek spleśniałego nieraz chleba. Kartofli nie oglądały od jesieni 1943 roku aż do końca wojny. Dożywiały się, jak mogły, gotowaniem obierek i resztek kuchennych, wykradanych ze śmietnika. W lecie jadły co wpadło w rękę: liście, zioła, surowe grzyby. Te “przestępstwa” karane były batami i goleniem głowy.

Oprócz dozorczyń najgorliwszymi współpracownicami Herzinger były te więźniarki, które dobierała sobie sama do pomocy. Typ ludzi spotykany we wszystkich obozach, żyjący z krzywdy słabszych i gotów do największych podłości dla korzyści osobistej. Blokowe i “anweisung’i” rekrutowały się z Ukrainek, półanalfabetek i ulicznic, przybyłych na roboty do Niemiec w nadziei łatwego zarobku. Władza ich nad zwyczajnymi häftlingami była absolutna. Nadużywały jej specjalnie w stosunku do politycznych Polek, których nienawidziły z głębi swych ciemnych, zawistnych dusz, za uświadomienie, za oporny stosunek do Niemców, za paczki żywnościowe. Antagonizm ten, pozornie narodowościowy, w rzeczywistości polegający raczej na niechęci do inteligencji i zazdrości, szedł na rękę Niemcom, którzy wykorzystywali go, jak się dało.

Blokowe i inne funkcyjne okradały więźniarki nie tylko przy wydawaniu jedzenia, ale plądrowały w ich prywatnej żywności i odzieży, lub też wymuszały dary szantażem. Każdą próbę sprzeciwu meldowały natychmiast w odpowiednim naświetleniu. Nie zajmowały się żadną pracą, jeżeli dobrze szpiegowały i biły. Narazić się na ich niełaskę było bodaj jeszcze  niebezpieczniej, niż zadrzeć z dozorczynią; oznaczało to codzienne tortury, bicia do krwi, głód, szykany – aż do utraty zmysłów lub śmierci ofiary. Miały one swoje zaufane, swoją obsługę między więźniarkami, z którymi dzieliły się łupami. W ten sposób sieć szpiegostwa obejmowała wszystkie hierarchie w Grünebergu, gdzie naprawdę człowiek człowiekowi był wilkiem.

Noc nie przynosiła wytchnienia. W zimie mróz nie dawał spać, w lecie dokuczały pchły i pluskwy, z którymi walka była beznadziejna. Hermetycznie zamknięte okiennice nie dopuszczały powietrza – nie otwierano ich nawet w najbardziej upalną noc i przy najgroźniejszym bombardowaniu. W niedzielę dozorczynie nudziły się, to też rozwijały wówczas specjalną pomysłowość w dręczeniu niewolnic. Rewizje, stójki, parogodzinne apele, wydawanie zawszawionej odzieży, bezcelowe roboty na terenie obozu – to był program świąteczny.

System stosowany przez Herzinger sprawił, że większość więźniarek w Grünebergu zmieniała się nie do poznania. Była to zahukane, przerażone, ogłupiałe niewolnice, rozglądające się wiecznie ruchem szczutego zwierzęcia, czy z tyłu nie spada im pięść na głowę. Bardziej sterroryzowane nie reagowały już na żadne groźby ani udręczenia; ich martwy wzrok wyrażał ostateczną rezygnację.

Kiedyś, młoda Polka, zdobyła się na ucieczkę. Schwytał ją SS-man i skatował, później wzięło się do niej sześć dozorczyń. Skakały jej butami po piersiach i brzuchu, rozdarły jej twarz pazurami, waliły ją drągami w nerki. Pływała we krwi. Półtrupa odesłano do Ravensbrück.

Chore więźniarki nie szły do pracy tylko wtedy, jeśli miały bardzo wy-soką gorączkę. Biegunka, krwotok z płuc czy opuchnięte jak banie nogi, nie zwalniały od roboty. Dopóki häftling mógł chodzić, a zwłaszcza dopóki mógł jeść, musiał spełniać swoje obowiązki wobec III Rzeszy, która go żywiła. “Diese faule verfluchte Sandbrande kann nür fressen” – mawiała z goryczą Herzinger.

Co miesiąc z Grünebergu odjeżdżało 20-30 więźniarek transportem chorych. W Ravensbrück przeznaczano je zaraz do komory gazowej, a stamtąd do krematorium. Były to młode gruźliczki, kobiety obłąkane na skutek bicia i głodzenia, okaleczone przy pracy lub przez pogryzienie – upiorne cienie ludzkie. Te kobiety – Rosjanki, Polki, Łotyszki, Słowenki – znikały i nawet ślad po nich nie został. Ale została pamięć ich bezimiennej krzywdy, której nikt nie oblał łzami. Ich skarga jest cicha wśród chóru ofiar tej wojny, ale nie powinna być pominięta.

Wołają te cienie: — Oskarżamy zbrodniarzy, którzy zabrali nam wolność i oderwali nas od rodzin; oskarżamy zbrodniarzy, którzy kazali nam marnować co dzień naszą pracą braci naszych; oskarżamy wreszcie zbrodniarki, które dzień i noc zabijały nam ciała i dusze, a potem na szmelc wyrzuciły łachman ludzki. Oskarżamy jako zbrodniarki wojenne:

  1. Betty Herzinger – jako odpowiedzialną za wszystko, co działo się w Grünebergu.
  2. Hannę Hesse – za nieludzkie znęcanie się nad więźniarkami (m.in. skatowana przez nią kobieta zmarła następnego dnia)
  3. Siegfriedę Freiberg – za systematyczne, zimne pastwienie się nad więźniarkami, którym zadawała moralne i fizyczne tortury
  4. Holzhüter – za masakrowanie i zboczone akty sadyzmu dokonywane na więźniarkach
  5. Melcher – za mordy, których dopuszczała się szczując psa na więźniarki
  6. Marię Stojkow – za wykonywanie kary 25 batów w ten sposób, że więźniarki wychodziły z jej rąk jak krwawy ochłap mięsa i cały zespół dozorczyń z Grünebergu, biorących gorliwy udział w egzekucjach; zgadzający się całkowicie z metodami stosowanymi w obozie.

czerwiec 1945

Maria Winiarska

Od redakcji: Oryginał tekstu w formie rękopisu podpisany jest przez Marię Lasocką (później Winiarską) i powstał zaledwie kilka tygodni po jej przybyciu do Szwecji dzięki akcji Szwedzkiego Czerwonego Krzyża. Ta wstrząsająca relacja nigdy nie była wcześniej publikowana. Rękopis – łącznie 8 stron – liczy jeszcze dwie strony, które Maria Winiarska zaczęła pisać trochę później, lecz nagle przerwała i nie kontynuowała tych zapisków. W publikowanym tekście zachowaliśmy stylistykę, korygując tylko parę błędów.
Foto: Public Domain

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer