Zamek_Królewski_w_Warszawie_od_strony_Wisły_2021

Kiedy zakończono wreszcie przedłużającą się w nieskończoność odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie, ówczesnym i zarazem pierwszym dyrektorem był zmarły w 1999. profesor Aleksander Gieysztor. Ten wybitny historyk, mediewista, powstaniec, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, oznajmił pewnego dnia swoim współpracownikom, że odbudowa Zamku została w końcu naprawdę zakończona i widać, że przedsięwzięcie się udało, bo do Zamku powrócił duch. Widział ducha osobiście, czy mu ktoś powiedział, profesor nie wyjawił.

Historia, którą pragnę opowiedzieć, jak na owe czasy była dość banalna i wcale nie tragiczna, bowiem wszystko działo się w XV wieku. Historycznie Mazowsze – po rozdrobnieniu dzielnicowym państwa, było wówczas ciągle autonomiczne, niezależne od Korony i w ogóle kogokolwiek, zaś zamek spełniał rolę jednej z rezydencji książąt mazowieckich.

Świeżo wzniesiony, modny i bardzo gotycki zamek, wznosił się na wysokim urwistym brzegu rzeki, która parę książęcą prawdziwie urzekła. Szeroka, wiosną zalewająca łąki i pola rzeka wyglądała jak morze. Na zachód, w stronę Sochaczewa, rozpoczynała się wielka puszcza z turami i żubrami, a koło Białego Miasta, zwanego przez niektórych Kampinosem, gdy nadchodziła surowa zima liczne wilcze watahy były poważnym zagrożeniem dla podróżujących, a szczególnie ich koni.

Książe Mazowiecki Bolesław był oględnie mówiąc człowiekiem trudnego charakteru. Uparty, porywczy, łatwo wpadający w złość, słowem przeciwieństwo zamyślonej, zamglonej i często jakby nieobecnej księżnej Anny. Byli stadłem, można śmiało rzec, mało dobranym.

Pewnego dnia książę ogłosił, że wyrusza „na jelenia”, co powiedziawszy udał, że całuje żonę i odgalopował ze swoją wierną drużyną. To wtedy księżna kazała wprowadzić tego nieznajomego młodego rycerza, długo czekającego w izbie obok na widzenie, a gdy wszedł udała, że jej się zupełnie, ale to nic a nic, nie podoba. Tak dodając jedno do drugiego, oraz to że książę był żywo i często bardziej zainteresowany zamieszkującymi przyległe bory leśniczankami i jeleniami niż księżną, na drzewie życia Anny pojawił się grzech z gatunku ciężkich.

Dalej historia potoczyła się znanym, można rzec banalnym, a finalnie tragicznym torem. Książe dowiedział się o zdradzie, zgodnie ze starym i szanowanym ogólnie zwyczajem, zabił młodego rycerza, a niewierną żonę udusił.

Cóż pozostało biednej księżnej Annie? Być może wtedy i w poczuciu swej białogłowej niewinności powzięła – w ramach retorsji, decyzję pokazywania się po wsze czasy po nocach na zamkowych korytarzach? Motywów ducha księżnej nie znamy, ale za to mamy porządny bo z duchem, (Nie smokiem jakimś, jak u krakaureów!), zamek.

Historię o księciu Bolesławie i księżnej Annie usłyszałem od dr. Małgorzaty Szafrańskiej, długoletniej pracownicy Zamku i projektantki ogrodów zamkowych na wiślanej skarpie, mojej długoletniej przyjaciółki i towarzyszki na szlakach poznawania. Historyczne to miejsce i bardzo interesujący ludzie. Opowiedziała mi kiedyś Małgorzata, że zatrudniony na Zamku stary ogrodnik poradził jej, że zbędne rośliny lepiej ścinać sekatorem, niż wyrywać. Zaciekawiona zapytała dlaczego? Długo milczał, w końcu trochę gniewnym tonem burknął: Bo mniej boli!

Z tego co się czyta o duchach można by przypuścić, że księżna pani „utknęła” w jakiejś strefie bliskiej ziemi i nie może się z niej wydostać w swojej drodze ku zaświatom. Może rzeczywiście silne uczucia, niezależnie o jakim znaku, potrafią zniewolić duszę w ziemskiej sferze? Czemóż by nie? Zresztą ja też mam na temat „białych dam” krążących po zamkach tego świata, swoją teorię i z góry przepraszam, że nie romantyczna ona, ani też pełna grozy.

Jak wiadomo, może nie powszechnie ale jednak, dusza ludzka składa się z trzech suwerennych części: podświadomości, świadomości, nadświadomości. Podświadomość jest na niskim poziomie rozwoju, wykluwa się dopiero w kierunku samodzielności, ale ma w ręku całość inkarnacyjnej pamięci. Świadomość to cała intelektualna wiedza zdobyta w jednej inkarnacji, wszystko co wiemy. Nadświadomość zaś, nazywana również siłą wyższą lub absolutem, mieści w sobie wszystko i jest wszystkim. Świat istnieje, bo istnieje Nadświadomość.

I teraz, jeżeli z jakichś powodów, na przykład dramatyczna i nagła śmierć z ręki urażonego w ambicjach męża, czy inne głębokie dramatyczne przeżycia, name it, odłączy się podświadomość, świadomość pozbawiona pamięci krąży bezradna, najczęściej tam gdzie zakończyła ziemskie życie. W przypadku gdy samotną zostaje podświadomość, pozbawiona mądrości świadomości łazi po strychach, rozbija probówki w szpitalach, kręci się po salach chorych i straszy na cmentarzach.

Gdy człowieka spotyka śmierć nagła i dramatyczna, wyzwalają się wielkie ilości energii i być może dzieje się wtedy podobnie, jak w przypadku gdy nagły nadmiar mocy przepala kable elektryczne, na stykach płonie i awaria gotowa.

Zakończę powrotem do nazwiska Gieysztor, noszonego przez szereg wybitnych, historycznie znanych postaci. Na sztokholmskich szlakach poznałem, długie dziesiątki lat temu, i przyjaźniłem się z  Elżbietę Gieysztor-Ingvarsson, bratanicą profesora. Uroczą, pomocną i życzliwą ludziom oraz światu, stale uśmiechniętą Elżunią, którą z okazji mającej niedawno miejsce pierwszej rocznicy śmierci, pozwalam sobie przypomnieć i pozdrowić tam, gdzie jest. Kto to wie, może usłyszy?

Andrzej Szmilichowski

Foto: Public Domain

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer