EUROVISION SONG CONTEST 2025 czyli niesmak
Cały rok oczekiwań na ”to coś” specjalnego, na szlagier, z którym będziemy żyli cały następny rok. Na piosenkę, którą będziemy nucili na dobre i na złe. Podczas radości i smutku. Tak nas kiedyś nauczył Festiwal Eurowizji i dawał wiele radości setkom milionów słuchaczy. Bo przecież takie było założenie tej olbrzymiej, międzynarodowej imprezy. Ale od paru lat w szwedzkich gazetach coraz częściej ukazywały się tytuły komentarzy pofestiwalowych: Wygrała nie ta piosenka, co powinna…
Oglądałem transmisje z półfinałów. Poświęciłem dwa długie wieczory w oczekiwaniu na tę upragnioną melodię, w której mógłbym się zakochać na następny rok. Ale zawiodłem się na całego. Po wyłączeniu telewizora wszystkie piosenki poszły w niepamięć. Wiem, że wielokrotnie część moich bliskich zarzucała mi, że moje upodobania muzyczne zatrzymały się na Czerwonych Gitarach. Tak, bardzo ich lubię do dnia dzisiejszego – większość z ich piosenek potrafię po cichu zanucić. Fajne piosenki, które nie potrzebowały kosmicznej charakteryzacji, super nowoczesnej choreografii i komputerowo stworzonej scenografii. Wszystko działało bez bengali, fruwania pod sufitem, bez krawatu, który wyraźnie uwidaczniał się tegorocznemu estońskiemu piosenkarzowi. Chociaż, przyznam, że zaimponował mi wywijasami tanecznymi. Ale zupełnie nie połapałem się w tej dzisiejszej muzyce.
Przeżyłem 65 lat z muzyką, jako wierny słuchacz. Kiedyś na adapterze Bambino odtwarzałem piosenki Czerwono Czarnych, Czesława Niemena, Czerwonych Gitar i nawet Piotra Szczepanika. Coś to mi dawało: radość, sentyment i wspomnienia. Potem przyszedł czas na muzykę zagraniczną, która tak bardzo różniła się od polskiej, ale jednak efekt końcowy był podobny. Wracałem do tych piosenek wielokrotnie przez dziesiątki lat. Posiadam paręset płyt CD z przeróżnymi piosenkami i nigdy ich bym się nie pozbył. Ale jeśli otrzymałbym płytę z piosenkami Eurowizji 2025 (nawet z autografami wszystkich wykonawców) to nie wiedziałbym co z tą płytą zrobić. Jak co roku skromnie ubrane dziewczyny, wymyślne ufo-stroje, pirotechnika i często lewitacja, czyli unoszenie się w powietrzu, wzbudzają we mnie podziw.
Justyna Steczkowska, jeszcze wiele dni przed rozpoczęciem festiwalu, znalazła się na pierwszym miejscu wśród wykonawców tegorocznego festiwalu. Była najstarszą piosenkarką Eurowizji 2025 w Bazylei. Dostała, jak nikt dotąd, niesamowite wsparcie i reklamę. Pokazywano ją wszędzie i ze wszystkim. Prezentowano wielokrotnie jej piosenkę, która miała zdobyć pierwsze miejsce pod tytułem ”GAJA”. Był to jej powrót na Eurowizję dokładnie po 30 latach. Jej tegoroczny występ pełen akrobatycznych wygibasów miał coś ze sportowego ducha. Ale czy efekt był tego wart? Może lepiej było się skupić na śpiewaniu… Utwór wykonała po polsku, więc publiczność i widzowie nic nie zrozumieli. Zresztą, wydawało mi się, że często śpiewała „nosowo”, co jest zauważalne na tak profesjonalnej scenie. Ogólnie pokazała coś bardzo dobrego, czego Polska nie potrzebowała się wstydzić. Ale… jej utwór nie skradł mojego serca. Zabrakło dobrej piosenki – to festiwal piosenki, a nie sztuki cyrkowej. W rezultacie polska reprezentantka zajęła 14 miejsce. To oznacza, że zrobiła przez 30 lat postęp o 4 miejsca…
Moje słowa absolutnie nie są złośliwe, ale mam prawo wyrazić moją opinię. Znam twórczość Justyny Steczkowskiej i należy ona do jednej z najlepszych polskich piosenkarek – piękny i silny głos, oraz unikalny repertuar.
Czas na podsumowanie i napisanie o pierwszym finałowym miejscu, które zajął JJ, a właściwie Johannes Pietsch. To austriacki piosenkarz i autor tekstów. Urodził się 29 kwietnia 2001 roku w Wiedniu, jest kontrtenorem sopranowym, zasięgu obejmującym najwyższe tonacje sopranowe. Przez wiele lat poznawał muzykę poprzez imprezy karaoke. To według mnie rzucało się na plan pierwszy. Nie jestem ani miłośnikiem stylu, w którym zaśpiewał, ani tej piosenki. JJ sam przyznał w wywiadzie, że dla niego mentorem była Conchita Wurust (ta dziewczyna z brodą i wąsami lub, jak kto woli, mężczyzna w sukni i pięknie umalowany). Krótko mówiąc jego płyta nie zagości w moim domu. I to na tyle .
Mam pytanie teraz do siebie samego: czy będę czekał na 70. Festiwal Eurowizji 2026? Na razie mam dosyć. Nic mnie w tym roku nie zachwyciło.
Marek Lewandowski
