Ochotnicze Hufce Pracy, czyli wolontariusze przymuszeni…
Wszyscy rodacy studiujący w Polsce w latach 70-tych pamiętają z pewnością słynne OHP – czyli Ochotnicze Hufce Pracy. Czy faktycznie ‘ochotnicze’ czy raczej skupiające volontaires obligés, a więc „wolontariuszy przymuszonych”? Hufce te były mianowicie obowiązkowe w ówczesnym systemie i każdy nowoprzyjęty na studia musiał, chcąc nie chcąc, stawić się w określonym terminie i w przydzielonym odgórnie miejscu pracy oraz spędzić tam dokładnie miesiąc. Przypadały one zwykle na okres sierpnia-września, a więc przed rozpoczęciem roku akademickiego pierwszego października. Gdzie i komu przypadło dane miejsce, było czystą loterią. Jedni lądowali w różnych fabrykach, inni np. przy sianokosach, ja sama zostałam skierowana na cały wrzesień na wieś, do ówczesnych PGR-ów, gdzie zaangażowano nas, studentki przyjęte na różne wydziały Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, do wykopków ziemniaków.
I tak znalazłam się w grupie kilkudziesięciu nieznanych mi wcześniej dziewcząt, w owej małej wsi wielkopolskiej, której nazwa już dawno umknęła mi z pamięci. Pamiętam natomiast doskonale zdewastowany po części pałac, w którym nas zainstalowano – przypuszczalnie ośrodek przedwojennego majątku ziemskiego, po wojnie przekształconego w PGR. Mieszkałyśmy po 8-10 osób w wielkich salach, noszących ślady dawnej świetności, choć teraz straszących gołymi ścianami, z których złaził tynk i wyposażonych w żelazne łóżka, pod którymi trzymałyśmy nasze walizki i inne osobiste rzeczy.
Warunki sanitarne były niezbyt przyjazne dla naszej dużej gromady: wielka sala łazienna z rynnami wzdłuż ścian, do których z kranów lala się zimna woda, a przy niej dwie małe toalety na nas wszystkie. Jedną z nich nazwałyśmy „Tornado” – można się domyśleć, dlaczego: spłuczka bez przerwy się zacinała! W drugiej z kolei spływ wody był tak wolny, że zyskała sobie miano ”Niagary”. Dzień pracy wyglądał tak samo od poniedziałku do soboty: pobudka o 5.30, śniadanie w kantynie (dwie pajdy chleba z dżemem i szklanka herbaty), po czym ładowano nas na zaprzężone w poczciwe szkapy wozy i jechałyśmy (często trochę zziębnięte, bo ranki były już chłodnawe) na odległe pole, gdzie danego dnia miałyśmy zbierać ziemniaki. Część z nas wykopywała je i wrzucała do koszy, inne zabierały i opróżniały kosze w wyznaczonym miejscu. Przez parę pierwszych dni była ładna pogoda, więc mogłyśmy, nieprzyzwyczajone do tego rodzaju fizycznej pracy, jako tako wdrożyć się do niej. Potem padało, więc mokłyśmy i brodziłyśmy w błocie, a kiedy lało jak z cebra, siedziałyśmy na skraju pola, skulone pod drelichowymi płachtami, czekając, aż się trochę wypogodzi.
W ciągu dnia dostawałyśmy kolejne pajdy chleba i coś do popicia – i dalej zbierałyśmy ziemniaki, póki nie nadjechały wozy, mające zabrać nas z powrotem do pałacu. Tam myłyśmy się w zimnej wodzie i jadłyśmy obiad: była to głównie zupa jarzynowa, a na drugie danie ziemniaki z kawałkami mięsa i sosem. Po nim było parę godzin wolnego czasu, następnie kolacja (zwykle kanapki z białym serem, wędliną lub dżemem) i… padałyśmy zmęczone na łóżka. I tak w kółko Macieju: ta sama procedura, przez cały roboczy tydzień. W niedzielę za to był dzień odwiedzin, więc już od rana z niecierpliwością oczekiwałyśmy wizyty kogoś z członków rodziny, bo zwykle wiązało się to z przywiezieniem przez nich domowych wiktuałów – mile widziany wariant naszego monotonnego jadłospisu. Niedzielne wieczory upływały w bardzo przyjemnej atmosferze, kiedy to dzieliłyśmy się solidarnie otrzymanymi produktami: kiełbaskami i innymi wędlinami, serami i różnymi domowymi wypiekami, łakociami i słodyczami. Szczególnym uznaniem cieszyły się suche czy bardziej trwałe produkty, jak sucharki, herbatniki, kabanosy, pumpernikiel oraz mnóstwo innych rzeczy, które, przechowywane pod łóżkiem, urozmaicały nasze „menu”. Moja niezawodna jak zawsze babcia, ekspert od wypieków na różne okazje, przywiozła mi w którąś niedzielę wielką babę drożdżową (do podzielenia się z innymi, jak zaznaczyła), która miała to do siebie, że im była starsza, tym smaczniejsza! Przez cały tydzień wydzielałam sobie i koleżankom po małym kawałeczku.
Jednak najbardziej pamiętam zupełnie coś innego: wóz wiozący nas na ziemniaczane pole wlókł się zwykle dość długą piaszczystą drogą, wzdłuż której po obu stronach rosły jabłonie. Dojrzewały właśnie wtedy na nich jesienne jabłka. Zeskakiwałyśmy często w trakcie jazdy z wozu, zrywałyśmy po kilka jabłek, doganiałyśmy wóz i wskakiwałyśmy nań z powrotem, obdzielając się nawzajem tym łupem. Na całe życie zapadł mi w pamięć smak tych soczystych, słodko-kwaśnych, pokrytych jeszcze poranną rosą jabłek.
Choć z początku wydawało nam się, że ta przymusowa praca nie ma końca, wrzesień szybko minął i wróciłyśmy do swoich domów. Cudownie było wziąć wreszcie kąpiel w ciepłej wodzie i wyprać poszarzałe od pyłu rzeczy. Zaraz potem rozpoczęłam studia i dalej to już historia, w ramach której wykopki są jednym ze wspomnień mojej wczesnej młodości.
Co jednak – patrząc na to z dzisiejszej perspektywy – dał mi ten intensywny i żmudny miesiąc? Jako typowo miastowe dziecko oraz (przyznaję bez bicia!) rozpieszczona jedynaczka, zetknęłam się wtedy po raz pierwszy z pracą fizyczną na wsi. Musiałam ponadto dostosować się do dość prymitywnych warunków bytowania, do wyczerpującej harówki na polu, niezależnie od pogody oraz do przebywania w gronie koleżanek, które, podobnie jak i ja, trafiły tam przypadkowo. Oznaczało to chociażby przyswojenie sobie zasad współżycia tej grupy, na dobre i na złe – bo zdarzały się też rzecz jasna drobne konflikty czy scysje.
W większości jednak późne popołudnia upływały nam całkiem swojsko: przy ładnej pogodzie spacerowałyśmy po przylegającym do pałacu parku, albo chodziłyśmy na sok lub piwo do pobliskiej karczmy. Wieczorami dzieliłyśmy się nie tylko jedzeniem, ale też różnymi życiowymi przeżyciami czy zdarzeniami. Było dużo, jak pamiętam, przeróżnych dyskusji – o książkach, o życiu, o oczekiwaniach wobec studiów, o planach na przyszłość, itp. Były też występy: grałyśmy, śpiewałyśmy, wygłupiałyśmy się, a że jedna z koleżanek wspaniale naśladowała Hankę Ordonównę, błagałyśmy ją ciągle, żeby nam śpiewała. Jakże żałuję, że nie mam żadnych zdjęć z tamtego okresu! Cóż, było to na długo przed tanimi i prostymi w użyciu aparatami fotograficznymi, polaroidami itp., nie mówiąc już o telefonach komórkowych i łatwości, z jaką można dziś utrwalać wszystko, co się da.
Pamięć jest chyba jednak najlepszym sposobem „zakonserwowania” przeżyć, tym bardziej, że zawarte wtedy przyjaźnie owocowały potem w czasie studiów, a parę z nich utrzymało się do dzisiaj. Czyli nie ma złego, co by na dobre nie wyszło: była to prawdziwa szkoła życia – jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało. Przyznam, że często, obierając ziemniaki (choć robię to coraz rzadziej, bo dzisiaj jemy je często ze skórką!) wracam w myślach do tych dni, kiedy z bolącym karkiem i umazana błotem pełzałam na kolanach miedzy ziemniaczanych zagonami. Nie mówiąc już o jabłkach – do dziś na próżno szukam podobnych smakiem i zapachem do tych podkradanych wtedy i podjadanych o świcie na wiejskiej drodze. I naprawdę nie wiem, czy te zachowane w pamięci wrażenia smakowe zależały od ich gatunku czy też od specyficznych okoliczności, w których je zrywałam i jadłam.
M. Anna Packalén Parkman
