2. Galeria z przymrużeniem oka

0
caricature-4804609_1920

Wyniosła ma męża archanioła, sama będąc również istotą nadzwyczaj unikalną. Otóż w długiej oraz bogatej historii sceny teatralnej filmu i telewizji ziem nadwiślańskich, jest pierwszą i jak na razie jedyną aktorką, która potrafi, grając w serialu mniej ważną rolę jugosłowiańskiej służącej, przyćmić innych aktorów, wyróżnić się w bergmanowskim dramacie, i czynić to wszystko posługując się językiem szwedzkim. Imponujące.

Dysponuje urodą klasyczną, a jej cechą charakterystyczną jest, iż trudno z nią nawiązać bliższy kontakt, czym powoduje wrażenie, iż chłodna z niej kobieta. Przypadłość ta ma związek z czymś, co w zawodzie, który uprawia zakrawa na perwersję, ale i tłumaczy wiele, a o czym wiedzą w Sztokholmie i na świecie dwie osoby, ja — bo dobry ze mnie obserwator, i z oczywistych powodów — archanioł. Otóż Wyniosła jest dziewczyną nieśmiałą, nad czym jako aktorka potrafi doskonale panować, ale starego wróbla — archanioła i mnie nie oszuka.

Lubię ją obserwować, gdy rozmawia z kimś dłużej, bowiem opada z niej wtedy pohamowująca ją nieśmiałość i jest fascynująco intensywna. Wyniosła powinna zagrać Kleopatrę! — i proszę pamiętać, że ja to pierwszy powiedziałem.

Kto uczestniczyć będzie w imprezie polonijnej, w której nie zobaczy na scenie Kryniczanki (kobieta, nie woda sodowa), otrzyma nagrodę w postaci. Kryniczanka jedna (dana moja dana!) jest osobą ciepłą, krągłą i pozytywną. Wiary w ludzi nie pozbawił jej nawet rozwód z — choć ci co Onego znają, mówią że mógłby lekko. Majak każdy wady, ale jest na tyle mądra, że się z nimi przyjaźni. Żyje w niej entuzjazm młodszy od niej samej, a tańcząc tango, zadziera w odpowiedni sposób w górę łydkę, co robiąc uważa, że argentyńskim tangiem się zajmuje.

Kryniczanka druga, zwana w kołach zbliżonych Blusiarą, śpiewa pysznie, wygląda wdzięcznie i zgrabnie, uśmiecha się uroczo, ma sympatycznego męża aborygena, a za sobą karierę z Polski. Popełniła błąd w ocenie, powzięła bowiem zamysł śpiewania w języku szwedzkim, z wtrącaniem komentarza w języku angielskim (może w amerykańskim wtrąca?), ale we wszystkich trzech słychać wyrażanie, iż pozostała wierna słowiańszczyźnie.

Lufa nie jest byle kto, ani był. W zamierzchłej przeszłości togę nosił, jakiego była koloru Bóg raczy wiedzieć, ja nie wiem. Gdy nastała Najjaśniejsza wystartował dynamicznie i do bólu koniunkturalnie. Co niedziela pełen kościół wiernych był świadkiem jego kapitalnego timingu, gdy kroczył godnie ku ołtarzowi (zawsze jako ostatni, z zachowaniem taktycznego dystansu do przedostatniego wiernego), aby spożyć ciało boże.

Prezesował organizacji katolickiej, co wielu przyjęło z uśmieszkiem uważając, iż Lufa stwarza sobie w ten sposób trampolinę do dalszej kariery. I stworzył, ale zanim co, urządzał okolicznościowe akademie, i przed jedną poprosił mnie abym coś napisał. Napisałem patriotyczny wiersz i Lufa zapowiedział moje wystąpienie tak: Teraz nasz lokalny poeta odczyta swój wiersz. Krew mnie zalała na tę lokalność, powinienem był od razu zareagować i powiedzieć: Dziękuję lokalnemu działaczowi za uprzejmą zapowiedź, ale niestety jak zwykle zawiódł mnie refleks.

Nadgorliwy katolicyzm przeszedł mu szybko i Lufa zajął się z wielkim powodzeniem… Otóż nie mogę wyjawić, czym Lufa się zajmuje, gdyż jest to pilnie strzeżona i trzymana w przepastnych sejfach tajemnica, ale musi być wyjątkowo pecuniogenna, gdyż szybko stał się majętnym człowiekiem. Płacą mu od kulki.

Są poza granicami państwa traktowani jak przystało na rangę pozycji, jaką zajmują, godnie i dostojnie. Szwedzki łańcuszek najważniejszych splotła Rzeczpospolita na razie z trzech ogniw. Ojczyzna przysłała Dziewicę do Sztokholmu tuż po przydeptaniu czerwonemu grdyki, nie zdając sobie sprawy (Najjaśniejsza sama była wówczas dziewicza jak śnieg.), na co ją naraża. Przypuszczalnie zrobiła to nieświadomie, ale zrobiła dobrze. Dziewica nie ulękła się, podjęła pojedynek z systemowymi i wygrała. Drobna, młoda, ładna, zgrabna, świetnie władająca potrzebnymi językami, żywa umysłowo, panna z dobrej inteligenckiej półki, wałęsówa, do gwarantowanej kariery na resztę życia zabrakło jej tylko ojca biskupa. Cóż, życie nie pieści, tę wadę ma wielu.

Jak przybyła, od razu wpadła w świat ludzi z czerwonych układów, którzy w nagrodę zostali dyplomatami. Może przesadzam, paru zawodowców było, ale też zboczonych Systemem. z tradycji siermiężnie myślących, za to zarozumiałych.

Na początek Dziewica oczarowała króla. Karol XVI Gustaw przyzwyczajony do widoku peerelowskich czworokątnych, nie mógł wprost od Dziewicy oderwać wzroku i w ten sposób z nim miała załatwione na klawo. Ale o dziwo, choć ogólną sympatię sztokholmskich emigrantów zdobyła lekko, z indywidualną miała trudności. Otóż samotność i zwycięstwa usztywniły ją, stała się jak na wiek i płeć nazbyt pewna swoich racji. Żarna zawodu zmełły ją szybko, wyuczyły dla swoich potrzeb i schłodziły. Jeszcze o niej usłyszymy, ale gdzie się podziała sympatyczna i wdzięczna dziewczyna z Wybrzeża?

Człowiek o nazwisku jak ksywa. Znajdująca się akurat przy wodopoju partia postsystemowa, której służył, wrzuciła go na łeb i szyję w sztokholmską toń. Nie pozostawił kół na wodzie. Osobnik szary (kolor szary to odcień czarnego) ale z tupetem, kwalifikowany bakałarz, nieco brat-łata, bardziej besserwisser. Tak jak Dziewica namazany został dyplomacją po raz pierwszy w życiu, ale gdzie mu tam było do jej charyzmy. Pobył, trochę się ustawił, pomyślał o dzieciach, i ślad po nim zaginął. Nikt nie zapłakał.

Prawdę mówiąc nie wiadomo, jaki jest. Niby wszystko u Cienia jak trzeba, a nawet bardzo: wykształcony, dobrze wychowany i ubrany, prawie ładny (na przystojniaka za niski), sympatyczny, inteligentny, ładnym językiem i sprawnie przemawia, a coś nie tak. Byt z Cienia samodzielny i ułożony, ze wszech miar poprawny i na miejscu, ma nawet luz, jak już koniecznie potrzeba, ale czegoś mu brak, chłodny jakiś, bezosobowy.

Chyba brak mu umiejętności wyjścia przed szereg. Może śmiałości i tupetu? Czyżby odwagi był pozbawiony? Albo po prostu ochoty, być może nie czuje potrzeby zaznaczania siebie? Sprawia wrażenie jakby rola, którą pełni, nie była dlań ulubionym ubraniem, a kostiumem założonym na jakiś czas, który chętnie by zdjął, gdyby równie dobry był pod ręką.

Powoduje wrażenie, iż jest człowiekiem drugiej linii, choć wydaje się, że drzemią w nim substancje wystarczające na pierwszą. Czyżby brak mu było tego, no jak to się nazywa, zabrakło mi słowa, kury z tego słyną. O szczebel niżej bywało jak w kalejdoskopie, różnie. Tak daleko, jak sięga moja starcza pamięć, konsulował był w Sztokholmie Bywalec (może Zakalec, w każdym razie jakoś podobnie). Ciemna i nieświeża figura dwu nazwisk, funkcjonariusz przyodziany w garnitur, jakie widywało się na Breżniewie, gdy dawał na Okęciu karpia Gierkowi. Facet, o którym mówić w kategoriach dyplomatycznych byłoby ponurym żartem. Wszyscy emigranci byli dlań pochyli, wszak opuścili dobrowolnie System, najlepszy ustrój świata całego, w którym robotnik… Ot, ubek o horyzontach na poziomie krat.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer