1634px-Ulica_Rakowiecka_w_Warszawie_po_1945

Mawiano w Warszawie, że Rakowiecka to najdłuższa ulica, bo prowadzi aż do Moskwy. Oczywiście, mowa jest o kinie Moskwa, ciekawym architektonicznie budynku z zagiętymi ścianami z szarobrunatnej cegły. Powinien być uznany za zabytek pod ochroną. Niestety, zwyciężyły pieniądze. Ten punkt w Warszawie stał się interesujący dla inwestorów. Kino rozebrano, a przy ulicy Puławskiej u wylotu Rakowieckiej, stoi dziś tuzinkowy szklany biurowiec Europlex. Z kina pozostały tylko dwa betonowe lwy. Początkowo w biurowcu było kino o nazwie Silver Screen. W czasie seansu podchodziła kelnerka z latarką i oferowała napoje i prostsze dania. Kino wkrótce zamknięto.

Przechodząc przez Puławską należy uważać na intensywny ruch tramwajowy. Wtedy nie było jeszcze sygnalizacji świetlnej na skrzyżowaniach. Po prawej stronie Rakowieckiej mijamy wojskowe bloki, a potem, nieco w głębi, ogromny głaz narzutowy markuje wejście do muzeum geologicznego. Zaraz obok wznosi się gmach Urzędu Bezpieczeństwa, postrachu przeciwników reżimu. We wcześniejszym felietonie wspomniałam, że zmieniono trasę tramwaju, ponieważ utrudniał nasłuch w UB.

Wzdłuż ulicy ciągnęły się parterowe pawilony zakładów usługowych. Skorzystałam z usługi jednego z nich. Ojciec przywiózł mi ze służbowej podróży zagranicznej maleńką suszarkę do włosów, istne cacuszko. Zabrałam ją ze sobą w pierwszą zagraniczną podróż, rejs z Gdyni do Kopenhagi. Płynęłam parę dni i należało umyć włosy. Nie przewidziałam, że suszarka pracuje na prąd zmienny, a statek oferował prąd stały. Suszarka natychmiast się przepaliła. Zaniosłam ją więc do punktu naprawczego drobnych urządzeń elektrycznych. Niestety, suszarki nie dało się reanimować.

Za pawilonami, na skrzyżowaniu Alei Niepodległości z Rakowiecką, mieści się Szkoła Główna Planowania i Statystyki (SGPIS). Ma schodkowe ozdoby dachu na narożnikach w stylu art deco i basen, z którego pozwalano czasem korzystać osobom z zewnątrz. Pod ziemią znajduje się tam obecnie stacja metra, Pole Mokotowskie. Po drugiej stronie Alei Niepodległości zaczynały się budynki Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (SGGW), gdzie pracował mój ojciec. SGGW ciągnęło się aż do pętli tramwajowej. Dalej, w kilku luźno stojących obiektach, mieściły się usługowe laboratoria, a na końcu Rakowieckiej wybudowano niewielkie osiedle mieszkaniowe z wysokimi, jak na ten punkt, domami.

Tam Rakowiecka pod kątem prostym przechodzi w ulicę Świętego Andrzeja Boboli, męczennika zabitego przez Kozaków. Taka nazwa nie była ideologicznie poprawna i zmieniono ją na Wołowską. Ale Rakowiecka, na podobieństwo strumyka, płynie dalej wąską strugą, ciągiem pieszym, wzdłuż ogródków działkowych. U zbiegu Rakowieckiej i Bobolego jest kaplica i męski zakon ojców jezuitów. W kaplicy od strony zakrystii umieszczono srebrną trumnę ze szczątkami świętego. Przyglądaliśmy się relikwii przez oszklone wieko z mieszaniną szacunku, lęku i podniecenia. Budynek zakonu otaczał ogród. Widywało się tam spacerujących księży z brewiarzem w ręku. Kiedy obok zbudowano nową kaplicę, stara służyła jako sala wykładowa.

Dalej, po minięciu niepozornej przecznicy, był w suterynie fryzjer. Często korzystałam z jego usług. Parter kamienicy mieścił przedszkole. Przeszklona fasada dawała wgląd w poczynania przedszkolaków. Ze sklepu spożywczego na rogu nie korzystaliśmy. Mieliśmy lepszy bliżej domu.

Przy jednej z przecznic mieszkała przyjaciółka mamy, dentystka. Nie miała gabinetu. Za firanką stał bor z nożnym napędem. Natura obdarzyła mnie słabym uzębieniem. Już w mlecznych zębach miałam ubytki wymagające interwencji dentystki. Nie były to miłe wizyty. Słodycze nie były powodem problemu. ”Dziwne z ciebie dziecko” – mawiała mama. ”Nie jadasz cukierków”. Rzeczywiście, gustowałam tylko w czekoladzie. Kiedyś z moją szefową zwiedzałyśmy muzeum lekarskich aparatów. Był tam również bor dentystyczny z nożnym napędem. Szefowa spytała co to jest. Kiedy wytłumaczyłam, że znam go z dzieciństwa, popatrzyła na mnie jakbym należała do innej epoki.

Sklep spożywczy obok nas miał tylko podstawowe produkty, nabiał, chleb i jarzyny. Brakowało ryb, owoców i napojów. Ale chleb z pobliskiej piekarni bywał jeszcze ciepły. Tylko dwa jego rodzaje, ulubione przez mamę, nie były w moim guście: grahamki i chałka. Jajka bez ochronnego pudełka pakowano ryzykownie w torebkę, a jarzyny co najwyżej owijano w gazetę.

Za sklepem była papeteria. Na rozpoczęcie roku szkolnego kupowaliśmy papier do okładania książek, naklejki i zeszyty. Za nią mieliśmy pocztę. Niestety, zlikwidowano ją i zamieniono na salon gier hazardowych typu Toto Lotka. W sklepie mięsnym obok był mały wybór. Nas zaopatrywała kobieta ze wsi przywożąc w walizce prawdziwe delikatesy łącznie z ulubionym przeze mnie móżdżkiem cielęcym. Potem była księgarnia specjalizująca się w podręcznikach dla studentów SGGW, a za nią sklep spożywczy o bogatym asortymencie; duży wybór owoców, napoje z piwem i winem włącznie. a nawet na poczekaniu pieczone ciasteczka, ratunek, gdy zawitał nieoczekiwany gość.

Po drugiej stronie przecznicy mieliśmy restaurację ”Kogut”, a za nią sklep wedlowski. Kusił masą kakaową ze sprasowanymi herbatnikami, zwaną blokiem czekoladowym, tradycyjnymi ciastkami, wyborem czekoladek i firmowym torcikiem waflowym o nieograniczonym czasie trwałości. Tam po raz pierwszy próbowałam Coca-Colę. Niedaleko była apteka, zegarmistrz i pierwszy w okolicy samoobsługowy sklep spożywczy. Doszliśmy do Alei Niepodległości, a po jej drugiej stronie mieścił się sklep dwubranżowy z damską bawełnianą bielizną, elegantszą niż państwowy wyrób. Drugą branżą były zabawki. A potem zaczynał się ceglany mur więzienia z parą okratowanych okien i żelazną bramą. Czasem ją otwierano i dobrze strzeżeni więźniowie udawali się do prac na mieście. Dużo później dowiedziałam się, że trzymano tam więźniów politycznych. Przesłuchiwano ich w okrutny sposób. Z więziennego komina dymiło się czasem i mamie przypominało to Auschwitz. Nie sądzę jednak, aby posuwano się aż tak daleko.

Za więzieniem wznosił się potężny gmach z przedszkolem na parterze i klasztorem żeńskim na piętrach. Zakonnice nie mieszały się do przedszkolaków. Raz tylko zaprosiły dzieci na zwiedzenie klasztoru. Na fasadzie była nisza z figurką Matki Boskiej. Komuś to przeszkadzało i niszę zamurowano. Niektórzy dopatrywali się zarysu figurki na betonie. Trochę dalej mieścił się urząd stanu cywilnego i brama do czasowej siedziby męskiego liceum imienia Reytana. Uczniowie szkoły spłatali figla nielubianemu nauczycielowi przestawiając jego małego Fiata w poprzek bramy uniemożliwiając wyjazd.

Na przecznicy mieścił się Instytut Antybiotyków, gdzie praktykowałam podczas studiów i pracowałam przez rok przed wyjazdem do Szwecji. Stamtąd miałam widok na ogródek w przedszkolu. Wydał mi się dużo mniejszy niż kiedyś. Rakowiecką kończyła kwiaciarnia. Ulica stanowiła samowystarczalną jednostkę mieszkalną. Zyskałaby wiele bez więzienia i Urzędu Bezpieczeństwa.

Teresa Urban

Foto: Autorstwa nieznany/unknown – Warszawa dzisiejsza, Warszawska Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1949, pages unnumbered, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=38286827

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer