wedding-2595862_1280

Tego roku będziemy z Małżonkiem obchodzić złote gody. Braliśmy ślub w Sylwestra 1967 roku, cztery miesiące po moim przyjeździe do Szwecji. Nadszedł właściwy czas, aby spojrzeć wstecz i spisać kilka wspomnień.

Tego samego dnia brała ślub również para naszych przyjaciół. Wspólnie wpadliśmy na ten pomysł. Od pewnego czasu cała czwórka miała ślubne plany i w końcu zdecydowaliśmy pobrać się w Sylwestra. W dodatku spędziliśmy razem noc poślubną, co brzmi bardziej perwersyjnie, niż było w rzeczywistości. Obecnie czuję zmęczenie na samo wspomnienie owego dnia, między innymi dlatego, że dzień wcześniej przeprowadzaliśmy się z pokoju wynajmowanego w pobliżu mego miejsca pracy do innego, w centrum miasta. To było by wystarczającym wyczynem na dwa dni przed nowym rokiem. A tu do tego doszedł jeszcze ślub.

Sylwester mile nas zaskoczył słońcem i lekkim mrozem. Najpierw należało odebrać z kwiaciarni bukiet ślubny. Opakowano go w kilka warstw papieru, aby nie zmarzł. Potem wzięliśmy autobus do odległego o 25 km kościółka, aby dostać zaświadczenie o odbytych zapowiedziach. Następnie czekała nas kolejna jazda do miejscowości pod Sztokholmem, gdzie pracował Małżonek in spe. Zaślubiny odbyły się tam, w samo południe, w katolickiej kapliczce mieszczącej się w zwykłej willi. Ceremonia była prosta. W kategorii skromne śluby zajęlibyśmy pewnie pierwsze miejsce. Na szczęście splendor i glans nie są warunkami trwałego związku.

Poza księdzem obecna była wspomniana para przyjaciół i młode małżeństwo, u których na początku mego pobytu w Szwecji, wynajmowaliśmy pokój. Nie było nikogo z rodziny. Nie wypuszczono by ich do nas z Polski, a jeśli nawet stałby się taki cud, nie stać byłoby ani ich, ani nas, na opłacenie przejazdu ani tym bardziej hotelu, co byłoby konieczne, jako że sami mieszkaliśmy kątem u ludzi.

Moja ślubna sukienka w niczym nie przypominała długich, strojnych kreacji z białej jedwabnej tafty. Była krótka, obcisła, pastelowo-turkusowa ze sztucznego włókna zwanego krempliną, dziewczęca i twarzowa, ale nietypowa jako ślubny strój. Tylko kwiaty były takie jak trzeba. Ogromny bukiet róż ułożonych tak, że należało go trzymać jak niemowlę na lewej ręce i podtrzymywać prawą. Teraz po fakcie uważnym, że mały, okrągły bukiecik, byłby praktyczniejszy. Ksiądz był Amerykaninem i ceremonia odbyła się po angielsku. Małżonek, którego angielski był wtedy bardziej niż podstawowy, trenował długo słówko yes. Kto mógł przewidzieć, że zamiast yes będzie nieudolnie powtarzać długie frazy w obcym języku. Starał się jak mógł, a ja zagryzałam wargi, aby się nie roześmiać. Małżonek twierdzi do dziś, że ślub jest nieważny, ponieważ nie rozumiał co przyrzekał.

Na zakończenie ksiądz zaproponował abyśmy przystąpili do komunii świętej. Zawahałam się ponieważ nie byliśmy u spowiedzi. Ksiądz zlekceważył mój protest.
– Wszystkie wasze przewinienia zostaną odpuszczone – zapewnił, wypowiedział kilka słów po łacinie i zrobił znak krzyża. Mieliśmy szczęście. Wszystkie grzechy młodości zostały nam wybaczone, byliśmy niewinni jak nowonarodzone dzieci. Przyjęliśmy komunię z czystym sumieniem.

Po zaślubinach pojechaliśmy metrem do przyjaciół-świadków aby uczcić to wydarzenie, ale nie pamiętam co jedliśmy i piliśmy. Po południu o godziny szesnastej odbył się ich ślub w kościele katolickim w centrum miasta. Panna młoda ubrana w kostiumik koloru kości słoniowej trzymała w ręku bukiet białych tulipanów. Krótka ceremonia odbyła się przy bocznym ołtarzu w półmroku zapadającego zmierzchu.

Ponieważ był to Sylwester powitaliśmy Nowy Rok wspólną kolacją w eleganckim lokalu. Musieliśmy przebrać się w wizytowe stroje, ale i tu zawodzi mnie pamięć, co do szczegółów. O godzinie 19 powitał nas przy wejściu uprzejmy gospodarz lokalu i wskazał zarezerwowany stolik przy ścianie pokrytej ciemną boazerią pod ogromnym lustrem. Atmosfera była świąteczna, wnętrze wytworne, a stół połyskiwał srebrem i kryształami. Zaproszono nas na powitalny kieliszek szampana, ale do posiłku należało zamówić wino. Zdecydowaliśmy się na niewielką butelkę Chablis, co było dla nas szczytem luksusu. Na więcej nie było nas stać. Poczuliśmy się niezręcznie kiedy kelner zapytał:

– Czy ta mała butelka naprawdę wystarczy na cztery osoby?

Po kolacji nadszedł czas na występy. Po salonie przeszedł dreszcz, gdy legendarna Zarah Leander odśpiewała niskim, silnym głosem swój popisowy numer „Chcecie widzieć gwiazdę, oto ja”. Zadrżały także pryzmy kryształowych lamp. Diva była wtedy już niemłoda i mimo silnego makijażu twarz, miała obrzmiałą i niezbyt urodziwą, a była taką pięknością była za młodu. Czas jest okrutny dla pięknych kobiet.

Po północy rozpoczęły się tańce. W owych czasach tańczyło się jeszcze parami. Bawiliśmy się do rana bez zmęczenia. Byliśmy młodzi i pełni sił. A potem powędrowaliśmy przez miasto do naszych tymczasowych domów.

40 lat później celebrowaliśmy okrągłą rocznicę ślubu w tym samym lokalu. Niestety – była nas tylko trójka. Przyjaciel odszedł przedwcześnie wiele lat temu. Zaproszono nas na szampana, aby uczcić tę rocznicę. Nostalgia mieszała się z zaskoczeniem, a chwilami z niesmakiem. Wystrój wnętrza był wprawdzie równie wytworny jak przed laty, lustro wisiało w tym samym miejscu, ale nikt nas nie powitał przy wejściu. Natomiast zmuszono nas do stanięcia w długiej kolejce, aby potwierdzić rezerwację. Muzyka w stylu disco uniemożliwiała konwersację przy stoliku. Po północy wpuszczono na salę hordy młodzieży przekształcając eleganckie salony w dyskotekę, a na bocznej scenie muzykanci-oberwańcy ogłuszali publiczność hałasem swych dziwacznych instrumentów.
Padł pomysł aby złote gody spędzić w Budapeszcie skąd mieliśmy wiele miłych wspomnień: kąpiele w geotermicznych basenach na Wyspie Małgorzaty i w sztucznych falach basenu w Hotelu Gellert oraz smakowitą kolacje w restauracji Citadella, gdzie delektowaliśmy się Citadella Plate, daniem na dwoje, będącym specjalnością lokalu. Zachowałam rachunek opiewający na 100 forintów. Ciekawe, o ile ceny poszły w górę? W biurze podróży zaproponowano nam wyjazd, cztery noce i lot, za… 20000 koron. Alternatywna wyprawa do Berlina, skąd też mieliśmy miłe wspomnienia, okazała się niewiele tańsza. Żegnaj Budapeszcie i Berlinie. Poczekamy jak się ociepli i stanieje.

Ostatecznie zapadła decyzja, aby złote gody obchodzić w Sztokholmie, w centralnie położonym hotelu z lodowym barem. Może ciekawsze byłoby spędzenie Sylwestra na północy Szwecji, w Jukkasjärvi, w hotelu całym z lodu, ale perspektywa noclegu na lodowych blokach, nakrytych wprawdzie skórami renifera, nie była kusząca. Sztokholmski hotel oferował pakiet sylwestrowy, nocleg, kolację oraz toast noworoczny w szklaneczkach z lodu w barze. Dla nas, przybyszy z „Południa”, wystarczy odrobina podbiegunowej egzotyki.

Teresa Urban

Tekst ukazał się w NGP w grudniu 2017 roku

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer