TERESA URBAN: Moja ulica
Ulica Kielecka, ulica mego dzieciństwa i wczesnej młodości, zaczynała się naprzeciwko uczelni przy ulicy, Rakowieckiej, gdzie pracował mój ojciec. Rakowiecką jeździły tramwaje. Mimo iż nasze mieszkanie wychodziło na podwórko, zasypiając słyszałam ich monotonny odgłos. Nie jechały daleko. Zaraz obok była pętla. Dużo później przedłużono linię pod kątem ulicą Bobolego, a w przeciwnym kierunku kierowano tramwaje do Aleji Niepodległości zamiast prosto Rakowiecką aż do Puławskiej. Przy Rakowieckiej leżał Urząd Bezpieczeństwa, a tramwaje podobno zakłócały podsłuch UB.
W narożnym sklepie u wylotu Kieleckiej była drogeria. Jako nastolatka często tam zaglądałam. Następna przedwojenna kamienica nosiła w holu ślady luksusu, gustowne skrytki na listy i resztki marmurowej wykładziny. W tym domu mieszkała moja serdeczna przyjaciółka. Niestety, odeszła przedwcześnie na emigracji w Londynie. Z jej domem graniczyła nasza kamienica poprowadzona skośnie do ulicy według przedwojennego planu, który później porzucono. Na fasadzie zamontowana jest tablica pamiątkowa dla uczczenia Jana Miklaszewskiego, profesora od leśnictwa, założyciela w Rogowie bursy szkoleniowej dla przyszłych leśników, wynajmowanej latem w celach wypoczynkowych rodzinom profesorów. Kamienica już wtedy należała do uczelni. Fasada nosiła ślady pocisków, które litościwie zasłoniły pnącze winorośli.
Nasze podwórko pełne było chwastów, a w narożniku rosła lipa. Potem ustawiono ławeczkę, na której po owdowieniu, siadywali moja mama i pan dozorca. Milczeli, ale widocznie razem łatwiej im było znosić smutek.
Pomiędzy naszym domem a sąsiednią kamienicą był dół z ceglanymi fragmentami piwnic, powstały po wysadzeniu bombą istniejącej tam posesji. Dół był placem zabaw okolicznej dzieciarni. Niewysokie, płaskie murki mogły służyć jako kontuar przy zabawie w sklep, a zarys izdebki jako mieszkanie przy zabawie w dom. Kiedy odwiedził mnie kolega z przedszkola wędrowaliśmy po murkach i przy każdym występie klękaliśmy udając, że bierzemy ślub. Ale po występie szerokości jednej cegły można było wędrować tylko w pojedynkę.
Na tyłach dołu było niewielkie podwórko. W podupadłej chałupce mieszkała starsza kobieta, którą nazywaliśmy Babą Jagą. Wymyślała nam dzieciakom bez przerwy i bez powodu. Baba Jaga hodowała kury. Dowodził nimi agresywny kogut. Potrafił opuścić podwórko, wskoczyć komuś na głowę i dziobać boleśnie. Przeżyłam to kiedyś na własnej skórze. Kiedy Baba Jaga ugotowała z koguta rosół straszył mnie nawet po śmierci. Kryśka, zakała okolicy, goniła mnie z zakrwawioną głową koguta w ręku.
Baba Jaga wyprowadziła się a w miejscu dołu wybudowano zgrabną kamieniczkę przeznaczoną na służbowe mieszkania konduktorek. Do kamienicy pod kątem rozwartym w stosunku do naszej prowadziły schody, które zamiast poręczy miały betonowe pojemniki z ziemią na kwiaty. Niestety, nic w nich nie sadzono, co najwyżej rosły tam drobne chwasty samosiejki. W kamienicy mieszkał profesor, światowej sławy matematyk. Jego żona często otwierała okno i gromiła nas za hałas, który przeszkadzał uczonemu w pracy. Kiedyś uniosłam się honorem i replikowałam: ”Tu mieszka jeden profesor, a w naszym domu są sami profesorowie i nikt na nas nie krzyczy i nie ucisza”.
W sąsiedniej kamienicy był prywatny sklep spożywczy. Właściciel użyczył mu swego nazwiska, Kępka. Był to sklep z przysłowiowym mydłem i powidłem. U Kępki kupowało się chleb z prywatnej piekarni, wiejski nabiał, wymieniało się puste syfony po wodzie sodowej na pełne. Pewnego razu sąsiadka zaskoczyła mamę wiadomością. ”Czy pani wie, że synek żebrze pod Kępką?” Okazało się, że ojciec, specjalista od chemii spożywczej zabronił braciszkowi kupować sugusy barwione szkodliwym dla zdrowia syntetycznym barwnikiem azowym. Braciszek, który wtedy był w wieku przedszkolnym, znalazł na to radę.
Obok Kępki mieściła się repasacja pończoch, gdzie świadczono także drobne usługi krawieckie, na przykład nicowanie przetartych kołnierzyków od męskich koszul.
Tam gdzie Kielecka dochodzi do ulicy Narbutta było kilka nieco cofniętych posesji tworzących przydomowe ogródki. Wiosną ojciec fotografował jej zwiastuny i wklejał do listu pisząc do mnie. Nie wiem czy chciał rozbudzić tęsknotę za rodzinnymi stronami, czy też tę tęsknotę ukoić.
Zanim Kielecka doszła do Narbutta parter w niczym niewyróżniającej się kamienicy zajmowało mieszkanie koleżanki z klasy. Jasny, przestronny lokal był domem dla koleżanki z młodszą siostrą, rodziców i babci ze stalowym wejrzeniem. Rodzina była świetnie sytuowana. Posiadała luksusowy samochód i telewizor o największym w tych czasach ekranie. A tył mieszkania wychodził na ogromny, dobrze utrzymany ogród. Kiedyś poróżniłam się z babcią i nie czułam się w tym mieszkaniu swojsko.
Krążyły plotki, że przy zbiegu Kieleckiej i Narbutta w niewielkiej posesji, mieszkał przez pewien czas Wojtek Młynarski. Po drugiej stronie Narbutta stała willa z żółtej cegły, miły dla oka kontrast z szarzyzną kamienic. Przed willą wykopano dół przeznaczony na basen, ale nie wypełniono go wodą. Willa, mimo zgrabnej sylwetki, robiła wrażenie niezamieszkałej. Może była zbyt kosztowna w utrzymaniu. Może trudno było znaleźć zamożnego lokatora. Parę kamienic dalej miała czasową siedzibę szwedzka ambasada, rozpoznawalna przez kolejkę osób oczekujących na wizy.
A potem zaczynał się ogromny teren szkoły rosyjskiej. Obejmował całą kwarterę pomiędzy Kielecką, Rakowiecką i równoległą do Kieleckiej ulicę Łowicką. Skąd wzięło się tylu Rosjan w Warszawie i okolicy można się tylko domyślać. Na pewno nie był to wyłącznie korpus dyplomatyczny. Rano autokary przywoziły uczniów i parkowały na skwerku przed naszą kamienicą. Trawa nie miała tam szansy wyrosnąć. Budynki szkolne otaczały boiska, a zimą nawet ślizgawka. Jednak dla uczniów nie przewidziano żadnych zajęć na świeżym powietrzu. Izolowano ich od miejscowej dzieciarni. Raz tylko udało się pewnej dziewczynce wymknąć na moment przez bramę. Z widokiem szkoły rosyjskiej zżyłam się od dzieciństwa. Niesłychanym zaskoczeniem była więc informacja w szwedzkiej telewizji o eksmisji Rosjan. Nie spodziewałam się wtedy ujrzeć widoku szkoły podczas wieczornych wiadomości. Trwała wojna z Ukrainą i Rosjanie wraz z ich szalonym przywódcą, nie byli, delikatnie mówiąc, popularni. Oby już nigdy nie powrócili po eksmisji.
Teresa Urban
