LATO, LATO, LATO czeka. Razem z latem czeka rzeka, razem z rzeką czeka las, a tam ciągle nie ma nas
Nie ma nas, bo i wielu nie wie, jak się w tę piękną okolice dostać. Kiedyś było jakoś inaczej i łatwiej. Słowa które napisałem w tytule były w piosence filmu „Szatan z Siódmej Klasy”, ale także zapowiedzią wielkiej przygody wakacyjnej. Pamiętam, bo takich przeżyć nie da się zapomnieć.
Jeździliśmy niemal na całe wakacje do Augustowa. Dzięki przychylności jednego z największych zakładów na Mazurach, dostaliśmy możliwość rozstawianie na ich terenie, na wydzielonym i zacisznym miejscu z tyłu hotelu pracowniczego „Kormoran”, naszych namiotów. Czasami było ich dwadzieścia, a może i więcej. Mogliśmy korzystać z hotelowych toalet i ich stołówki.
Obowiązywały niepisane przepisy porządkowe, które były świętością i nikt nie odważyłby się je złamać. Cisza nocna, zero tolerancji jeśli chodziło o alkohol i utrzymywanie czystości – to podstawa. Wiedzieliśmy, że jeden błąd i następnego roku już nie mamy schronienia. Do tego wszystkiego potrzebna była dobra pogoda i drobne pieniądze na podstawowe produkty i wykupienie talonów na wyżywienie.
Zjeżdżało się tam znakomite towarzystwo: od młodzieży gimnazjalnej, studentów, a nawet lekarz i przyszła minister. Do dyspozycji mieliśmy dwa jeziora. Jezioro Necko dobrze zorganizowane turystycznie, i Jezioro Białe – bardziej dzikie i naturalne. Nad tym jeziorem mieścił się tartak, co dawało nam wiele zabaw i atrakcji. Tratwy ze ściętych sosen służyły nam za plaże. Tam nauczyłem się nurkować i łowić ryby pod wodą strzelając z kuszy.
Co roku, przez wiele lat, lato za latem, Augustów był naszą bazą. Starsi koledzy pozakładali rodziny, zaczęli pracować i mieli już inne możliwości. Młodzież, która uwielbiała ten sposób spędzania wakacji była bardzo odpowiedzialna. Nigdy nie zdarzyły się żadne incydenty, kłótnie czy kradzieże. Z czasem i ja pozostawiłem to miejsce dla młodszych.
Jak co roku był ten sam problem: jak spędzić to oczekiwane lato? Za czasów PRL istniał tak zwany Fundusz Wczasów Pracowniczych. W zależności od bogactwa zakładu pracy, tworzono dla swych pracowników miejsca odpoczynku. Często na Mazurach, lub nad morzem budowano coś w rodzaju hoteli, pensjonatów lub osiedla domków kampingowych. Opłata była symboliczna, a ci mniej zarabiający lub wielodzietne rodziny otrzymywały duże zniżki. To funkcjonowało dosyć sprawnie, dawało poczucie komfortu i w jakiś sposób nawet przywiązywało pracowników do miejsca pracy.
Pamiętam, że wyjeżdżałem nad morze do Jastrzębiej Góry, do właśnie takiego hotelu dla pracowników resortu energetyki. Nazywał się Syrena i, bez przesady, czuć było jakiś luksus. Eleganckie, umeblowane pokoje z łazienkami i balkonami z widokiem na morze. Na dole znajdowała się stołówka, coś w rodzaju skromnej restauracji samoobsługowej, która dbała u wyżywienie wczasowiczów. Jak sobie dobrze przypominam hotel ten mieścił jednorazowo 100 może 150 osób. Bo przecież przyjeżdżały tam rodziny często z dziećmi. Zatrudniony był również tak zwany „Kaowiec” czyli osoba odpowiedzialna za część kulturalno-oświatową. Organizował potańcówki, wycieczki i spotkania z ciekawymi ludźmi.
Ta radość trwała bardzo długo, przez wiele lat, aż do czasu kiedy zakłady państwowe przekształcono na prywatne i nagle wszystkie te dodatki socjalne przestały być opłacalne. Pamiętam początek lat osiemdziesiątych, gdy uwielbiany przez wielu pracowników słynny obiekt „Syrena” straszył pustkami, powybijanymi oknami i rozszabrowanymi rzeczami, które udało się zdemontować. Nie wiem co dalej się stało z tym pseudo hotelem. Po roku 1980 nigdy już nie odwiedziłem Jastrzębiej Góry.
Nie tylko ten obiekt, ale tysiące innych nagle przestały być opłacalne i ówczesne władze zdecydowały, wraz ze zmianą ustroju politycznego, zniszczyć ten tradycyjny, wieloletni, ciężko wypracowany przez związki zawodowe sposób wypoczynku pracowników. I komu to przeszkadzało?
Jako już dorosły, bo trzydziestolatek, przeprowadziłem się do Szwecji. I tu, w nowym kraju, nowe zwyczaje i nowe możliwości. Faktycznie, dowiedziałem się po wielu latach, że członkowie szwedzkich związkach zawodowych, mają ponoć podpisane umowy z innymi krajami w sprawie wynajmu letnich miejsc wypoczynku. M.in. w Rzymie, Paryżu i innych atrakcyjnych miejscowościach. Nawet starałem się parę razy o taki wyjazd, ale zawsze z jakiegoś powodu nie udało mi się załapać na takie dobrodziejstwa (nie komentuję tego w żaden sposób).
Na początku lat osiemdziesiątych, kiedy rozwijałem w Szwecji skrzydła, nagle, zupełnie tak jak w Polsce, przed zbliżającym się letnim urlopie, padło trudne pytanie: Co robimy z urlopem? Nie miałem zielonego pojęcia. Ja, żona i dwójka dzieci – 8 i 1 rok – oczekiwaliśmy, że coś się wydarzy interesującego. Wiedzieliśmy jedno: cudów nie ma i nikt nas nie zaprosi na wczasy pracownicze. Trzeba było działać samemu.
Nie miałem żadnego doświadczenie w podróżach indywidualnych samolotem. Akurat pod tym względem wraz z żona zgadzaliśmy się znakomicie. Oczywiście, w dużym stopniu decydowała również ekonomia, bo przecież każdy z nas, kto zaczynał życie w Szwecji w latach osiemdziesiątych, wie, że lekko nie było. Popatrzeliśmy na siebie i padła propozycja: camping. Błysk w oczach i wiedzieliśmy, że to jest to.
Ze względu na roczną córeczkę musieliśmy w miarę logicznie organizować tę wyprawę. Po kilkudniowym studiowaniu ogłoszeń kupiliśmy przyczepę kampingową. Była to, w poważnym wieku, Adria 510. Już po holowaniu jej na parking wiedziałem, że łatwo nie będzie. Była zima i miałem jeszcze czas na przygotowanie tego „kosmicznego” projektu. Wraz z wiosną coraz częściej zaglądałem do tej aluminiowej skorupy i coraz bardziej jej zapach wraz z wiosennym słońcem niemal rzucał mnie na podłogę. I zacząłem szukać powodu tego zgniłego smrodu. Szybko go odnalazłem. Zaczął się solidny remont. Przez trzy miesiące, codziennie po pracy, odkrywałem i naprawiałem wady ukryte przez byłego właściciela. Remont zrobiłem solidny. Wymieniłem cały zgniły przód, wyprałem sofy, uruchomiłem centralne ogrzewanie i kuchnię. Zamontowałem turystyczny telewizor. To był cud, że zdążyłem na czas.
Zaplanowaliśmy około 500 kilometrową wyprawę do Skåne, a dokładnie do Vinslöv. Pięknej i cichej miejscowości z dość skromnym, ale wystarczającym polem kampingowym. W przyczepie miałem wszystko, tylko podłączyć do prądu. Toaleta, kuchnia i umywalka znakomicie działały po moim remoncie. Co prawda na kampingu była kuchnia i toaleta, z której też można było korzystać. Wielką zaletą tego kampingu był doskonały basen dla małych i dużych gości. Bo jak to wakacje bez kąpieli. Pierwsze dni musiałem odpoczywać, po holowaniu tego potwora. Ale myśl o drodze powrotnej odejmowało mi całą radość wypoczynku. Nie zapomnę tego wyzwania. Największa prędkość to około 70 km/godz. Poganiające i trąbiące na mnie samochody oraz 3 dni na pokonanie tej trasy oraz niemal godzinne cofanie na placu kampingowym (którego nigdy nie opanowałem), zadecydowały, że… nigdy, ale to nigdy więcej!
Przyczepa również ograniczałaby naszą chęć podróżowania po Europie. Faktem jest, że sam pobyt w Vinslöv się udał. Opalanie, kąpiele, wycieczki nad morze i do Kopenhagi, zrekompensowały moje trudy, które włożyłem w tę ekspedycję. Przyczepę wspominaliśmy wielokrotnie, ale bez sentymentu. Po tych pierwszych doświadczeniach wiedzieliśmy, że to nie jest nasza bajka. Zaraz po powrocie do Sztokholmu przyczepa została sprzedana z dobrym zyskiem, który mogłem zainwestować w następny urlop. Bo przecież za rok padnie znowu pytanie „gdzie jedziemy”.
Nasi znajomi, którzy dużo wcześniej zamieszkali w Szwecji, polecali nam domek letni, łódź żaglową lub motorówkę. Ale my tego nie czuliśmy. Naszym planem było zwiedzanie Europy, o własnych siłach, bez pomocy zawsze miłych biur turystycznych. Wiedzieliśmy, gdzie chcemy jechać, ale brakowało tylko jeszcze jednego ogniwa: jak? Popatrzeliśmy znów sobie w oczy i wspomnienia wróciły z Augustowa. W tym samym niemal momencie krzyknęliśmy: NAMIOT. Dzieciaki bardzo się cieszyły, bo przecież czym głupszy pomysł, to dla nich większa radocha. Dzieci były już o rok starsze i moje doświadczenia z Augustowa nie poszły na marne. Żona też była doświadczoną harcerką.
Pozostała kwestia wyboru dobrego namiotu. Są one w dniu dzisiejszym dosyć nowoczesne i odporne na różną pogodę. Należało jeszcze skompletować materace dmuchane i dobre śpiwory. I tu, w moim opowiadaniu, postaram się podzielić z wami moimi wieloletnimi doświadczeniami, które opanowaliśmy do perfekcji. Jedno jest pewne – nie ma złych kampingów. Chyba, że w dawnej Czechosłowacji. Te tereny omijamy wielkim kołem i jeśli już musimy nocować w Czechach, to tylko hotel lub pensjonat.
Rozpatrywaliśmy chwilami podróże samolotem na upragnione wakacje, ale często idiotyczne godziny odlotów i przylotów, ograniczenia bagażu, nie zachęcały nas. Często taka wycieczka ogranicza się do 1 tygodnia. Na wycieczkę charterową pojechaliśmy dwa razy. Raz na Kretę na dwa tygodnie i raz na Sardynię też na 2 tygodnie. Codziennie to samo, takie samo jedzenie i nic się ciekawego nie dzieje w zasięgu parudziesięciu kilometrów. Całodzienne leżenie na plaży to jest mało rozrywkowe. My zawsze chcieliśmy mieć URLOP (dużymi literami) i cztery tygodnie. Dokładnie tak, jak w domu to zaplanowaliśmy. Radość tego urlopowego przedsięwzięcia czuło się już długo wcześniej, podczas kompletowania niezbędnych akcesorii.
Jak zaplanować, żeby urlop pod namiotem był udany? Wraz z dziećmi, a po kilkunastu latach już sami we dwójkę, spędziliśmy około 30 urlopów pod namiotem i, jak wspominałem, tylko dwa razy korzystaliśmy z usług biur turystycznych i wykupiliśmy gotowe wycieczki. Zawsze tęskniliśmy za namiotem. Planowanie takiej wyprawy to jest sztuka. I z każdym rokiem nabiera się rutyny. Bo na „polu walki”, czyli na kampingu, niczego nie może zabraknąć. Dzisiaj można kupić super nowoczesny namiot, który z pewnością pokona wiele wakacyjnych niespodzianek. Trzeba jednak wiedzieć, że w zależności gdzie jedziemy, pogoda może zmieniać się drastycznie z minuty na minutę. Specjalnie na południu Niemiec, czy w Austrii. W Garmisch Partenkirchen w przeciągu paru minut spadło 10 cm gradu wielkości wiśni. Uszkodził samochody, ale namiot przetrwał i nawet nie było żadnego śladu.
Skoro są takie trudności, to dlaczego wybraliśmy takie wyprawy? Odpowiedź jest jedna i krótka: urlop pod namiotem to wolność, swoboda, piękne okolice i widoki oraz zwiedzanie atrakcyjnych miejsc, które wybieramy sami. Nie trzeba rezerwować miejsca, a kamping można opuścić kiedy się chce, jak już wszystko ciekawe zobaczymy w okolicy. Podczas jednego urlopu żadne biuro turystyczne nie zapewni takich atrakcji.
Wracajmy więc do przygotowań. Trzeba dużo wcześniej przed wyjazdem planować mniej więcej co chcemy zwiedzać tego roku. Po przybyciu na miejsce na pewno zaskoczy was wiele niespodzianek, których nie sposób przewidzieć. Mnie się wydaje, że zaraz po namiocie najważniejszy jest młotek do wbijania kołków namiotowych (tak zwanych śledzi). Proponuję zakupienie śledzi specjalnych, takich jak długie gwoździe, gdyż na niektórych polach kampingowych pod trawa jest żwir i niemożliwe jest wbicie standardowych śledzi. Plandeka, którą podkładamy i rozłożymy pod całym namiotem, też jest bardzo pomocna. Będzie ona chroniła podłogę namiotu przed zbytnim brudzeniem i wilgocią. Ważne i bardzo przydatne jest również oświetlenie w namiocie. Można zabrać te na baterie, jak też na prąd. Dobrym pomysłem jest także, na miejscu jeszcze przed wyjazdem, przećwiczenie rozkładania namiotu. To jest bardzo przydatne i eliminuje stres na pierwszym miejscu kampingowym przy rozkładaniu naszego „dachu nad głową”. Specjalnie, kiedy przyjedziemy zbyt późno.
Proponuję nie oszczędzać na tym zbyt wiele. Dobry namiot musi kosztować. Myślę, że suma około 5 tysięcy koron jest realna. Rodzina z dwojgiem dzieci, to minimum namiot czteroosobowy. Będziecie mieli miejsce na garderobę, torby turystyczne itp. Zalecałbym zakup namiotu tak zwanego tunelowego z masztami składanymi i zrobionymi z włókna szklanego. Są niezawodne i nigdy nam się nie zepsuły. Uważam, że w namiocie powinniśmy swobodnie stać i się poruszać. A więc wysokość około 180 cm.
Po trudnym turystycznym dniu przyjemnie jest posiedzieć wraz z rodziną przy stoliku kampingowym, wypić lampkę regionalnego wina i zaplanować następny dzień. Nie polecam namiotu z pompowaną konstrukcją nośną lub samorozkładalnych. Fajnie jest, jak namiot sam się pobuduje w przeciągu paru sekund. Dużo gorzej jest go złożyć i spakować do specjalnej torby. Nikomu prawie się to nie udaje i trwa w nieskończoność i nie obywa się bez użycia brzydkich wyrazów. Kiedyś poprosiłem personel, który właśnie sprzedawał takie namioty, o nauczenie mnie składania. I też nie potrafili.
Należy dobrać odpowiednie materace – te dmuchane pompką, czy samonadmuchujące. Obydwa są dobre, chociaż trochę różny komfort spania. Wybór jest indywidualny. Często w punkcie sprzedaży można taki materac wypróbować. Oczywiście nie trzeba na nim spać w sklepie całą noc. Ostatnie parę lat, kiedy jeździmy we dwoje, używamy łóżka turystyczne, specjalne do namiotów. Pomyślcie też o śpiworach, które mogą się przydać wielokrotnie. Szczególnie w Alpach, kiedy w nocy temperatura znacznie się obniża.
Zabieramy ukochane poduszki i sportowe ubrania. Na każdym kampingu jest dostęp do toalet i kuchni. Często jest też pralka i lodówka. Plac kampingowy wybieramy zawsze z elektrycznością. Pozwala to na ładowanie telefonów laptopa, GPSu i oświetlenia wewnątrz namiotu. Każdy kamping w dniu dzisiejszym ma bezprzewodowy WiFi. My mamy zawsze ze sobą małą lodówkę turystyczną na 12/230 volt do produktów spożywczych, które mogą być potrzebne późnym wieczorem. Ale wtedy trzeba zabrać kabel elektryczny około 10 metrowy. Na wielu kampingach jest niesamowity komfort w łazienkach i prysznicach. Sprzątanie jest parę razy dziennie. W Szwecji i niektórych krajach w Europie, trzeba ekstra zapłacić za ciepłą wodę.
Czas na pakowanie samochodu. Ja miałem zawsze Volvo kombi i na dach montowałem skibox, taki jak się przewozi narty. Tam jest miejsce na stoliczek krzesełka, namiot, śpiwory i poduszki. Pamiętajcie o bezpieczeństwie. Pakujmy z głową i tylko przemyślane rzeczy. Po powrocie do domu okaże się, że połowa ładunku była niepotrzebna. Dla wszystkich początkujących kampingowiczów, radziłbym wybrać taką krótszą wycieczkę. Może nie krótszą w czasie, ale w kilometrach. Po Szwecji. Znam takie rodziny, które już po paru dniach pokłóciły się i wróciły do domu. Bo, po prostu, nie nadawały się na takie wycieczki. Te szaleństwa kampingowego wypoczynku muszą kochać wszyscy uczestnicy. To podstawa. My pierwszą wyprawę mieliśmy do Vinslöv. Następny rok to była już Dania, przepiękne plaże i oczywiście Legoland.
Nigdy nie rozbijajcie namiotu na dziko. Zawsze na strzeżonym kampingu z recepcją. My płaciliśmy za plac trochę więcej, ale zawsze mieliśmy osobne wydzielone miejsce tylko na nasz namiot i samochód. Jeśli cała rodzina zaakceptuje taką formę wypoczynku, następny rok może być już bardziej ambitny. Przecież Niemcy mają wspaniałe kampingi. Trzeba zjechać tylko parę kilometrów z autostrady. Często na kampingu znajduje się basen z podgrzewaną wodą. Trzeba szukać takich miejsc w katalogach kampingowych, lub w Internecie. Na ich stronach podawany jest koordynator do GPSa. Te bardziej zaawansowane kampingi mają piękne restauracje i sanitariaty na poziomie dobrego hotelu.
Nie podaję miejsc i nazw, bo wybór jest indywidualny i każdy może znaleźć coś dla siebie, zastartować GPSa i w drogę. Byliśmy na kampingach w Danii, Niemczech, we Francji, Belgii, Holandii, Włoszech, Luxemburgu, Austrii, Chorwacji. na Węgrzech i w Polsce. I, jak opisywałem wcześniej, w dawnej Czechosłowacji. Tam w Czechach była tylko elegancka recepcja i na tym koniec luksusu, a reszta nas przeraziła. Może po prostu źle trafiliśmy. Brud, bałagan, pijaństwo i samochody i motocykle, które jeździły między namiotami. Na tym kampingu wyjęliśmy wszystkie rzeczy z samochodu i przykryliśmy szczelnie plandeką, a sami spaliśmy dla bezpieczeństwa w samochodzie.
Najpiękniejsze są jednak kampingi we Włoszech. Wielki komfort i bezpieczeństwo. Kontrola przy każdym wjeździe, cisza nocna i występy artystyczne, restauracje i, w okolicach, atrakcje turystyczne. Na przykład Rzym, czy Wenecja. My staramy się nie przejeżdżać dziennie więcej niż 500km. Trzeba więc dokładnie planować, żeby ta podróż nie była męcząca i żeby mieć dużo czasu na zwiedzanie. Jak jedna z naszych ostatnich wypraw do Włoch.
Ze Sztokholmu jedziemy dwa dni do Trelleborga. Bierzemy nocny prom do Travemunde w Niemczech. Następnego dnia rano wyruszamy do Hamburga. To niespełna 200 km. Tam o godzinie 16 wjazd samochodem na platformę kolejową. To takie specjalne wagony do przewożenia samochodów. My w pociągu do Bolzano we Włoszech mamy przedział sypialny. Rano przez okno budzi nas słońce i przepiękne widoki włoskich Alp. Obsługa podaje śniadanie do przedziału. Wypoczęci i najedzeni zjeżdżamy z platformy pociągu o godzinie 10. I udajemy się na jeden z pierwszych kampingów. I pełne zaskoczenie. Dosłownie luksus. Mamy blisko do Verony, Milano, Genoa, Cinque Terre. Planujemy następny tydzień i pobyt w Portofino.
Czy to tani wypoczynek? Zdecydowanie: NIE. Sam prom ze Szwecji do Niemiec w dwie strony to koszt około 4000 SEK. Każda doba na lepszym kampingu to około 50 Euro. Koszt benzyny to około 6000 SEK. Pociąg z Hamburga do Bolzano to… 2000 euro w dwie strony. W jedna stronę nie sprzedają po raz pierwszy w tym roku. W cenę wchodzi samochód, przedział sypialny na 2 osoby i śniadanie. Czasami trzeba przenocować w hotelu.
Turystyka to duży wydatek. Czy warto? Absolutnie! Te wspomnienia, przygoda i niezapomniane widoki uwiecznione na setkach zdjęć. Każdy kamping, każdy rok, każdy kilometr inny. Tej formy wypoczynku nie zamieniłbym na inny.
Nasze plany wakacyjne zakłóciła pandemia i choroba mojej żony. Ale kiedy tylko stanie ona na nogi, przygoda znów się zacznie. Mamy zawsze plan awaryjny – biuro turystyczne.
Mam nadzieję, że moje opowiadanie przyda się wielu z Was. I opiszcie swe doświadczenia przesyłając pod adres –
mail: polonica@polonica.se
Życzę wszystkim turystom-kampingowiczom znakomitej pogody, pięknych widoków i, oczywiście, wiele radości z wyboru tej formy wakacji.
Marek Lewandowski





