Kiedy życie zmienia się w przeciągu paru sekund

2
art-7101289_1280

Tak, to prawda. Ktoś wygrywa fortunę w lotto i nagle zostaje milionerem. Ale taki przypadek zdaża się może jeden na dziesiątki milionów. Najczęściej życie zmienia się zupełnie inaczej… Mniej lub bardziej tragiczne. Jedno jest pewne – tych zmian nikt nie będzie zazdrościł.

Śmiało mogę powiedzieć: życie odwróci się ”do góry nogami”. Nagle wszystko stało się nieważne i idzie na drugi plan – marzenia, złość i gniew. W tym momencie jest ważne tylko jedno. Tak się stało – u mnie, w moim domu u najbliższej mi osoby.

Nigdy nie sądziłem, że kiedyś ta zmiana dotknie moją rodzinę. Zawsze działo się to gdzieś daleko, lub nawet bliżej, ale nigdy u mnie. Może dlatego, to właśnie uśpiło moją czujność. Ale należy też pamiętać, że nigdy nie mieliśmy po siedemdziesiąt lat.

Siedziałem przy barku w kuchni i pisałem jakieś wspomnienia. Widziałem, że moja żona oglądała telewizję i jednocześnie wpatrywała się w swe niezbędne urządzenie XXI wieku – w Iphone. Trwało to dość długo i nic nie wskazywało na to, że ta noc (i parę następnych) będą nieprzespane. Słyszałem jak w łazience myła zęby i przemknęła się za moimi plecami do sypialni. Pisanie szło mi dość dobrze, a czas płynął szybko. Nawet nie pamiętam dokładnie, która była godzina, dopóki nie usłyszałem przerażającego krzyku dobiegającego z sypialni – ”MAREK!!!”. Wykluczałem pożar, czy złodziei. Bardziej. w pierwszym ułamku sekundy, podejrzewałem jakiegoś nieproszonego gryzonia, lub wielkiego jak mop pająka, który przestraszył moją żonę. Wpadłem jak strzała do sypialni. I wierzcie mi, że prawie jej nie poznałem… A przecież, jeszcze przed godziną, była taka jak zawsze.

W momencie, kiedy zapaliłem światło, jej twarz była jak z kamienia, jakby zamrożony grymas bólu. Oczy półzamknięte i, chyba, chciała mi coś powiedzieć. Właściwie trudno nazwać to mówieniem. Coś bełkotała, czego dokładnie nie mogłem zrozumieć. Od chwili zapalenia światła w sypialni upłynęło właśnie te parę sekund, które odmieniło nasze życie. Mam nadzieję i wiarę, że tylko na krótki czas.

Intuicja i pewne wiadomości upewniły mnie, że nie ma na co czekać, że sam nie dam rady. Złapałem telefon naciskając trzy cyfry: 112. Uspokajający głos  dyżurnej zadającej podstawowe pytania o stan mojej żony, po czym szybko poinformowała mnie, że ambulans jest w pobliżu i będzie pod naszym domem za około 2 do 3 minuty. Wybiegłem z domu, żeby otworzyć furtkę wejściową i w tym momencie dosłownie wbiegł personel ambulansu z kilkoma walizkami zawierającymi niezbędne urządzenia ratujące życie.

Podłączono natychmiast kroplówkę. Widziałem jak przez mgłę jakąś ciecz, która powoli kapała w przezroczystym pojemniku. Sam nie wiem, dlaczego zapamiętałem właśnie ten szczegół. Może wydawało mi się, że to ratują jej życie. Podłączono również kabelki do EKG monitorując jednocześnie pracę serca. Ratownicy zadawali mi pytania, na co żona choruje, jakie bierze lekarstwa. Nie miałem zielonego pojęcia. Ona nigdy nie mówiła mi o swoich chorobach. Dużo później zacząłem się zastanawiać, dlaczego? Pogrzebałem w apteczce i znalazłem jakieś opakowania z jej nazwiskiem. To dało ratownikom nieco do myślenia. Objawy były jednoznaczne – STROKE (wylew krwi do mózgu).

amiętam jeszcze konsultację medyczną przez telefon ze specjalistami w szpitalu Huddinge i Karolinska w Solnej. Usłyszałem decyzję: Huddinge. Kiedy zamknęły się drzwi ambulansu, słyszałem pojękiwania z bólu, jaki dokuczał mojej żonie. Wiedziałem, że żyje, że ma znakomitą pomoc, że jakoś to będzie i damy radę.

Musiałem się jakoś pozbierać, ale nie miałem zbyt wiele czasu. Wiedziałem, że liczą się sekundy, ale też robiłem wszystko (nawet liczyłem do dziesięciu), żeby nie wpaść w panikę. Bo to zły doradca. Ambulans odjechał, a ja zdecydowałem się jechać własnym samochodem, bo może trzeba będzie coś przywieźć dla niej z domu. Może był to głupi i pochopny pomysł, ale w panice, która mi towarzyszyła, nie pozwalała w miarę logicznie myśleć. A przecież na tak krótkiej trasie z domu do szpitala, około 6 km, mogło się i mnie coś przytrafić. Przecież są taksówki, mogłem też jechać z żoną ambulansem. Ale… stało się. Decyzję już podjąłem.

W szpitalu jest wszystko co potrzeba – ubrania szpitalne, szczoteczka i pasta do zębów, a nawet szczotka do włosów. Będąc jeszcze w domu złapałem torbę podróżną i zastanawiałem się co muszę dla żony zapakować i jej zawieźć. Niezbędne rzeczy, ubrania, telefon, ładowarkę. Łapałem z jej szafy, bezmyślnie, co się dało. Wyjechałem z garażu i już nieco spokojniejszy, może na skutek chłodu i świeżego powietrza, zacząłem sam się pocieszać i uspokajać. „Marek, spokojnie, jedź ostrożnie, ona jest pod dobrą opieką, damy radę”. Miałem dość dobre doświadczenie z życia szpitalnego, chociaż minęło ponad 50 lat, od kiedy pracowałem na bloku operacyjnym i w ambulatorium w Szpitalu Bielańskim w Warszawie jako salowy. Dziwne uczucie. Bo właśnie ten obraz stanął mi przed oczami jadąc do szpitala. Wspomnienia te jakby mnie umacniały i dodawały siły, bo pytanie było dokuczliwe i bardzo aktualne – jak to dalej będzie?

Ta krótka podróż z domu do szpitala trwała zaledwie paręnaście minut. Wjechałem na szpitalny parking. Była chyba godzina druga w nocy. Musiałem wziąć się w garść. Żona nie mogła poznać po mnie, że się rozkleiłem. To by jej na pewno nie pomogło. Widzę znienawidzony przeze mnie automat parkingowy. Był to ten starszy model, ale nie mogłem przeczytać, z tych nerwów nawet jednej litery, do których niemalże potrzeba szkła powiększającego. Przechodziła obok jakaś pani i poprosiłem ją o pomoc. „Włóż kartę do czytnika i wpisz kod”. O, Boże drogi, jaki ja mam kod? Przecież używam go ponad 40 lat! Nagle zapomniałem. Niebywałe, że wstrząs psychiczny może dawać takie efekty. Na szczęście ten model parkomatu miał również czytnik dotykowy, i po tej prostej, ale w moim przypadku skomplikowanej sytuacji, mogłem udać się do recepcji AKUT w szpitalu.

„Proszę czekać, żona ma aktualnie przeprowadzaną tomografię. Upłynęła może następna godzina. Na łóżku szpitalnym, z podłączonymi rurkami, kabelkami i jakimś mrugającym monitorem, wyprowadzono moją żonę do poczekalni. W sposób bardzo ograniczony udało mi się nawiązać z nią kontakt i zamienić parę słow. Trochę kontaktowała, ale i tak cieszyłem się bardzo, że czuje i wie, że  jestem przy niej, przy jej łóżku.

Za plecami usłyszałem głos: ”Proszę poczekać na rozmowę z lekarzem”. To czekanie wydawało mi się wiekami. A może było to tylko parę minut. Czekałem  jak na wyrok i bałem się tej rozmowy strasznie. Dawałem sobie nadzieję, że może nie będzie aż tak źle. Faktem jest, że poczekalnia przy akut, ambulatorium  nie nastraja zbyt pozytywnie. Przecież przywożone są tam osoby z najróżniejszych wypadków.

Wszystko zaczęło mnie irytować. Zawołałem personel pomocniczy i poprosiłem  o pomoc – żona musi udać się do toalety. „A co, nie może iść sama?” – padło pytanie. Szlag mnie trafił, jak usłyszałem odpowiedź. Przecież ona jest podłączona do różnych urządzeń i nie chodzi. Opanowałem się. Przecież walczyłem o moją żonę, która była przykuta do łóżka rurkami i kabelkami. Skręcała się dosłownie z bólu czaszki i dodatkowo pęcherza. Kiedy krzyknąłem głośno ”pomocy” wręcz spacerowym tempem podeszły dwie znudzone salowe (undersköterskor), zakładały plastikowe fartuchy, gumowe rękawice i maski na twarz i, jakby z łaski, jej pomogły. To też utkwiło mi głęboko w pamięci. Później przyszedł lekarz i oznajmił, że w tej chwili można stwierdzić inflamację nerwu balansu. Przewieziono ją na oddział intensywnej opieki.

Wróciłem do domu około godziny 6 rano. Nawet nie myślałem o spaniu. Wysłałem wiadomość do naszych dzieci. Córka przejęła tę najważniejszą rolę koordynacyjną i kontaktową z lekarzami i z żony pracą. To prawdziwa profesjonalistka. Bardzo mi pomogła, zwłaszcza, że zauważyłem trudności językowe, jeśli chodzi o nazewnictwo medyczne. Nasza córka jest niezwykle opanowana i bardzo zaradna. Ważne, żeby nie dzwonili do lekarza wszyscy po kolei. Umówiła godzinę spotkania z lekarzem.

Dla każdego chorego jest bardzo ważne, kiedy czuje wsparcie najbliższych. Daje im to poczucie bezpieczeństwa i, na pewno, w dużym stopniu przyspiesza leczenie. Lekarze oznajmili, że po konsultacjach stwierdzili, że istnieją dwa zatory (propar) i muszą ją przewieźć do innego szpitala o większych kompetencjach. Był to szpital Karolinska. Wierzcie mi, że tak nowoczesnego szpitala nie widziałem nawet w telewizji. Przed drzwiami, gdzie położono moją żonę, całą dobę dyżurowały 2 osoby wpatrzone w zainstalowane monitory, na których pulsowały różne linie i punkty kontrolujące funkcje życiowe. Nawet nie pytałem się, co te kreski oznaczają, ale byłem pewien, że żona jest pod najlepszą opieką na świecie.

Wróciłem do domu autobusem i metrem. Było to dla mnie jakoś uspokajające i dające szanse na spokojne przemyślenia. Przyłapałem się na własnym, z przed parunastu lat narzekaniu, że płace zbyt duże podatki. Teraz już wiedziałem, na co one są przeznaczane. Poczułem, że warto było płacić.

Po paru dniach, podczas kolejnej wizyty, lekarze oznajmili, że starają się rozpuścić za pomocą kroplówek te dwa zatory. I prawdopodobnie operacja nie będzie potrzebna. Wyglądało na to, że powiodło się. Teraz opieka nad żoną spadła na naszą rodzinę. Musimy nauczyć się wszystkiego od nowa. Mam nadzieję, że tylko na najbliższe miesiące. A potem wszystko wróci – tak, jak dawniej.

Żonę przewieziono do bardzo przytulnego, niemalże rodzinnego, centrum rehabilitacji w podsztokholmskiej miejscowości Täby. Po tygodniu wróciła do domu. Wielka radość dla wszystkich. Przysłowie mówi, że ”wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Wypożyczono nam wszystko co niezbędne do rehabilitacji w domu.

Żona właśnie obchodziła swe urodziny i spotkała się całą naszą rodziną. Najważniejsze, oczywiście, wnuki, które położyły się w łóżku obok niej. Widać było po raz pierwszy od paru tygodni błysk radości w jej oczach, pomimo niesamowitego zmęczenia. Robi postępy każdego dnia. Uczy się chodzić od początku – krok po kroku. Na razie parę metrów z rulatorem. Dużo śpi. Wracają powoli funkcje nóg, rąk i wzroku. Mówi wyraźnie i pamięć wróciła również.

Jak będzie dalej, jak długo to potrwa – tego nikt nie może przewidzieć. Lekarze prorokują najlepsze. ”Da radę” – mówią, wszystko powróci do normy. Parę dni po powrocie do domu, odwiedziła ją trójka rehabilitantów i ustalili plan treningów i pomocy.

Te parę dni nauczyły nas tak wiele. Ta moja opowieść, to absolutnie nie jest medyczna instrukcja – raczej rutyna, której często brakuje w codziennym życiu, a specjalnie, gdy zdarzy się coś podobnego. A więc… informujmy się wzajemnie o chorobach, dolegliwościach i lekach, która na co dzień zażywamy. Nigdy nie wiadomo, kiedy personel ambulansu nas zapyta. To bardzo ważne już w pierwszych minutach tej ”tykającej bomby”, jaką może być zawał lub udar mózgu. Nie bójmy się odwiedzać lekarza. Wskazana jest kontrola u dorosłej osoby – to minimum raz w roku na kompleksowe badania, ciśnienia krwi, poziomu cukru, EKG  i osłuchania płuc. Jak się dowiedziałem z rozmów z lekarzami, większości udarów można byłoby uniknąć. Trzeba przestrzegać pewnych zasad, o których nigdy nie rozmawiamy i często nawet nie mamy ochoty rozmawiać, bo przecież „nas to nie dotyczy”. Ja i moja żona już dzisiaj wiemy, że niezbędna jest kontrola ciśnienia krwi. Możemy to robić sami od czasu do czasu i zapisywać w kalendarzu, ale pozwólmy lekarzowi zrobić to raz albo dwa w roku. Konsultujmy z lekarzem nadwagę. Nie jest to wcale takie łatwe zrzucić parę kilogramów. Nadwaga – wszyscy wiedzą do czego prowadzi. Na pewno do mniejszych, lub większych kłopotów zdrowotnych.

Pamiętajmy o zdrowej diecie. Niezbędnych porad udzieli nam lekarz rodzinny, który może nam dać skierowanie do specjalisty dietetyka. Każdemu przyda się aktywny wypoczynek, ale nie ten przed telewizorem. Nie trzeba koniecznie biegać i chodzić na siłownię. Szybki spacer, nawet pół godzinny, parę razy w tygodniu, znacznie poprawi nasze wyniki badań lekarskich. Lekarz sprawdzi nam poziom cukru – to bardzo istotny czynnik naszego zdrowia. Badania te nie wyeliminują udaru, ale mogą w znacznym stopniu ograniczyć pourazowe powikłania.

Nie przesadzajmy z alkoholem. Oczywiście, jest on dla ludzi, ale ostrożnie z nim. Papierosy to cicha i powolna śmierć. Też wszyscy o tym wiedzą, a jednak  trudno jest się uwolnić od tego nałogu. A szkoda – palenie rujnuje nasze zdrowie i jest to chyba najpoważniejsza przyczyna prowadząca do wylewu i zawału.

I najważniejsze, o czym nie można zapomnieć albo przemilczeć: to choroba cywilizacji – STRES. Niekiedy właśnie on towarzyszy nam od dłuższego czasu i powoduje spustoszenie w naszym organiźmie, pogarsza obieg krwi, buduje poziom tłuszczów i cukru, uszkadzając naczynia, często prowadząc do udaru mózgu. Zwróćmy szczególną uwagę podczas samodzielnego mierzenia ciśnienia krwi, specjalnie tego dolnego zwanego tętniczym, żeby nie przekraczało 90. Jeśli przekracza, kontaktujmy się jak najszybciej z lekarzem.

Mądrości tej nauczyłem się czytając wiele wskazówek i ulotek jak żyć zdrowo i zapobiegać – a nie leczyć, kiedy często jest już za późno. Czytałem je siedząc przy łóżku szpitalnym odwiedzając moją żonę. Przyrzekłem sobie – i to jest pewne – że nad tym będę poważnie się zastanawiał i będę starał się przestrzegać  tych mądrych rad. Chcę żyć zdrowo, na własnych nogach i jak najdłużej.

Teraz, wraz z żoną, staramy się, żeby powróciła ona do normalnego stanu zdrowia. Nie jest łatwo. Żona pokonała dzisiaj samodzielnie dziesięć kroków, co dało nam niesamowitą radość. Zmęczyło ją to bardzo i musiała się położyć.  Jutro może pokona jedenaście. Jest jednak wielka nadzieja, że będzie dobrze. Życzę wszystkim wiele zdrowia i, co najmniej, STU LAT ŻYCIA

Marek Lewandowski 

2 svar på ”Kiedy życie zmienia się w przeciągu paru sekund

  1. Dziękuje bardzo. Pisałem ten tekst z głębi serca z własnego doświadczenia, Jak reportaż .Szczerze tak jak to czułem i z pewnym strachem ,że takie przypadki sa nieprzewidywalne. Opisałem rownież pewne doświadczenia ,które mogą komuś pomóc.

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer