mysterious-4729869_1280

Jestem hermafrodytą, nomadem, cyganem, tranzytowym Polakiem, jestem emigrantem. Mogę się pojawić wszędzie i tylko dlatego, że moją tranzytowość znoszę lepiej tu niż gdziekolwiek indziej, zamieszkałem w Sztokholmie, w dzielnicy Huvudsta.

Przyzwyczaiłem się do tego kraju i miejsca, ale w nie nie wrosłem. Nie włączyłem się w ich krwiobieg, to nie moje stawy tym wszystkim poruszają. Nie ma naturalnej synchronizacji mojego rytmu z ich rytmem, a jednocześnie mój pra-rytm uległ zmianom.

Kiedy się ćwierć wieku temu tu pojawiłem, początkowo udawałem ich miny i gesty, zagrzewałem siebie do włączenia w ich sprawy, zmartwienia, kłopoty. Myślałem o nich troskliwie i starałem się nie krzywdzić nawet myślą, przecież dali mi kąt w swoim domu! Nauczyłem się nawet na pamięć ich hymnu narodowego, oraz okazywałem zainteresowanie sprawami. Niestety nic z tego nie wyszło i nie wiem kogo tu winić.

Pomimo, że minęło z górą dwadzieścia pięć lat jak u was antyszambruję, mili szwedzcy gospodarze, niczego was nie nauczyłem, a wy mnie tylko troszeczkę. Nie znaczy to naturalnie, iżbym gardził waszym życiem, broń panie boże! Przeciwnie, przyjmuję z należytym szacunkiem wasze niedosyty, waszą uporczywą wyższość, wasze chroniczne apatie i szaleństwa, ksenofobię i zarozumiałość. Z wyrozumieniem przyjmuję i życzliwością, ale mnie to nie dotyczy. Czasem chcę wam pomóc, ale wy mnie nie rozumiecie, lub nie chcecie zrozumieć, albo opacznie odbieracie moje zamiary.

Choć spotykamy się, pozdrawiamy, rozmawiamy parę razy dziennie na parkingach i w pracy, możemy to natychmiast bez żalu przerwać i przestać o sobie myśleć. Wiem, że gdybym was opuścił, z tą chwilą przestaniecie się zupełnie interesować moim losem, stanę się nie-osobą i robi mi to przykrość. Nie zabieram wam przecież ważnych posad, zaszczytów, orderów, w ogóle znaczenia, nie odbieram wam waszej dumy, wiary, nadziei, pozostawiam w spokoju wasze kochanki… Tu klatka stop!

Zaczynam popadać w przesadę, ale pociągnę jeszcze troszeczkę ten temat, a nawet wygłoszę deklarację: Otóż będę stawiał czoła, będę się dalej stawiał i notował impresje chociażby dlatego, że reakcje z klęsk i upadków są zawsze bardziej interesujące od  zwycięstw i sukcesów, a mnie bliżej do tych pierwszych.

Moja sytuacja w emigracyjnym świecie jest, mówiąc dyplomatycznie, delikatna. Egzystuję trochę z boku i czuję się z lekka ignorowany. Nie jestem zapraszany na salony, nikt nie pyta mnie o zdrowie, nikogo nie interesuje czy i co piszę, nikt nie pragnie wysłuchać mojego zdania. Słowem omijają mnie blaski emigracyjnego słoneczka.

Jakie są moje pragnienia? Czego pragnę i na co czekam? Dobrze, powiem. Chcę uznania i docenienia i to ma nastąpić szybko! Tylko za co? Czym się tak zasłużyłem? Czy nie sięgam po coś, co mi się nie należy? Pragnienia, pragnienia… Nie mały to ciężar i wielkie obciążenie dla duszy, podstawiać kark pod topór pragnień.

Co jest najważniejsze, co najwyższe w życiu? Rozum i wrażliwość? Wątpliwości i bezinteresowność? Ciekawość, wierność, bohaterstwo? Nic z tych rzeczy, najważniejsza jest dobroć. To oznaczałoby, że serce idzie przed rozumem? Moim zdaniem tak. Mówi się: Dobry z niego człowiek ale głupawy! A o innym: Mądry jest, ale niedobry! I niestety przewaga jest po stronie drugiego, ponieważ utarło się wyżej cenić rozum niż dobro. Lepiej być niesympatycznym mądralą, niż dobrym naiwniakiem!

Człowiek to skomplikowany aparat zbudowany z pragnień, do których nie dorósł. Czy być tak może, że otaczająca powierzchowność i banalność coś przed nami ukrywają? W tym rzecz! Wiele nie wiem i muszę się domyślać. Moja estońsko-polska babka Maria miała na to swoje nazewnictwo, mówiła: W tym jest „zakała zaryta”! Chcę powiedzieć, że najgorsze, co człowiek może wymyśleć, aby było mu źle, jest „zaryte” w stwardnieniach. Zaś najbrutalniejszym stwardnieniem jest stwardnienie serca.

Koniec końców nie jest ze mną tak źle, a może nawet sprawiedliwie jest. Nie ma powodów abym miał oczekiwać od życia samych pieszczot, a biadolę nad sobą najczęściej tylko wcześnie rano, gdy wstaję. Po marnie przespanej nocy wpatruję się w łazienkowe lustro i zaglądam tam, za plecy. Co widzę? O to idzie, że nic. Nic nie widzę, pusto, a miały być skrzydła! Cóż, takie widocznie moje przeznaczenie, że mam odwalić kitę w zapomnieniu. Rany boskie jak ja się nad sobą użalam!

Andrzej Szmilichowski

/Fragmenty książki mojego autorstwa ”Wyspy Polecone”, Wydawnictwo „Przedświt”, Warszawa, 2002 rok/

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer