Operacja by-pass albo good-by

0
rzewuski1-740x515

Budapeszt nocą – powietrze jest gorące, ciężkie, wilgotne, i może dlatego wspaniale zamrożoną koszerną wódkę ”Lvowskaja”, która mój przyjaciel mnie przywitał coraz bardziej odczuwam w gardle jak dławiący kawałek lodu.

Jakżesz czarna jest ta budapesztańska noc! Wielkie, ciężkie krople deszczu toczą się ulewa z ponurego, ciemnego nieba. Raduję się ze spotkania z moim przyjacielem! Jestem głęboko poruszony i wypełniony sentymentem myśląc o przyjaźni i życzliwości jakiej przez lata od niego doznawałem.

Ale nagle niewytłumaczalne trzęsienie ziemi wstrząsa moim sercem, ma radość zostaje zastąpiona niezrozumiałą dla mnie paniką i jednocześnie widzę w ułamku sekundy tam w górze, i w Budzie, w dole przy moście Elżbiety po drugiej stronie Dunaju, w Peszcie, oświetlone jasnoniebieskim światłem piorunu, dwie wysokie, chude postacie kobiece, omotane białą tkaninę, i rozumiem, że to Śmierć widzę, ponieważ one trzymają wspólnie sznur skakanki i wywijają nim w powietrzu; sznur lśniący jak najostrzejszy nóż, jak najniebezpieczniejszy promień lasera.

– Chcę żyć! Chcę żyć! krzyczę i z całych sił zaczynam skakać w górę i w dół przez żarzący się sznur, który raz za razem uderza przy mych nogach jak bicz. – Skacz, skacz, mój chłopcze, szepcze Śmierć – pogrążona w deszczu, Budapeszcie – w tę czarną noc. – Jeśli chcesz żyć – pokaż swoja chęć życia! Bez niej wegetujesz jak pomidor, czy trawa. Bez niej twoje życie jest bezsensowną masturbacją, samooszukiwaniem się i cierpieniem, od którego ja, Śmierć, mogę ciebie uwolnić! Więc skacz, skacz! Brawo! Skacz, skacz, skacz! Dzielny chłopiec!

Zatrzymujemy się na granicy austriacko – włoskiej. Piekny, miękko oświetlony krajobraz ostatnimi tego wieczoru różanymi promieniami słońca. Czuję się zmęczony podróżą, ale spokojny. Nagle powraca do mnie i ogarnia dziwny niepokój, równomiernie wypełnia mnie niewytłumaczalny lęk gdyż znów widzę owe dla mnie znajome już dwie pozbawione twarzy postacie kobiece, oświetlone różowo, ubrane w lekką, biała gazę, stojące na dwóch wierzchołkach gór – jedna po stronie austriackiej i druga po włoskiej, z tymi samymi świecącymi sznurami skakanek między sobą. Niewidzialna ręka ściska moja szyję i czuję, że jestem duszony. Jednocześnie jakiś straszny ciężar wypełnia moja klatkę piersiowa i utrudnia oddychanie, równie niewidzialna siła paraliżuje mnie w ciągu kilku sekund.

To coś co świeci niczym laserowy sznur zaczyna znów uderzać ziemię przede mną, z przerażającym, przenikliwym gwizdem. Skacz, szepcze Śmierć. – Nie! Tym razem nie będzie skoku! Moja chęć życia jest zbyt mocna, tylko że ciało jest słabe. Moim pragnieniem życia zwyciężę ciebie, O, Śmierci, przynajmniej na razie. Dziwko! Suko! Spieprzaj! Fack off! Jeszcze jedno Cinzano i uścisk wokół szyji słabnie, jak również skurcz w piersiach, i to wstrętne przerażające widziadło znika.

Moja żona patrzy mi w oczy i pyta co się stało. – Nie, nic, nic, odpowiadam.

Następnego dnia, w Wenecji, powietrze jest jeszcze cięższe i wilgotniejsze, niż po nocnej burzy w Budapeszcie. Tłok na placu Świętego Marka jest niewyobrażalny i wielkie stada gołębi latają wokół złoconych kopuł bazyliki w powietrzu rozedrganym od upału. Ale tym razem nie czuję już tego samego entuzjazmu dla Wenecji jak to było za pierwszym razem. bardzo dawno temu, kiedy po raz pierwszy odwiedziłem miasto i zakochałem się w nim. Teraz wydaje mi się ono być jak kiedyś piękna pociągająca kobieta, której szybkie starzenie się objawia się w małych zmianach urody, trudnych do zdefiniowania. Albo, może to ja zestarzałem się, moje doświadczenia życiowe spowodowały zmarszczki na moim kiedyś młodzieńczym i entuzjastycznym spojrzeniu na wszystko? A jednak – ta czarna, z graca wyrzeźbiona gondola, z eleganckim, czerwonym aksamitem kołysze się majestatycznie jak przedtem na falach i gondolierów zapraszający krzyk i śpiew ”O sole mio” brzmi całkowicie niezmieniony. – Jak sprzed lat?

Ale nawet jeśli Wenecja powoli podupada, to budzi mnie to miasto do ekstatycznych pochwał dla jego piękna, lekkości i fantazji, które Włochy osiągnęły w czasie Renesansu, w myśleniu twórczym i urzeczywistnienia takich myśli. W wodzie, którą rozcina na strony statek tworzą się fale z milionami świecących lusterek, które rzucają żywe refleksy na pompatyczne fasady, dekoracje ze złotem, purpura i ultramaryną zdobione, na fasady udekorowane mozaikami. Wszystkie kawiarnie i bary wypełnione są ludźmi, podobnie jak zaułki wokół placu Świętego Marca.

Wszystko byłoby dobrze w Wenecji gdybym nie widział za sobą, cicho śpieszące wśród ludzi, dwie wysokie, odziane w biały materiał kobiety. I cały świat; te złote kopuły, kolumny z ornamentami, mozaiki, wszystko zaczyna kołysać się i krążyć w mojej głowie. Siadam na schodach jakiejś kawiarni.

Na pytanie mojej żony: – Czy coś się stało? odpowiadam znów: – Nie. Ale to jest kłamstwo, gdyż widzę wyraźnie za arkadami dwie alabastrowo białe, tak mnie przerażające postacie. Na szczęście kelner w kawiarni zaczyna krzyczeć, że schody należą do kawiarni i nikt nie ma prawa tu siedzieć. Natężając ostatnie siły podnoszę się, chociaż wciąż kręci mi się w głowie.

Krótko później wsiadamy do samochodu i szybko zaczynam jechać w kierunku Padwy, Mediolanu, Genui i Ventimiglia przy granicy francuskiej uciec od nieprzyjemnego uczucia i przypomnienia o własnej kruchości, od przypomnienia o tym, że życie jest krótkim występem, mniej lub bardziej miłym tańcem, który może się skończyć w każdej sekundzie – kurtyna idzie w dół i wszystko co się kochało znika brutalnie i na zawsze. I największy smutek poczułem wobec lęku, że nagle mogę wypaść z systemu planetarnego, który był budowany pieczołowicie przeze mnie przez lata systemu planetarnego, zwanego rodziną i kręgiem prawdziwych przyjaciół, w którym nikomu nie wolno być słońcem z krążącymi wokół, podziwiającymi planetami, systemu gdzie uczucie jest sprawiedliwie rozdzielone.

Niedługo dojedziemy do Avignion i za moment maleńkie Roqemaure – cel naszej podróży. Napisy na szyldach drogowych robią się niewyraźne w wibrującym gorącu. Nawet w tylnym lusterku drżące od upału powietrze sprawia, że trudno zobaczyć, czy w samochodzie za mną nie podąża wciąż, aż tutaj, ubrana na biało śmierć…

Bonjour, ca va? – uściski i pocałunki i powitania z sąsiadami i przyjaciółmi. Zadowolony, choć zmęczony po podróży nagle, za dużym platanem, widzę coś białego. Równocześnie popołudniowe słońce tworzy długi ciemnoszary, stylizowany cień postaci kobiecej odzianej w suknię. I rozumiem w ułamku sekundy, że koszmar powrócił i jest znów przy mnie. Koncert cykad został przerwany i zastąpiony lodowata cisza. Przyjaciele, koty i psy zastygły w najróżniejszych pozycjach i nawet opadające liście nagle zastygły w powietrzu. Moje w przerażeniu bijące serce wciska się do gardła hamując oddech.

I teraz staje się dla mnie całkowicie jasne, że moje ciało, moja psychika, muszą stoczyć decydującą walkę. Walkę ze Śmiercią, która inaczej obrabuje mnie ze wszystkiego co mnie kocha i co ja kocham. Nieunikniona walkę, która pewnego razu nie zakończy się moim zwycięstwem – kiedy, tego nie wiem. Kiedyś z całą pewnością przegrana wałka, która zniszczy to ciało, do którego jestem tak przywiązany, moją duszę, jeśli ona istnieje – oddzieli od ciała, na niepewność, gdzie cała materia z która czuję się związany rozpadnie się, aby w tej właśnie formie dematerializacji dać większe, jak się sądzi, zadowolenie i gdzie tak niezrozumiała nieskończoność stanie się faktem oczywistym.

Cisza i moje rozmyślania przerywa dźwięk aparatu wentylacyjnego będącego w beznadziejnej walce, aby oziębić upał, prowansalskie czerwcowe powietrze. Plopp, plupp, plupp, kapie nad moją głowę z butli, która zawiera jakiś magiczny koktajl, co ma rozstrzygnąć moją walkę o życie.

Cały jestem podłączony do wielkiej ilości rurek i kabli. Jakiż jestem nowoczesny! ”Dyskotekowa skrzynka” świeci uwodzicielsko digitalnymi, wciąż zmieniającymi się cyframi, które każdemu znawcy podają chemiczna wartość mojego życia, pobieranie tlenu, itd., oraz oznacza znaczne koszty dla francuskiego państwa potrzebne, by uratować moją egzystencję, która dla mnie i właśnie najbardziej dla mnie jest tak ważna. Ale dlaczego?

Jakaś starsza siostra miłosierdzia lituje się nade mną i poklepuje mnie przyjaźnie po policzku, mówi ”voila”, podnosi moją lewą nogę i całuje ją po macierzyńsku… W szparze aluminiowej żaluzji w oknie widzę pinie i cyprysy wzdłuż tak mi znajomej drogi do Pont St Esprit, do pięknego łańcucha gór Ardeche, gdzie tylko barany i kozy mogą wyżywić się na nieurodzajnej kamienistej ziemi i gdzie produkuje się wspaniały owczy ser, jak również prowansalską czosnkową kiełbasę, obłożoną rozmarynem i tymiankiem.

Za szpitalnym szczelnie izolowanym oknem przesuwają się w nieskończoność samochody. Jakaż niesprawiedliwość! Ja też chciałem mieć wakacje! Jakiś kabel z aparatu kontrolnego EKG obluźnił się nagle i zielony ekran przede mną wypełnia się masą maleńkich zygzaków, które stawiają pod znakiem zapytania moje życie. Siostry wpadają. Kabel zostaje podłączony. Widzę piękne oczy mojej żony, smutne oczy. Widzę niespokojny wzrok mojej córki Isabell.

– Pip, pip, pip, brzęczy EKG znów swoim normalnym rytmem. Moja żona mnie głaszcze, cyfry maszyny do mierzenia pulsu skaczą w górę i krzywe EKG zmieniają się. – Haha, Śmierci! Ja żyję, ja reaguję, i TECHNIKA, czy rozumiesz, TECHNIKA, i tabletki, zastrzyki, blokady beta; cała broń laureatów nagrody Nobla została postawiona do walki z tobą, Śmierci. Co? Laureaci nagrody Nobla też są śmiertelni? – NIE, oni znajdują się po wieczne czasy na stronach encyklopedii.

Lech Rzewuski

ZAPAD, nr 2/1993

Lech Rzewuski (ur. w. 1941 w Zamościu, zm. w 2004 w Saltsjöbaden koło Sztokholmu) – polski malarz, poeta i publicysta działający w Szwecji. Autor licznych obrazów olejnych, grafik, rzeźb i innych prac. Uczestnik wielu wystaw, w tym kilkunastu indywidualnych. Jego prace znajdują się w zbiorach prywatnych, galeriach i muzeach w Europie i USA.

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer