Uszczęśliwianie na siłę

0
car-dashboard-2667434_1280

Czyli jak wyciągnąć pieniądze od klienta i zniewolić go do końca życia. I w dodatku nie możemy powiedzieć: NIE.

Chodzi o tak zwany HIGH TECH. Cóż to jest takiego? Jak podaje encyklopedia ”High Technology” to gałąź przemysłu wykorzystująca najnowsze osiągnięcia naukowe, techniczne i technologiczne, zarówno w procesie produkcyjnym jak i  w samym wytwarzanym produkcie. O tej magicznej technologii stosowanej w nowoczesnych samochodach, chciałbym dzisiaj podzielić się z wami.

Nigdy w życiu jeszcze nie kupiłem fabrycznie nowego samochodu, które chociaż mnie bardzo pociągają i rozpalają iskierkę pewnej zazdrości, że inni mają możliwość je kupić, to zawsze pozostawało to tylko w obszarze moich cichych marzeń. Wiadomo: nowy samochód to nie lada wydatek. Często cena sięga setek tysięcy koron. Wiele osób jest w stanie zapożyczyć się po uszy żeby spełnić swe wymarzone pragnienie.

Wraz z otwarciem drzwi samochodu w salonie, którego licznik pokazuje przebieg zaledwie paru kilometrów, uderza w nas ten fantastyczny zapach ”nówki”. Nad tym zapachem też pracują firmy produkujące przeróżne kosmetyki dla branży motoryzacyjnej. Nawet skórzane siedzenia dostają jeszcze bardziej skórzanego zapachu. Przy naszych zakusach zakupu, robimy następny krok i siadamy na miejscu kierowcy i… już czujemy, że jedziemy. Nie ma sensu pytać się sprzedawcy o awaryjność modelu, bo on nam i tak nie odpowie. Natomiast  szybko podsunie nam opis w co to autko jest wyposażone. I już jesteśmy w pułapce.

Magiczna lista High Tech sięgająca prawie 100 pozycji, z których większość z nas  nie pojmuje do czego one służą i czy w ogóle będą one nam kiedyś potrzebne. Nie, nie jestem staroświecki, który ”czepia się” i jest przeciwny nowoczesności. To nie prawda. Z najnowszą technologią miałem do czynienia w pracy ostatnie 20 lat. Ale to była moja praca i za uchybienia w jakości tej technologii płacił mój pracodawca, a nie ja.

Odważyłem się poruszyć ten temat bo dotyczy on mnie, mojego samochodu, a głównie portfela. Zdaję sobie sprawę, że względy bezpieczeństwa powinny być najwyższym priorytetem przy zakupie samochodu, i nie podlega to żadnej dyskusji. To musi też kosztować. Firmy muszą instalować takie urządzenia jak pasy bezpieczeństwa, poduszki bezpieczeństwa. Faktem jest, że wszyscy producenci włożyli w to wiele wysiłku innowacyjnego i niesamowite pieniądze, żeby wszystko działało skutecznie, prawidłowo i bezawaryjnie. Bo gdyby coś nie zadziałało podczas wypadku, groziłyby olbrzymie odszkodowania, a na to żaden producent samochodów nie może sobie pozwolić. Ale czy naprawdę są one aż tak bezawaryjne?

Następnym argumentem, którym sprzedawca samochodów chciałby zamydlić oczy kupca to np. elektryczny hak holowniczy. (Zastanawiam się po co? Ja mam nieelektryczny i sprawuje się znakomicie). Widziałem często na przeglądzie (bilprovning) jak kierowcy zmagają się z tym finezyjnym hakiem i tłumaczą technikowi, że nigdy go nie używają. A to pewnie powód, że nie zawsze chce działać. A według przepisów musi działać prawidłowo bez względu czy korzysta się z niego, czy nie. Jaki jest koszt takiej naprawy? Na szczęście nie muszę wiedzieć.

Następną zachętą jest centralny zamek. Fakt, że bardzo przydatny gdy działa. Tak samo jak elektryczne otwieranie bagażnika. W moim samochodzie nie działa od paru tygodni, ale bezproblemowo otworzyć go można starą wypróbowaną metodą. Od jakiegoś już czasu popularny jest system pomocy przy parkowaniu i sensor deszczu zamontowanym na przedniej szybie. Należy zareklamować również fantastyczny system otwierania i startowania samochodu bez kluczyka. Statystyki firm ubezpieczeniowych i policji potwierdzają, że właśnie takie modele samochodów (najczęściej z wyższej półki) są najczęściej kradzione przez  wykształconych, nowoczesnych złodziei.

Jeśli elektryczne szyby działają to na prawdę mamy powód do radości. Jednym naciśnięciem przycisku można je otworzyć albo zamknąć. Na liście nowoczesnego wyposażania samochodu nie zawsze działającego poprawnie jest centralny komputer. To małe pudełeczko z elektroniką wielkości paczki papierosów, które zbiera wszystkie sygnały z tych nowoczesnych wymysłów techniki. Cena wymiany tej części równa się niemal cenie sztabki złota (no, może trochę przesadziłem).

To było wprowadzenie do opisania przygód z moim żelaznym rumakiem, który jest tak kosztowny, jak najdroższy koń wyścigowy. Jak wspominałem, nie kupiłem nigdy fabrycznie nowego samochodu. Nie licząc Fiata 126p który kupiłem jeszcze w 1975 roku w Polsce, który, o dziwo, nigdy mnie nie zawiódł. Nawet w zimę stulecia, kiedy wracałem z Jeleniej Góry do Warszawy na letnich oponach, bo innych wtedy jeszcze nie było. W Szwecji, a mieszkam tu od 1980 roku, byłem szczęśliwym posiadaczem chyba 25 różnych aut i – wierzcie mi -nigdy nie miałem z nimi najmniejszego problemu. Coroczny przegląd w warsztacie nie rujnował mojej ekonomii. Faktem jest, że kupowaliśmy zawsze 3-4-letnie samochody, których gwarancja się skończyła, ale często miały mały przebieg, a wszystkie tak zwane ”dziecięce choroby” zostały już naprawione  przez poprzedniego właściciela jeszcze na gwarancji.

Wykonywaliśmy tymi samochodami niesamowite podróże podczas urlopów. W 30 dni dookoła Europy. Jeździliśmy z małymi dziećmi, zwiedzaliśmy różne zakątki i miejscowości turystyczne. Zawsze na taką podróż ekstra ubezpieczaliśmy samochód: ”w razie czego”, ale nigdy nie obawialiśmy się, że coć się zepsuje. W razie drobnych awarii można było dać sobie radę lub kontynuować jazdę. Aż przyszedł rok, kiedy kupiliśmy właśnie ten High Tech model. Był 3-letni z 50.000 km na liczniku. Piękne Volvo V70 zawsze miało roczny serwis w firmowym warsztacie Volvo. Miało wszystkie bajeczne udogodnienia. Fantastycznie pachniało jeszcze nowością. Cieszyłem się każdym nowym pstryczkiem, który odkryłem. Ale za te pieniądze, które zapłaciliśmy za używany samochód (prawie 200.000 koron) radość powinna trwać nieco dłużej…

Nagle zgasło radio, zaczęły migać wszystkie kontrolki, zaczął piszczeć sygnał ostrzegawczy niezapiętych pasów. Po paru minutach wszystko wróciło do normy. Odetchnąłem z ulgą, ale nie na długo. Ten sam problem zaczął występować raz w miesiącu, potem jakby zadomowił się w moim samochodzie i pojawiał się coraz częściej, nawet parę razy dziennie. Byłem bezsilny. Oddałem samochód na diagnostykę do Billia (to autoryzowany warsztat Volvo). Koszt   potwierdzenia, że jest jakiś błąd wyniósł 1800 SEK. Karta elektroniczna ICM do wymiany: kolejne 2600 SEK; wymiana karty: 5200 SEK; oprogramowanie karty 1300 SEK i, żeby mnie dobić, doszedł do tego Moms. Razem zamknęło się na 10000 SEK.

Zastrzeżenie miałem do pozycji ”wymiana karty”. Sam ją wyjmowałem parę razy żeby zobaczyć, czy jakiś kabelek się nie obluzował. Trwało to 15 minut, skąd więc suma 5200? Nie było co dyskutować, musiałem zapłacić.

Koszmar posiadania High Tech w moim samochodzie mnie nie opuszczał. Pojechaliśmy do Wenecji. Po wyjściu z hotelu ujechałem może 10 km, na autostradzie pewnie nacisnąłem pedał gazu i widzę na liczniku 140 km/godz. Nagle wszystko gaśnie. Radio, światła, silnik. Nie mogę swobodnie kręcić kierownicą, ani hamować, bo wspomaganie też nie działa. Hamulca ręcznego też nie mogłem użyć, bo to elektryczny i podczas jazdy nie da się uruchomić. Udało mi się wyhamować biegami. Nie obyło się bez pomocy drogowej, ośmiu dni nieplanowanego przedłużonego urlopu (za które zapłaciło moje ubezpieczenie), ale za naprawę musiałem zapłacić sam – 1400 Euro. Okazało się, że malutkie kółko wielkości talerzyka do kawy, było modernizowane i ulepszane przez konstruktorów i rozleciało się na 3 części. Gdyby jego konstrukcja była jak dotychczas (a nie high tech) działałoby do dnia dzisiejszego.

Za namową włoskiego warsztatu Volvo, po powrocie do Szwecji, zgłosiłem całe zdarzenie do komisji wypadków w Göteborgu. Pan który przyjął sprawę, zdjęcia i rachunki z tego uszkodzenia, powiedział: Oj ojoj. Nigdy o czymś takim nie słyszałem. Jednocześnie w warsztatach Forda słyszeli o takich wypadkach codziennie i obowiązkowo wymieniają te problematyczne, awaryjne kółka wraz z paskiem.

Opisałem to na Facebook, szybko odezwało się Volvo Poland z prośbą o zlikwidowanie mojego wpisu i korespondowania przez e-mail. Do dnia dzisiejszego nie otrzymałem żadnego wyjaśnienia, a upłynęło już 5 lat.

Samochód corocznie oddaję na serwis do Volvo i uważam, że takie usterki można przewidzieć i w porę ich uniknąć. Wspomniałem wcześniej o funkcji centralnego zamka. Ja cieszyłem się z tego udogodnienia tylko do czasu. Po naciśnięciu pilota wszystkie drzwi się otwierały… oprócz jednych. Akurat te, gdzie zawsze siedzi wnuczka. Żeby ją wydostać musiałem silnie uderzyć pięścią w klamkę albo otworzyć od środka, co wymagało pewnej gimnastyki. Naprawa wraz z wymianą w Volvo: 7000 SEK. Ten sam błąd wystąpił jeszcze w dwóch następnych drzwiach. Tym razem oddałem samochód do naprawy w  Mekonomen za… 5000 SEK za sztukę.

Gdy już wszystko zostało naprawione dały mi się we znaki czujniki parkowania. W Volvo zażyczyli sobie 850 SEK za czujnik plus robocizna: to minimum 2500. Jeździłem z zepsutym prawie rok. Ponieważ zawsze przy ruszaniu ukazywał się denerwujący alarm, kupiłem u Chińczyka przez portal AliBaba 8 sztuk, za 200 SEK. I znowu wszystko przez pewien czas działało, aż…

Chciałem wyjechać z garażu, motor działał, naciskam gaz, a samochód stoi w miejscu. Błędu nie trzeba było długo szukać, bo na ekranie wyświetlił się jasny tekst i błyskająca czerwona lampka: ”hamulec ręczny wymaga serwisu”. Ale jak tu jechać na serwis, gdy nie da się wyjechać z garażu? Laweta też nie ma szans podjechać. Na szczęście  mam sprawny, bezawaryjny i bez żadnej elektroniki rower, wskoczyłem na niego i jak strzała udałem się znów do niezbyt lubianej przeze mnie stacji obsługi Volvo. Obsługa szybko przysłała mi wyspecjalizowanego konsultanta, który dał mi dokładną instrukcje jak te hamulce poskromić i odblokować. Gdy będę miał odrobine szczęścia, to się uda. Zapytałem się o koszt ewentualnej naprawy – około 13.000 koron. Mogą to być silniczki w hamulcu ręcznym, a może sterowanie elektroniczne, albo jedno i drugie. W garażu odkręciłem tylne koła, odłączyłem silniczki i dało się wyjechać. Mogłem już jechać o własnych siłach, ale hamulca ręcznego w dalszym ciągu nie miałem. Podczas nieprzespanej nocy włączyłem internet i opisywałem wszędzie mój problem. Szybko dostałem namiar do magika w Huddinge, który podobno potrafi wszystko wyczarować w samochodzie. Pojechalem do niego na drugi dzień. Podłączył komputer i stwierdził, że to znowu cudowne urządzenie sterujące nazywane High Tech, które się zepsuło. Czarodziej nawet nie chciał pieniędzy za ten seans. Polecił mi, żebym kupił takie pudełeczko na złomowisku, ale koniecznie z takimi samymi numerami. W Volvo chcieli za nie 4000. Ja kupiłem przez Tradera za 900 koron.

Dzisiaj otwierając garaż, aż boję się myśleć, co nowego się przytrafi i za ile.

Marek Lewandowski

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer