FENOMEN WIOSKI KRAKÓW (1): Wielkie małe miasto

0
krakow9

To, co decyduje o jego historycznej randze, w dużej części dotyczy ”wioski” Kraków, niewielkiego terenu w obrębie Starego Miasta. Wszędzie blisko, dowolny adres jest do osiągnięcia na odległość spaceru. Łatwo potrącić a i zapoznać człowieka z tej czy innej ”bajki”, przemykającego właśnie wąskimi uliczkami. Jak mawiał Tomasz Holuj, malarz i artysta wizualny, współtwórca grupy Ossjan: Kotły, w których kotłowała się sztuka, były blisko siebie. Malarz z muzykiem jazzowym, rzeźbiarzem, proszę bardzo, mogli z łatwością o siebie zahaczyć, przyglądnąć się sobie, sprawdzić, co robią*.

W Krakowie ludzie nie stronią od siebie, ich szlaki mogą bez trudu się skrzyżować, więzy mocnej zawęźlić, choć przekonania i postawy mogą pozostać różne. Taka to wioska, niezwyczajna zaiste, trudno o analogie z innymi dużymi miastami polskimi.

Mój przyjaciel Tadzio Bilecki, mając na uwadze zajęcia na Akademii Sztuk Pięknych mawiał: „Popatrz, wszystko na wyciągniecie ręki. Wszędzie można dojść pieszo. Ta koncentracja wszystkiego w centrum była szalenie wygodna, gdyż zajęcia mieliśmy w kilku rożnych uczelniach. Chemia, Fizyka na UJ-ocie, Petrografia na Politechnice, Fotografia (prof. Wajda) na Piłsudskiego, malarstwo na ASP i konserwacja na ulicy Smoleńsk. Tylko pieszo. Jedynie ulica Sowia była zbyt odległa. Dojazd tramwajem. Właściwie jedynie po to, aby się tam przespać”.

W Krakowie nie ceni się idei wykluczania Innego, jako zwornika własnej tożsamości. Nawet jeśli łatwość ”dostępu” czasem pozorna, a kręgi wewnętrzne w społeczności miasta w ten czy inny sposób uprzywilejowane, to fakt, że ludzie i sprawy krzyżują się, oznacza, że jest dobrze. Twórcze eskapady, wspólne występy, happeningi. Za węgłem coś się wydarzy nowego…spotka się kogoś intrygującego, może naprowadzi na nowe myśli, ku nowym ideom, wykwitom wyobraźni … Ferment twórczy warunkiem dzieł znakomitych, tylko nielicznych stać na tworzenie rzeczy wielkich w samotni. Owszem, Staro Miasto to nie cały Kraków. Kleparz, Kazimierz, Podgórze, Wola Justowska, wiele innych miejsc, też czynią Kraków miastem żywym i atrakcyjnym. Ale to w obrębie byłych murów działo się i dzieje najwięcej.

Uwielbiam przechadzki wzdłuż i wszerz słynnej „wioski” otoczonej plantami. Kluczę uliczkami. Najchętniej metodą ”uporządkowanego błądzenia”. Sprawdza się ona we wszystkich historycznych miastach, zwłaszcza tych, których ślady po średniowiecznym uformowaniu wciąż mogą mylić niezaprawionego w miejskich szaradach, przechodnia. Po latach szwendania się po Starym Mieście, trudno zabłądzić w którejś z deptanych wielokrotnie uliczek, pozostaje jedynie błądzenie w myślach, szlifując bruk. I to jest dobre. I tam się tego chce.

Grupy wycieczkowiczów trzymają się Drogi Królewskiej, jakże inaczej. Do roku 1734 służyła uroczystym wjazdom monarchów, przemarszom koronacyjnym i pogrzebowym procesjom. Ustawiają się przy Bramie Floriańskiej, obok Barbakanu, idą ulicą Floriańską. Ja za nimi. Szybko zbaczam. Lubię zaglądnąć do pobliskiej Jamy Michalikowej. Roi mi się w głowie, że w salach cukierni wciąż pomieszkuje duch tamtej, młodopolskiej epoki. Grube kotary, mroczne wnętrza, moc obrazów, rysunków i karykatur na ścianach, niektóre jako zapłata za uciechy stołu, fotele i wnęki pozwalające zagłębić się w prywatności choć przestrzeń i dla większego gremium przyjazna. Nie wystąpi dziś ”Zielony Balonik”, musi wystarczyć automatyczne pianino ustawione w rogu. Na żywą muzykę można do jazz clubu ” U Muniaka”, nieopodal, nieco bliżej Rynku Głównego Wejście na Rynek Główny. Wrażenie potężne. Niczym wejście na Staroměstské náměstí w Pradze czy na Piazza de Campo w Sienie. Przede mną słynne budowle, sygnatury miasta: Kościół Mariacki z nierównymi wieżami i Sukiennice, zachwycające architekturą po renowacji, choć to tylko wiekowa hala targowa, przebudowana według projektu Tomasza Prylińskiego. Sukiennice wypiękniały przy okazji porządkowania Rynku w latach 90-tych XIX wieku. Porządkowanie Rynku oznaczało liczne wyburzenia. Poznikały kramy, ławy, jatki i budy, inne karłowate obiekty. Pozostało plateau o rozmiarach 200m x 200m z Sukiennicami dzielącymi rynek na dwie części.

Po Rynku nie suną już konne tramwaje, zniknął handel, zostały tylko kwiaciarki. Pojawiły się dorożki, którymi ”zaczarowane dorożkinie” wożą przyjezdnych, zamieniając historyczny plac w turystyczną wydmuszkę. Może i przemknie tędy jeszcze Artysta, spotka innego Artystę, pójdą razem na szklaneczkę czegoś miłego w pobliżu. Może, w co wątpię, profesorstwo spotka drugie profesorstwo, przestrzegając etykiety ukłonów powitalnych, jako to drzewiej bywało. Przejdzie tędy słynny kompozytor, znakomita poetka, znany pisarz, wyborny aktor, mistrz kina? A może chociaż malarz wychudzony zarzuci na ramię poły peleryny, chroniąc się od chłodu. Może przemkną tędy duchy Piwnicy, Paonu, tych od Literatów, Dziennikarzy ale i tych katolickich, od Znaku… Są tutaj, tylko nie każdemu się ujawnią. Pan Piotr ruszy na czyichś plecach, każąc zawieźć się na Grodzką, albo do siebie, przy Placu na Groblach. Chyba jednak nie. Pan Piotr, jak zamurowany, siedzi przed kawiarnią Vis a Vis, przy Rynku, z świeżym kwiatkiem w butonierce.

Nogi same niosą. Wpadam na chwilę na Mały Rynek, w zapleczu Rynku Głównego. Dawniej był to Rynek Rzeźnicki, miejsce jatek, współcześnie, przez długi czas służył za parking. Dopiero od rocznicy 750-lecia Krakowa, odrestaurowany, z latarniami, ławkami, fontanną i z koncertami na powietrzu. Lubię to miejsce.

Droga Królewska przecina Rynek Główny, wkracza na ulicę Grodzką. Mijam Pałac Wielopolskich, zbaczam na chwilę z trasy, wchodzę do Bazyliki Świętego Franciszka z Asyżu, żeby choć przez chwilę spojrzeć na słynny witraż Wyspiańskiego:” Bóg Ojciec”. Niezmienny rytuał. Idę dalej, spoglądam chwilę na okno papieskie, mijam Kościół św. Piotra i Pawła, z ustanowionym w 2007 roku Panteonem Narodowym, wchodzę do ulubionego romańskiego Kościoła św. Andrzeja. Moje miejsce na chwilę skupienia.

Skręcam w ulicę Kanoniczą, najstarszą ulicę Krakowa, pachnącą jeszcze świeżą farbą odrestaurowanych renesansowych i barokowych kamienic, z których część to pałace biskupie, i domy kapitulne. U wylotu ulicy ulokowano Papieski Uniwersytet im. Jana Pawła II. Kanonicza przybliża mnie do Wawelu, Droga Królewska wkracza na wzgórze zamkowe. Trudno w krótkich słowach opisać los tego miejsca, palonego i odbudowanego, będącego koszarami, siedliskiem okupantów a i siedziba królów. Pod katedrą groby królów i osób zasłużonych. Kaplica Zygmuntowska uważana za największą perłę renesansu na północ od Alp, (złośliwe w zamiarze to stwierdzenie, czy nie?), w Wieży Zygmuntowskiej słynny dzwon.

Powrót Bracką, Gołębią, ku Wiślnej. To tu mieściły się redakcje ”Tygodnika Powszechnego” i miesięcznika „Znak”. Idę Wiślną, po chwili ponownie jestem przy Rynku Głównym, u wrót Pałacu pod Baranami. Idąc Gołębią po chwili jestem na Jagiellońskiej. Rzut beretem, i to zwykłym, żakowskim, i jestem przy Collegium Maius i innych budynkach Uniwersytetu Jagiellońskiego. Idąc Jagiellońską, lub rzucając ponownie beretem, choć tym razem baskijskim, bo odcinek nieco dłuższy, znajdę się przy Teatrze Starym i Placu Szczepańskim.

Zrobiłem kółko w wersji il classico, zbliżam się ku Barbakanowi i Bramie Floriańskiej. Wrócę Sławkowską, nie Floriańską. Przy wylocie do Rynku, słynne miejsca: Hotel Saski, nieopodal Grand Hotel, Kamienica pod Jeleniem. Tu grywali: Brahms, Liszt, Paderewski. Trawersując uliczkę Świętego Tomasza, ulicą Świętego Jana podchodzę pod Pałac Czartoryskich. I po chwili jestem ponownie przy Bramie Floriańskiej.
Blisko wszędzie, co to będzie, co to będzie.

Moja trasa terapeutyczna. Lata 70–te. Wsiadam do pociągu w Katowicach, zwykle porą ciemną, zimową, kiedy w Mieście Czarnym nie dało się już wytrzymać. Po niemal trzech godzinach podróży wchodzę w miasto. Mijam imponującą bryłę Teatru im. Słowackiego, dając się prowadzić lichym światłom ulicznym, idę Szpitalną ku Małemu Rynkowi. Wkraczam na Rynek Główny od Placu Mariackiego (tak właśnie lubię), następnie Szewską, Jagiellońską, ku Placowi Szczepańskiemu. Głębsze oddechy i dalej w drogę ciemnymi uliczkami, fragmentem plant z dziwnymi typami zalegającymi ławki. I w stronę dworca. Po drodze zaniedbane podwórka, egzotyczne oficyny z drewnianymi gankami… Po paru godzinach wałęsania w zimnie (a nie było „Żabek” i nie sprzedawano nigdzie „małpek”), bez zaglądania do wnętrz dostojnych, wracam późnym wieczorem źle ogrzewanym pociągiem na swoje śmiecie. Naergetyzowany wieloma ”plusami dodatnimi”.

Od ponad pół wieku zaglądam do Krakowa. Spektakle, koncerty, wystawy, wernisaże. Owe kryzysowe samotne przechadzki wbiły się w pamięć najmocniej, stały się swoistym decorum mojego osobistego Krakowa.
Kunszt wioski. Ba, ale jakiej wioski.

Zygmunt Barczyk

* Z wywiadu opublikowanego na podkaście Polityka.pl z 12 maja 2023
Foto:  © CC0 Public Domain

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer