wind-sock-1696481_1280

Mam w bliskości dwa przypadki osób, gdzie może zastanawiać ich psychiczne zdrowie, a jednocześnie nie ma najmniejszej wątpliwości, że są inteligentnymi i wrażliwymi ludźmi. Uważam – trochę uogólniając i to nie teza, nie odważyłbym się – że często są to osoby specjalne, trudne i cierpiące z powodu swej (nierzadko wydumanej) odmienności, ale bez wątpienia wartościowe.

Mówi się o nich potocznie „psychopata”, co skutkuje negatywnymi konotacjami, ale mieści w sobie wiele niuansów. Ileż to razy nazywamy kogoś za coś psychopatą, nie odbierając mu przywileju bycia w innym obszarze życia człowiekiem jak najbardziej „normalnym”, bowiem są oni częstokroć twardzi, silni i pozbawieni wątpliwości, sprawni, efektywni w działaniu i z reguły inteligentni.

To, co uważamy za normalność, jest potoczną sprawnością działania i rutynowym tradycyjnym myśleniem. Jest również umiejętnością szybkiego i bezkonfliktowego przystosowania się. Innymi słowy mówiąc, chodzi o przeciętność. Dalsze charakterystyczne cechy to narzucona samemu lub przez grupę „sztywność struktury”, co rozumiem jako opór przed „nowym”, a zatem najczęściej przed rozwojem.

Przeciwnie reaguje ów wykpiwany „psychopata”. Bowiem jest człowiekiem przeżywającym męki napięć i wewnętrznych konfliktów, depresje i lęki, którego męczą niepokoje i pragnienie zaspokojenia głodu uczuć i który buduje swoje wewnętrzne środowisko często w oparciu o talent, co czyni go silniejszym i bardziej kreatywnym wewnątrz siebie, ale nie na zewnątrz, w środowisku w którym przyszło mu żyć. Talent żywi się nierzadko cierpieniem, lękami i obawami wyrosłymi na obsesjach. Niestety rzeczywistość – trudna i wielopoziomowa rzeczywistość – jest dziś bardziej niż jeszcze niedawno skomplikowana, a będzie jeszcze bardziej. To nie jest dla dusz wrażliwych i psychopatycznych dobra prognoza, ale cóż, nie ma innej drogi do siebie, jak poprzez trud samowychowawczy. Tylko tak zdobywa się osobowość.

Ale dość tego przyciężkiego dłubania w głowie! Przypomniał mi się dziś na spacerze Kazimierz nad Wisłą. Byłem tam parokrotnie w latach młodej dorosłości i z kuzynką Ewą również parę lat temu. Jakże inny jest, niż ten z lat młodzieńczych! Kazimierz nad Wisłą, miasteczko imiennik króla. Miejsce wówczas pełne żebraków i żebraczek, żydowskich tragarzy i handlarzy, miasteczko wynędzniałych żydowskich matek, opowiadających dzieciom baśnie o polskim królu i jego miłości do ślicznej córki żydowskiego kupca Estery, co miał swój interes na rynku. Kazimierzu, ni miastem jesteś, ni kurortem, może letniskiem, ale z pewnością kolebką romantycznych sentymentów i westchnień. Chrystusem Nazareńskim jesteś, Królem Żydowskim!

Wierzę w genius loci. Lubię dzień, gdy przyjeżdżam do Gdyni, a im jestem starszy, tym lubię ten dzień bardziej. W miarę przesuwania się lat, wiedza o naszych domach, ulicach, miastach, w których żyjemy, poszerza się o wiedzę faktów i wiedzę historyczną. Jednocześnie zacieśniają się związki i stają namacalne, nieomal fizyczne. Domy przestają być tylko miejscami do mieszkania, a stają czymś, co darzymy uczuciem. Powstają zachwyty i emocje, powstaje miłość. I ja to mam do „mojej” Gdyni.

Andrzej Szmilichowski

 

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer