Malowane dzieci
Budzi się we mnie smutna – refleksja: jak zafałszowana i zmitologizowana historia, może tak dominować ludzkie umysły i pamięć.
Oto przykład. W krakowskim Muzeum Narodowym trwa właśnie wystawa grafik Goi, będąca częścią większego cyklu „Okropności wojny”. Wstrząsające rysunki wielkiego Goi. Egzekucje, mordy, gwałty, wisielcy, okaleczone ciała. Okropność.
Tą samą wojnę, walkę narodu hiszpańskiego z agresją wojsk najeźdźczych cesarza Francuzów Napoleona Bonaparte (notabene był Włochem), prowadzoną między innymi przy pomocy polskich wojsk najemnych, oglądamy na obrazach Michałowskiego lub Kossaka. I co widzimy? Sielankę nieomal widzi-my, zwycięską szarżę księcia Józefa „Pepi” Poniatowskiego pod Samosierrą, na przykład.
Amaranty zapięte pod szyją, O boże mój! Tak to było pod Samosierrą! A niewiele lat później: „Jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie!” i „Ułani, ułani, malowane dzieci, niejedna panienka, za wami poleci! Niejedna panienka i niejedna wdowa, za wami ułani, polecieć gotowa!”.
Defilady, orkiestry, zachwyty, ordery. Ach jak oni pięknie maszerują! A niedługo później łzy i fotografia dzielnego wojaka na komodzie.
Chyba żaden naród nie jest tak rozkochany w swojej martyrologii jak my. Żadna inna nacja z takim pietyzmem nie obchodzi rocznic własnych klęsk, równocześnie z obojętnością podchodząc do martyrologii innych. A na dodatek jeszcze ten wieczny, tak irracjonalny że idiotyczny, obejmujący bez mała wszystkie cywilizowane /!/ kraje, świetnie znany od stuleci w Polsce (i odbijający się aktualnie Szwedom czkawką w Malmö) antysemityzm, który dziś Izraelczycy odreagowują na swój sposób na Palestyńczykach. Nie ma co, cywilizowani jesteśmy na tej Ziemi wszyscy tak, że mucha nie siada!
Pisał w XVI wieku Andrzej Frycz Modrzewski: „Takie będą Rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie”.
(asz)
