Boska Pola (1)
Apolita czy Polcia – jak zwali ją bliscy i przyjaciele – nosiła w rzeczywistości prozaiczne imię i nazwisko: Apolonia Chałupiec. Pseudonim artystyczny, pod jakim stała się głośna, stanowił podobno dowód jej uwielbienia dla włoskiej poetki Ady Negri. Zresztą cudzoziemskość zawsze była w modzie.
Jej uśmiech czaruje wdziękiem stanowiącym niemal kwintesencję kobiecości, to znów przeszywa wyrazem lekceważenia i wzgardy. Jej oczy – przepastne głębokie oczy – to prawdziwe „zwierciadło duszy”… – sławił artystkę Leopold Brodziński, jej sekretarz osobisty, przysięgły biograf i apologeta, na łamach „Przeglądu Teatralnego i Filmowego”. Boska Pola była bowiem ładną młodą kobietą, utalentowaną, wielką kapryśnicą a równocześnie miała swą piękną głowę nie od parady, zdatną do interesów. Atoli na szefa reklamy idealnie nadawał się właśnie Brodziński: aktor, literat, redaktor, człowiek z polotem i fantazją.
Pierwej jednak więcej o samej Poli. Urodziła się w południe dnia 3 stycznia 1897 roku w Lipnie, na Ziemi Dobrzyńskiej, za kordonem w niegdysiejszym zaborze rosyjskim, aczkolwiek potem nawet dzień, nie mówiąc o roku, stale zmieniała – tak to bywa z kobietami, które chcą się odmłodzić. Wprowadziła galimatias w swym życiorysie i dlatego jej biografowie podawali później różne lata i miasta, z Bydgoszczą jako miejscem urodzin włącznie. Jednak akta nie zaginęły i po latach warszawska dziennikarka Wiesława Czapińska odnalazła – jak twierdziła – oryginalną metrykę przechowywaną w urzędzie stanu cywilnego w Lipnie. Natomiast na kamieniu nagrobnym w Kalifornii, gdzie zmarła w 1987 roku dożywszy sędziwego wieku, widnieje fałszywa data 1899.
Pierwszy wywiad w „Dzienniku Bydgoskim” z Polą Negri – hr. Dąmbską ukazał się w październiku 1920 roku. Aktorka wyszła bowiem rok wcześniej, po raz pierwszy, za mąż za Eugeniusza Dąmbskiego, herbu Godziemba, poznanego przypadkiem komendanta policji w 1919 roku podczas odprawy celnej w Sosnowcu i tak dorobiła się tytułu hrabiowskiego.
Przedstawiciela redakcji – jak czytamy – przyjęła w swych apartamentach w towarzystwie Lecha Orwicza (nb. autora tego wywiadu, posługującego się tu swym kolejnym pseudonimem Józef Wolski, piszącego o sobie samym i rozmówczyni), pochwaliła p. Wandę Siemaszkową, jako ambitnego dyrektora bydgoskiego Teatru Miejskiego oraz chwaliła się własnymi sukcesami. ”Madame Dubarry” w 1919 r. i ”Sumurun” reż. Ernsta Lubitscha w 1920 r. Jej gaża – jak opowiadała – wznosi cztery i pół miliona marek niemieckich rocznie i szykuje się właśnie kontrakt we Włoszech. Zostawiam tu [w Bydgoszczy] – matkę oraz Leszka Orwicza, który prowadzi moje interesy administracyjno-majątkowe.
I pełna energii, dla której Wolski wyraził podziw, oświadczyła: – Cóż jest wart człowiek bez wiary i ideałów? Jestem prawą córką Kościoła katolickiego i przekonań nigdy nie zmienię. Słowa te artystka mówiła z mocą, w oczach jej ujrzałem coś, jakby dwie błyskawice, a cała jej dumna postać wskazywała na to, że miałem przed sobą kobietę geniusza. Widziałem w niej temperament węgierski, połączony z gestem wielkopańskim polskiej arystokratki.
Apolonia Chałupiec jakoś zapomniała, że jej tatuś (a zapewne autor tego nie wiedział) był wędrownym kotlarzem ze Słowacji, półkrwi Cyganem, zaś tytuł hrabiowski zawdzięczała jedynie urodzie i miłości „od pierwszego wejrzenia”.
Boska Pola zawitała po raz pierwszy do Bydgoszczy w lipcu 1920 roku, zatrzymując się w Hotelu pod Orłem, i nabyła tam za bezcen nieruchomość, w której później zamieszkiwała jej matka. W księdze adresowej na 1926 rok można znaleźć adnotację: własność hr. Apolonii Dąmbskiej (Pola Negri) w Ameryce Północnej, zaś zastępował ją p. Józef Gieszal, administrator Teatru Miejskiego. Dom przy ul. Zamoyskiego 21 (dziś nr 8) kupiła, zawierając umowę u notariusza dr Jana Jasińskiego, za 344.000 marek. Księga gruntowa – jak ustalił żmudnie poszukując Wincenty Gordon – nosi nr 2508 i znajduje się w hipotece w gmachu sądów bydgoskich.
O tym trzypiętrowym domu, zresztą zgrabnym i stojącym po dzień dzisiejszy, krążyło wiele fantastycznych opowieści. Niektórzy pisali o luksusowej willi gwiazdy filmowej, umieszczając ją błędnie w powojennym klubie milicyjnym ”Słowianka” na narożniku ulic Gdańskiej i Zamoyskiego (gdzie była siedziba towarzystwa ubezpieczeniowego „Polisa”, a nawet otwarto stylową restauracyjkę ”Apollonia”), gdy naprawdę chodziło o kamienicę czynszową przynoszącą znaczne profity. Pola potrafiła bowiem intratnie lokować pieniądze zarobione w kinematografii.
Stałą mieszkanką Bydgoszczy była tedy jej mamusia p. Eleonora Chałupiec (rocznik 1862). Wdowa, powierzona opiece Lecha Orwicza, vel Józefa Wolskiego, vel Leopolda Brodzińskiego, ale – poza teatralno-literacko-dziennikarskim kręgiem – zwącego się według dokumentów: Leopold Trzebuchowski. Pani Eleonora znana była z prostoty bycia i pojmowania świata, dużej pobożności i inklinacji do spirytyzmu.
Opowiadano o tym sporo w moim domu rodzinnym, a ja jako dziecko nadstawiałem ucha. Jaką to karierę z baletniczki zrobiła Polcia, jak dba o swoją kochaną matkę, a ta bardzo lubi wywoływać duchy. O seansach rozpisywał się potem sam Orwicz Brodziński, a także wspomina je Stanisław Szenic (naonczas skromny aplikant w kancelarii adwokackiej mec. Jana Maciaszka, byłego prezydenta miasta).
Pamiętam, iż u nas w domu nieraz – dla rozrywki, a może z powodu panującej wtedy mody – naśladowano takie spotkania z duchami. Siadaliśmy przy okrągłym stoliczku w saloniku, uprzednio zasłoniwszy okna kocem, a następnie skoncentrowani trzymając się za ręce, obserwowaliśmy czy talerzyk wiruje, wskazując jakieś nakreślone na blacie litery alfabetu. Niestety, daremnie, gdyż duchy jakoś nas omijały. W ten sposób Bydgoszcz – i na Zamoyskiego, i na św. Trójcy – miała bezpośredni kontakt z zaświatami. A więc swoisty internet spirytystyczny!
Pani Eleonora zwykła mawiać, że „kino to dla chamów, a teatr dla prawdziwych panów”, powątpiewając w wartość filmowej kariery swojej córki i marząc o szlachetniejszym miejscu rozwijania jej talentu. Gdy Pola wyszła za Dąmbskiego miała tylko jeden problem: czy jej, jako teściowej, również przysługuje tytuł hrabiny. Lopek Brodziński nazwał ją – i to się przyjęło – „mamą Gri-Gri”.
Dlaczego? Zapewne chodziło o postać z uciesznej operetki berlińskiej Paula Linckego, którą wtedy – razem z dziewięcioma innymi – wystawiała Operetka Poznańska gościnnie na deskach Teatru Miejskiego w Bydgoszczy. Znalazłem wielkie ogłoszenie w „Dzienniku Bydgoskim”, z dnia 17 czerwca 1921 roku, o tych występach. Udział zespołu artystycznego składającego się z 56 osób – pisano. – Własna orkiestra składająca się z 24 osób – Chóry składają się z 24 osób – Balet 4 pary. To musiało być wielkie przeżycie – dzień po dniu oglądać popularne operetki: „Polską krew” Nedbala, „Hrabiego Luxemburga” Lehara, „Różę Stambułu” Falla, „Zemstę Nietoperza” Straussa, „Królową kinematografu” Gilberta, „Księżniczkę Czardasza” Kalmana, „Barona Kimmla” Kollo, „Rozwódkę” Falla, „Wesołą wdówkę” Lehara, „Targ na niewolnice” Jacoby’ego i „Gri-Gri” Linckego na koniec… Istny festiwal operetkowy! Cała Bydgoszcz pędziła wieczorem do gmachu teatru, a rankiem przy goleniu, bądź sprzątaniu, nuciła melodyjne arie. Nie wątpię, że czynił tak miłośnik teatru i muzyki Lech Orwicz.
Pisząc o swoich impresjach z seansu spirytystycznego, w redagowanym przez siebie „Przeglądzie Teatralnym i Filmowym” (nr 1–5) w 1924 roku, Brodziński wspomina, że bardzo dystyngowana dama, wdowa po artyście dramatycznym, obywatelka ziemska, ze względu na powiewność zwana Fru-Fru była za pan brat z duchami na syjansach… To jego styl, to zakamuflowana literacko postać pani Eleonory!
Duchy podobno nigdy nie myliły się. W czasie seansu duch odpowiadał pukaniem i przepowiedział całą przyszłość Poli Negri do dnia dzisiejszego – twierdził Brodziński – i to już w 1918 roku. Na seanse w jej bydgoskim domu przychodzili m.in. student praw Stasio Szenic, Józef Siemaszko, Tadeusz Morozowicz, Helena Maasówna… Entuzjastami spirytyzmu byli podobno również Antoni i Wanda Siemaszkowie, Karol Benda i Irena Solska.
Teraz nieco o Bydgoszczy, miejscu akcji tych opowieści. Posąg pięknej Łuczniczki, dzieło prof. Ferdynanda Lepckego, ufundowany w roku 1910 przez bankiera Lewina Louisa Aronsohna (obywatela honorowego miasta z 1918 r.), stojący na skwerku przy gmachu Teatru Miejskiego, ranił skromność i obyczajność starszych pań. Pod wodzą ks. Leona Płotki zebrały się owe matrony w Towarzystwie Przyjaciół Młodzieży, jeszcze w kwie-tniu 1920 roku, żądając usunięcia niemieckiej „bezwstydnej statuy, ponieważ gorszą tem się dorośli, a przede wszystkim młodzież nasza”. Sprawa długo nurtowała mieszczan bydgoskich, skoro pod koniec roku Dziad Polikarp (specjalność poetycka red. Stanisława Krasickiego) wyśpiewywał w „Dzienniku” o panience z pod teatru melodię pobożną:
Pod tyjatronem – widać z ogródecka –
Stoi golutka, jak święta turecka,
Wszeteczna baba, djabla czarownica
I pokuśnica.
Czy mróz, czy gorąc, jak stała tak stoi
I policjanta nawet się nie boi.
Nie czuje także, jak jej na łbie wróble
Składają ruble…
Jest ci to babsko wszystkim solą w oku,
Jest bez listka i z przodu i z boku
I że też insze niewieście sprośności
Zwraca do gości.
/…/
Raz się zebrały niewiasty niemłode
I gołą pannę chciały rzucić w wodę,
Bo tak kształtnego, jak ta dziewka ciała
Żadna nie miała.
Teraz zaś przecie już nie ze zazdrości,
Ale dla świętej patrzą moralności,
Nieskromny widok odwrócić od miasta
Sprzątnąć i basta!
Spalić na stosie – radzą ludzie mądre,
Drudzy do rzeki wtrącić taką flondrę,
Inni straszniejszej życzą dla niej śmierci:
Rąbać na ćwierci.
Chcecie na despekt zrobić tej niewieście
A ona pewnie wykpi was nareszcie:
Tę część pokaże swojej wypukłości
Gdzie najmniej kości.
Rozpętała się burzliwa dyskusja za i przeciw Łucznicy (tak ją zwano). Do grona parafiańskich przeciwniczek zgrabnej, ale gołej, dołączyła po przyjeździe do Bydgoszczy pani Eleonora Chałupiec, wciągając córkę do udziału w proteście. Magistrat pod huraganowym ogniem pseudomoralistów bliski był kapitulacji i rozważał ofertę sprzedaży posągu Poznaniowi, ale – na szczęście – zdrowy rozsądek zwyciężył i do tego nie doszło.
Zresztą nie jedyny to protest przeciwko „bezwstydnej” Łuczniczce, ale też nie ostatni – jeszcze w 1936 roku, jak czytamy w sprawozdaniu z konferencji pedagogicznej, gdy dyskutowano nad referatem ks. prefekta Reitera z Żeńskiego Gimnazjum Katolickiego w Bydgoszczy, znalazł się niejaki pan Tomas, który mówił o zgorszeniu wśród dzieci i zażądał zastąpienia tego posągu figurą religijną lub patriotyczną…
Stary doktor Władysław Czarnowski w swoich uroczych gawędach wspomina, że Pola Negri obiecała „w zadośćuczynieniu” ufundować Bydgoszczy sierociniec i wystawić pomnik Aleksandra Fredry. Ślady kontrowersji między Polą a „Dziennikiem Bydgoskim” widnieją w starym roczniku gazety.
W prasie amerykańskiej dość głośno było o sierocińcu gwiazdy filmowej, a naszej rodaczki, Poli Negri – napisano z Warszawy do „Sokoła Polskiego” wychodzącego w Chicago.
– Rozczulaliśmy się nad szlachetnym serduszkiem artystki, która chociaż z dala od Ojczyzny pamiętała o sierotkach, których w Polsce jest spora armja, i otaczała je troskliwą opieką. Spotkało nas jednak gorzkie rozczarowanie, gdyśmy się dowiedzieli, że dziennikarze bydgoscy dowiedziawszy się z prasy amerykańskiej o sierocińcu, utrzymywanym przez Polę Negri pod ich dostojnymi nosami, mało nóg nie połamali w poszukiwaniu owego sierocińca, lecz go nawet przy pomocy lampy Dyogenesa odnaleźć nie mogli… (Dz. Byd. nr 170 – 26.VII.1925 r.)
Jeszcze rok później „Gazeta Bydgoska” (nr 207 – 9.IX. 1926 r.), w dodatku „Przy rodzinnym stole”, kwieciście pisała o rzekomej dobroczynności gwiazdy: Nasza rodaczka, głośna dzisiaj na obu półkulach, Pola Negri w legendarnej krainie X Muzy [Kalifornii], otoczona glorją uznania nie zapomniała o Polsce, w której spędziła ubogie, głodne i chłodne dzieciństwo. W majątku swym pod Bydgoszczą utrzymuje schronisko dla około 200 bezdomnych sierot. To też podczas ostatniej wizyty w kraju rodzinnym Pola witana była niby wróżka, dobra i miłosierna. Redakcja nie podała – oczywiście – gdzie leżał ów majątek, gdyż nigdy go nie posiadała.
Wcześniej w 1921 roku, w felietonie tygodniowym „Z falami Brdy”, pisano: Podobno nasza naduwielbiana królowa kina, a zarazem wielomilionerka p. Pola Negri uczyniła, jak słychać w sam dzień św. Sylwestra, gdzieś tam nad Missisipi uroczysty ślub, że własnym kosztem sprawi na miejscu, gdzie dziś tak uparcie napina swój sprośny łuk przeciw przechodzącej młodzieży pięknokształtna łucznica – marmurowe i artystyczne popiersie twórcy „Zemsty” i „Ślubów panieńskich”. Byłby to czyn zarówno piękny, jak i obywatelski. Życzyć by sobie tylko należało czem prędzej jego urzeczywistnienia. Spełniającej go artystce będzie w tej roli ogromnie do twarzy, jako iż jest grodu naszego obywatelką, kamieniczniczką i czasem nawet mieszkanką. A że w tej roli ogromnie występuje rzadko, więc dobrze będzie, iż w czasie jej nieobecności nieraz ogromnie przeciągającej się, będziemy tem więcej i częściej o niej myśleli, już choćby patrząc na Fredrę, przyszły jej dar wielkoduszny… (Dz. Byd. nr 6 – 9.I.1921 r .)
Aliści obiecanki-cacanki, a Łucznica jak stoi tak stoi i Fredry nigdy nie było; jedynie posąg gołej pannicy w dobie PRL, po zburzeniu ruin Teatru Miejskiego, przesiedlono [vis-á-vis nowego gmachu teatralnego] do Parku Kochanowskiego.
Irytowano się w dzienniku w 1925 roku, gdy Pola rozgłosiła prasie amerykańskiej, że utrzymuje bydgoski sierociniec, pytając: gdzież są te sieroty? Czy byłoby ją na to stać? Nie chodziło wszakże o ubożuchną gwiazdkę filmową, skoro Pola Negri wracając z krótkiej wizyty w Europie, gdzie m.in. odwiedziła swą rodzinę w Bydgoszczy, zapomniała celnikom nowojorskim podać wartość klejnotów, zakupionych w Europie. Ponieważ utalentowana artystka ma wiele niechętnych i zazdrosnych współpracowniczek, więc one troskliwie zwróciły uwagę na zapomnienie Poli Negri. Niedyskretni celnicy dokonali przeglądu klejnotów artystki, przesłali jej obecnie kwit na sumę 57.000 dolarów, tj. tyle ile wynosi wartość owych klejnotów. (Dz. Byd. nr 156 – 10.VII.1925 r.) Z amerykańskimi celnikami nie ma żartów, z prasą mogła sobie pozwalać na różne figle.
Skąd to bogactwo? – zapyta ten i ów. Pola Negri dostawała krociowe gaże jako aktorka, ale niewątpliwie pobierała też honoraria za użyczanie swego nazwiska do reklam. Prasa krajowa często drukowała rysunki z tubką kremu „Śnieg tatrzański” Falkiewicza z tekstem: Pola Negri używa stale. W ilustracjach polskich pojawiało się ogłoszenie znanej w całym kraju fabryki słodyczy Fuchsa z jej podobizną, zachwalające firmowe czekoladki. Tego nie robi się bezpłatnie, a Polcia miała swą piękną główkę zawsze do interesu!
Jerzy Nowakowski



