Wyspa kontrastów
Może właśnie kontrasty to cecha Wysp Kanaryjskich, i właśnie to jest największą atrakcją dla przybysza pragnącego głębszego poznawania jej tajemnic. W pierwszym zetknięciu, z czernią i szarością pobliskich gór, uderza, lśniąca w słońcu, biel budynków. Biel w różnych postaciach i kształtach (hotele, budynki administracji publicznej, fabryki, bloki mieszkalne…) towarzyszy przez całą drogę z lotniska do miejsca przeznaczenia, które tym razem nosi nazwę St. Agustin.
To miasteczko położone na południu wyspy. Jak się później okazało, chyba wszyscy święci patronują nad tą wyspą: Santa Brigida, San Mateo, San Bartolome, Santa Lucia (która, po szwedzku obchodzi imieniny 13 grudnia), San Nicolas i masa świętych w kościo-łach i kościółkach wyspy. Nie przeszkadza to szeroko rozwijającej się komercjalizacji, w rozbudowywaniu (głównie w południowej i wschodniej części lądu) przemysłu turystycznego, łącznie z hotelami, kasynami gry, restauracjami i innymi miejscami przeznaczonymi do rozrywki tysiącom turystów.
Dla wielu osób piękna nazwa Gran Canaria brzmi śpiewem tysiąca kanarków i wielu z nas nie może się pogodzić się z myślą, że Wyspy Kanaryjskie zawdzięczają swą nazwę psom. Wynika to z dokładnego tłumaczenia łacińskiego słowa ”canaria”. Czyli Psie Wyspy. Przyglądając się temu małemu archipelagowi siedmiu wysp, można by, przy dużym nasileniu dobrej woli, odszukać coś zbliżonego do zarysu psa lub grupy psów, ale Gran Canaria wyłamuje się ze wszystkich, tego rodzaju, porównań. Jej kształt jest okrągły, podobny, moim zdaniem, do pięknej muszli „Haliotis iris” (dane: kolekcjoner muszli – Krzysztof Kuźniar; kuzi@muszle.net.pl). Zachwyca swoją regularnością. Nawet najwyższe, powulkaniczne, wzniesienie wyspy – Tejeda – znajduje się prawie po środku, który jest trochę przesunięty ku północy, tak jak u muszli. Z tego miejsca, na wysokości 1949 m, prowadzą promieniście w dół, kanały, które podczas dużych opadów zamieniają się w rzeki. W ten sposób, w porze deszczowej, cała wyspa jest w naturalny sposób nawadniana i nadmiar wody, spływa do morza.
Te kanały, ścieżki wodne, nazywane są tutaj „Barranco”. Piękna współpraca człowieka z naturą – woda wyżłobiła koryta, człowiek umocnił brzegi i nawet wyłożył blokami kamiennymi dna tych Barranco. W okresie suszy można tam spacerować. Te niteczki, prowadzone od szczytu aż do otaczającego wyspę morza potęgują jeszcze bardziej wrażenie podobieństwa Gran Canaria do wielkiej muszli, o powierzchni 1560 km2. Jak na muszlę, to ogromnie dużo, ale w porównaniu z lądami naszej ziemi, to jest maleńka „muszelka”.
Zgłębienie historii, zapoznanie się ze zwyczajami stałych mieszkańców (ponad 800 tysięcy), z urodą zielonych terenów i tajemniczością górskich, powulkanicznych wzniesień, to tylko mała część wyzwania, jakie stawia przed turystą ten skrawek ziemi. Nawet dwa tygodnie spędzone tutaj na wakacjach, nie wystarczą na urzeczywistnienie wszystkich planów poznawczych. Wyjeżdża się stąd z uczuciem niedosytu.
Postanowiliśmy poznawać Gran Canaria na nasz własny sposób. Nie pociągały nas grupowe safari i jazda jeepem, ani wycieczka na wędkowanie ryb, ani też jazda na wielbłądach… Odpowiadały nam lepiej wypady, które sami wybierzemy i będziemy poruszać się zgodnie z własnym rytmem. Chcieliśmy wypożyczyć samochód, ale studiując mapę wyspy szybko zorientowaliśmy się, że nie ma chyba na świecie tak pokrętnych dróg i trudno dostępnych miejsc jak tutaj. To nie Tennerifa, gdzie prawie wszędzie można było dojechać samochodem bez większych, krew mrożących w żyłach, wrażeń.
Na Gran Canaria, jedyną drogą, gdzie czułam się pewnie, jest autostrada, która obejmuje niewiele ponad połowę wyspy. Rozpoczyna swój bieg od południowo zachodniej części, w Puerto Rico, przebiega koło Arguineguin, Maspalmas i San Agustin, skąd kieruje się na północ, wzdłuż brzegów wschodnich. Zanim dobiegnie do Las Palmas de Gran Canaria, położonego już na północy wyspy, mija lotnisko, które położone jest prawie w połowie odległości między San Agustin a stolicą.
Las Palmas jest stolicą nie tylko wyspy Gran Canarii ale całej wschodniej części grupy Wysp Kanaryjskich – czyli wschodnią prowincją Wysp Kanaryjskich Hiszpanii. Stolicą zachodniej prowincji jest Santa Crus de Tenerife. Czyli, dzielni Canarios, praprapotomkowie Guancher wywalczyli daleko idącą autonomię dla swoich wysp i jak widać nie można im odmówić gospodarności i postępów w rozwoju infrastruktury. Widocznie Guanchowie (Guanczowie?) przekazali następcom swoje najlepsze cechy. Pomimo, że mieszkali w grotach i prowadzili proste życie, potrafi walczyć przez siedem lat przeciwko Hiszpanom. W roku 1483 zmuszeni byli skapitulować wobec przeważającej siły najeźdźcy. Wielu z obrońców straciło życie, skacząc ze skał do morza. Wybrali taką śmierć niż niewolnicze życie pod władzą Hiszpanów. Ich dobre duchy, z pewnością, czuwają tu nadal.
Pomimo tego, że ludność jest dzisiaj wymieszana z innymi nacjami a przede wszystkim z Hiszpanami, i oficjalny język pochodzi z Hiszpanii, to łatwo wyczuć w atmosferze społeczeństwa wyspy odmienność. Poczucie dumy pozbawionej pychy, uprzejmość i pogodę usposobienia. Nawet w najbardziej skomercjonowanych miejscach słonecznej turystyki, nie odczuwa się nerwowości czy pośpiechu. Nie zdarzyło się nam, choć raz, zauważyć aby samochód zbliżający się do przejścia dla pieszych przejechał przed nosem przechodniów. Wszystkie zatrzymują się na widok choćby jednej osoby przy krawężniku.
Tylko stolica wyspy Las Palmas, różni się od charakteru wyspy bo nosi znamiona dużego, pięknego zresztą, i równocześnie hałaśliwego miasta europejskiego, naszpikowanego samochodami. Te wszystkie kanaryjskie subtelności toną w zgiełku ulic utkanych nowocze-snymi sklepami, wśród wysokich budynków i tłumów śpieszących gdzieś… na koniec świata. Spokój a nawet coś w rodzaju zjednania się z wyspą można odnaleźć dopiero na starym mieście w Las Palmas. A szczególnie w muzeum etnograficznym.
To miejsce interesowało mnie najbardziej. Wielkie tajemnice małego lądu. Wnet zrozumiałam, że będę mogła tylko powierzchownie poznać wszystko co zostało w tym muzeum zgromadzone i wystawione. Już w epoce kamienia życie kwitło na wyspie. Lud Guanchów mieszkał w grotach, uprawiał ziemię, i prowadził skromne życie rolników. Podobno przybył z północnej Afryki. Aborneginer Guancherowie byli całkiem czarni. Te stare przedmioty, z kamieni i gliny, sprzed 4000 lat niewiele różnią od muzealnych eksponatów gospodarstwa domowego, innych praspołeczeństw, ale wyroby z gliny – wazy, misy i temu podobne, mają oryginalną ornamentykę, polegającą na rysunkach przeróżnych linii. Nie ma wśród nich ludzi czy zwierząt. Jedna figurka, ciosana z kamienia, przedstawia, najprawdopodobniej jakieś dawne bóstwo. Na dowód tego, że lud wyspy miał swój język i pismo, świadczy przekazana do naszych czasów nazwa „Tamaran” którą nazywali ówczesną nam Gran Canaria. Wszystkie wyspy Kanaryjskie nosiły nazwy, które nadali im Guancherowie.
To, że ich społeczność oparta była na hierarhicznym systemie, świadczy wystawa umieszczona na piętrze muzeum. Znajdują się tam szczątki mumii, które wskazują na to, że chowano w ten sposób osoby wysoko postawione. Ściany tego muminijnego pokoju są obudowane gablotami, w których ustawione są tysiące czaszek ludzkich. To niezbity, choć makabryczny, dokument o ludziach, który posiadali tą wyspę. Może znajduje się tam jakaś czaszka najeźdźcy? Kto to dzisiaj wie.
Wspaniały, nowoczesny terminal autobusowy, obsługujący masę połączeń w różnych kierunkach wyspy. Wygodna autostrada kończy swój bieg kilkanaście kilometrów za Las Palmas. Do portów Sardina i Agaete, położonych na zachodnim brzegu północnej części Gran Canaria, można dojechać atobusem po krętej górskiej drodze. Ten kto pragnie odwiedzić sąsiadującą wyspę Tennerifę, jest zmuszony przebyć taką podróż, gdyż tylko tu znajduje się miejscowa żegluga promowa. Gdybyśmy chcieli wracać do naszego hotelu w San Agustin tą drogą, która prowadzi przez zieloną i górzystą część Gran Canaria, to wyruszylibyśmy z Las Palmas, właśnie takim autobusem, który wiezie pasażerów w stronę Sardina i następnie kieruje się na zachodnią stronę, objeżdżając zygzakami wybrzeże wodnego parku narodowego. W Playa de La Aldea opuszcza tereny przybrzeżne i nadal, w zygzakowatych pląsach, pokonuje głąb zielonego, górskiego lądu. Wreszcie dobija do, opisywanego jako bardzo piękne, miasteczka Mogan i dalej, wzdłuż wielkiego barranco kieruje się w dół, na południowe wybrzeże, wśród szarych i ciemnych wzgórz.
Na mapce południowe i wschodnie tereny zaznaczone są złocistym kolorem, może ze względu na moc nasłonecznienia tych terenów bo ląd w tych częściach wyspy jest tylko szary i czarny. Aby posiać tam trawę lub posadzić jakąś roślinność, trzeba się mocno napracować. Więc autobus wpada do Puerto de Mogan, nad samą wodą, „wali” dalej, po okropnych zakrętach do Puerte Rico, tam gdzie rozpoczyna (lub kończy) swój bieg autostrada. Stąd już nie tak daleko do San Agustin.
My, jako niedoświadczeni turyści, nie śmieliśmy taką drogą wracać z Las Palmas do naszego miejsca pobytu. Zabrałoby to nam wiele godzin jazdy i do tego w okropnych warunkach nieskończonych zakrętów. Dobrze pokierował nas rozsądek. Potwierdziło się to, gdy któregoś dnia wybraliśmy się na małą wycieczkę w kierunku Puerte de Mogan. Nie dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia bo wysiedliśmy już w Aguineguin. Planowana przyjemność zamieniła się dla mnie w horror, podobny do tych, które nie chcę oglądać w filmach. Autobus pędził po szosie nabrzeżnej, pokonując szalone zakręty z taką brawurą, że miałam wrażenie iż w każdej chwili nadwozie wraz z nami pasażerami oderwie się od podwozia i stoczy się w dół lub roztrzaska o skały, groźnie naostrzone po bokach drogi. Wysiedliśmy tak szybko, jak było można, poszukaliśmy taksówki i autostradą, która na szczęście przebiega bardzo blisko Aguineguin, wróciliśmy do San Agustin.
Po wizycie w stolicy wyspy pozostało kilka niezapomnianych wrażeń. Pomijam w tym wypadku sprawę hałasu i zamieszania wielkiego miasta. Myślę o Muzeum Etnograficznym, o urokach Starówki, o cichych i sympatycznych patrolach policyjnych, przechadzających się swobodnie po ruchliwych ulicach, niby anioły bezpieczeństwa. Spotkaliśmy takich, dyskretnie obecnych w pobliżu bogatych sklepów jubilerskich i też na placu-parku, sąsiadującym przy tym wspaniałym terminalu autobusowym. Wycieczka rozbawionej młodzieży szkolnej, ubranej w mundurki, zwiedzała panoramiczną wystawę, gdzie figurki umieszczone w przestrzennych krajobrazach przedstawiają życie na wyspie. Jest tam również szopka bożonarodzeniowa. I w pobliżu był również policjant. Uśmiechnięty, sympatyczny, kręcił się opieszale wokoło.
Nad tym wszystkim czuwa, na dachu wysokiego budynku, postać mężczyzny, unoszonego przez ogromnego ptaka, z szeroko rozwartymi skrzydłami. Człowiek ma hełm na głowie i patetycznie wyciągniętą ręką do góry. Więc chodzi o żołnierza. W pierwszej chwili zażartowałam, że to może Nils Holgersson, wydoroślał, wstąpił do wojska i przyleciał aż na Kanaria. Panienka w kiosku informacji turystycznej nie mogła mi wytłumaczyć co oznacza to wspaniałe zjawisko na dachu. Po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że to musi być pomnik związany z historią wyspy. Alegoria heroizmu i bohaterstwa walczących. Zachodzi tylko jedno pytanie: czyją stronę przedstawia bohater? Przegranych obrońców czy zwycięskich najeźdźców? Na to pytanie może kiedyś uda mi się odpowiedzieć.
Może lecą w kierunku północnym, czyli tam gdzie znajdują się porty Las Palmas, tam skąd odchodzą i przychodzą statki żeglugi utrzymującej stały kontakt z kontynentem, z Hiszpanią? A może tej parze śnią się jeszcze dalsze loty … do Skandynawii? Może to nie przypadek, że tak wielu Szwedów zamieszkuje tę wyspę. W naszym San Augusti’nie jest bardzo duża kolonia domków jednorodzinnych gdzie mieszkają Szwedzi (ogrodzona dzielnica i „stop” wszędzie a w środku trawniki i kwiaty). St. Lucia ma też szwedzkie zwyczaje. Więc!? Można snuć dużo przypuszczeń.
Nasze wyjazdy, zamieniliśmy na spacery do centrum handlowego i nad morze. Krążymy też po bliskich uliczkach. Raz mamy domki nad głową zawieszone, drugi raz – pod stopami nieomal. Wiele stoków górskich jest szczelnie pokrytych domkami. Taka sukienka z kwadracików zawieszona na zboczu. Czasem można zobaczyć, wysoko nad głowami, na samym szczycie kamiennej ściany, białe bryły, często o wyszukanych kształtach i pretensjonalnych rozmiarach. To dzielnica bogatych, wjazd na teren tylko za szlabanem. Doszliśmy tam, na górę, oczywiście nie zbliżaliśmy się do willi. Wiszą nad urwiskiem, tak jakby miały spaść za chwilę. Myślę, że kiedyś spadną naprawdę. Czego nie można podejrzewać w innym wypadku. Mianowicie, gdy wędrowaliśmy o piętro niżej, po małej uliczce, ujrzeliśmy dość dużą wnękę w ścianie skały a w niej przedmioty podobne do łóżka, do stołu, do walizki, czy kuferka i jakieś zarysy domowych przedmiotów. Moje zainteresowanie było tak duże, że nie chciałam opuścić mojego miejsca obserwacyjnego. Czy mi się zdaje czy tam mieszkają ludzie?.. Położenie tej groty znajdowało się dość wysoko. Nie było mowy abym tam mogła dotrzeć bez ogromnego wysiłku. Nareszcie pojawiła się mieszkanka jednego z domków położonych niżej, po drugiej stronie ulicy. Już wiemy – tu mieszkał pewien Fin przez dwa lata. Podobno wszedł w kolizję z władzami swego Kraju i znalazł oryginalny i klimatycznie akuratny sposób na ratowanie swej wolności emigracją i równocześnie na naśladowanie dawnych ludów wyspy. Nauka nie idzie w las,.. może idzie w groty.
Wieczorna spacery nad morzem, przy plaży, to prawdziwa rozkosz. Człowiek stapia się z materią natury. Z cudownie ciepłym wiatrem, z falami morskimi, z ciemnym piaskiem, z horyzontem nieba i dużej wody. Przy nadbrzeżnym chodniku, nagle natrafiam na plażowy happening, patrzę i podziwiam. Na piasku wyleguje się całkiem rześki krokodyl i obok niego figurka figlarnego spa. Obaj są ulepieni właśnie z tego plażowego piasku. Na boku krokodyla, skierowanym ku przechodniom widnieje napis Gran Canaria 2009.
Dość dużo czasu spędzamy też na terenie samego hotelu. Uczestniczenie we wszystkich posiłkach, poznawanie samego terenu tego dużego hotelu, chwilami przebywanie trochę na słońcu albo w kawiarni, zajmuje nam dość dużo czasu. Nie zapomnę pieczywa, które tak bardzo przypominało mi nasze – polskie. Takie pieczywo i masło mogłoby mi wystarczyć, za wszystkie wyszukane potrawy.
Teresa Järnström Kurowska



