road-gcb2b1e5ff_1280

Wieś Skanii jest dużo ciekawsza niż miasto. Nawet piękny Magnarp, gdzie mieszkaliśmy. To co, że wspaniały widok na zatokę i możność spacerów wzdłuż kamienistej plaży. Tam wszystko jakby odcinało się od reszty okolicy i ucinało nad wodą. Trochę snobistyczna dzielnica, gdzie spacery z pieskami i może jakieś ”grillowanie” u kogoś, czy kąpiele na malusieńkiej, piaskowej plaży, stanowią treść tamtejszego bytu.

Willa przy willi, a nawet jeśli otaczała ją większa połać trawnika, to i tak sąsiad ma nieograniczoną możliwość podglą-dania. Swobodę czuło się dopiero na terenie przyplażowym, gdzie również liczne pieski miały też nieograniczoną swobodę w oddawaniu się swoim potrzebom fizjologicznym. Tak.… najmilsze moje wspomnienia z Magnarp to po pierwsze uczucie jasności, jaką tworzy kompozycja nieba z odblaskami wód zatoki Skälderviken i po drugie nasz (były) mały ogród, wypracowany tak mozolnie, że przechodnie nazywali go pięknym mini parkiem. Trudno… blasku dnia i piękna zachodów słońca nic mi nie zastąpi, ale… moje wspaniałe kwiaty w Magnarp nie odwiedził żaden motyl. Tutaj mam znów dużo kwiatów i masę motyli. Wiem… może już za kilkanaście dni, silne i młode osobniki pofruną w cieplejsze rejony, gdzie zimy są łagodniejsze, starsze i słabsze zostaną przy nas i przygotują się do przezimowania, może w zacisznych miejscach naszego ogrodu. Ustanie bezszelestny gwar roztańczonych motyli. Nie dowiem się jak postąpił miłośnik różowego kamienia. Może powróci na wiosnę. Może inne też przeżyją zimę. Motyle i ludzie, jakże podobne są nasze losy. Choć nie zawsze jest łatwo pokierować własnym, ale motylowe postaram się poprawić. Zasadzę w przyszłym roku jeszcze więcej kwiatów!

Trochę szkoda, że lato już przemija. Na szczęście moja ciekawość życia i moje pasje nie przemijają i prowokują do nowych odkryć. Dzisiaj „odkryłam” panią Britt Bengtsson, sąsiadkę o kilka domów dalej. Wiedziałam, że w pobliżu mieszka osoba, która zajmowała się badaniem historii naszej wioski i wie dużo o pochodzeniu nazwy Källna i historii starego kościoła. Udało się ”zagadać”, mówiąc potocznie, człowieka na podwórku, który okazał się mężem Britty.

Chcę zaznaczyć, że w Szwecji i tym samym w Skanii, praktyka ”zagadywania” nie jest tak oczywista jak u nas w Polsce. Dlatego trudniej mi tutaj zaczepić kogoś, wejść na czyjeś podwórko, czy ”zagadać”. Szwedzi są bardziej czuli na punkcie nienaruszalności prywatnej. Przeważnie nie praktykują nagłych, niespodziewanych odwiedzin. Nie lubią być zaskoczonym, zaskoczoną. Wypływa to z szacunku do współobywateli. Nie ma takiego, spontanicznego, bezceremonialnego nachodzenia znajomych, członków rodziny czy sąsiadów. Nie można narzucać innym swojej obecności. Czego, my Polacy, zbyt często nie bierzemy pod uwagę. Nauczyłam się szanować takie szwedzkie zwyczaje i od tego czasu, gdy kusi mnie aby tak po polsku ”najść” kogoś, zadaję sobie pytanie, czy wypada, czy nie naruszę czyjejś strefy prywatności. Tak też było dzisiaj.

Rozpoczęłam rozmowę od przeprosin (że przeszkadzam) i zapytałam czy to może jego żona, jak słyszałam, zna pochodzenie nazwy naszej wioski. Udało się, człowiek poprosił mnie na podwórko i powiadomił żonę o celu mojej wizyty. Po chwili stanęła przede mną Britta Bengtsson. Mała, niepokaźna kobieta o łagodnej twarzy. Nagle wszystko stało się jasne. Prawdziwa Källna znajduje się po drugiej stronie szosy a my, to grupa kilkunastu starszych domków i nowych willi, wokół budynku byłej mleczarni, który bieli się niby szyld, widoczny z autostrady nr 4, wskazujący miejsce położenia naszej wioski. Droga nr 13 przebiega po linii (też) byłej kolei, która kiedyś łączyła Engelholm – obecnie Ängelholm, z Aby – obecnie Klippan. Początki wieku dziewiętnastego stały się okresem dużych zmian. Stary, wczesnośredniowieczny kościółek, położony około trzech kilometrów na południe od obecnej szosy i będący ówcześnie centrum właściwej Källna, został zburzony. Podobno nie mieścił już wszystkich wiernych i stan jego budowli nie nadawał się do remontu. Więc zburzono staruszka i cenniejsze przedmioty sprzeda-no na aukcji. W ten sposób gromadzono kapitał potrzebny na budowę nowego kościoła. Parę lat temu Britta, wraz ze swoją szwagierką prowadziły amatorskie badania, w ramach studiów ludowych (można tak nazwać), na miejscu byłego kościoła i otoczenia. Według spostrzeżeń Britty, kościół zbudowali zakonnicy na miejscu ofiarnym pogańskich ludów. Britta wnioskuje, że dowodem na to są znalezione w ziemi bardzo stare monety.

To, że zakonnicy budowali kościoły na kultowych pogańskich miejscach, potwierdza moje widomości, które nabyłam odwiedzając inne średniowieczne kościoły w Skanii. Różnica polega na tym, że istnieje podejrzenie iż to nie były pieniężne ofiary lecz ludzkie. Może pieniężne pochodzą z bliższego, nam obecnym, okresu. Ostatnia ważna wiadomość, która rozwiązuje zagadkę nazwy Källna, jest potwierdzenie istnienia źródła (källe), w pobliżu kościoła, które przyczyniło się do nadania nazwy Källna.

Na moją entuzjastyczną zapowiedź, że chcę odwiedzić to historyczne miejsce, źródło wody i źródło nazwy, Britta ostrzegła mnie, że fundamenty po starym kościele są przykryte warstwą ziemi i porosłe trawą a gdy panie chciały je odkryć to nie uzyskały na to zezwolenia od miejscowych władz. Również, słynne historycznie źródło jest obudowane i dostarcza wody do pobliskiego domu a cmentarz został zlikwidowany bo część umarłych przeniesiono na nowy cmentarz, przy nowym kościele. Przeważnie tych z bogatych rodzin, albo tych z tytułami szlacheckimi, jak np. rodziny von Plate. Zabrano też kamienie nagrobkowe do nowego cmentarza. Co stało się z resztą tam pogrzebanych, jeszcze za czasów duńskiego panowania? Na to pytanie nie ma odpowiedzi.

Nowy kościół, wybudowany w 1871 roku jest okazały i posiada kilka przedmiotów, które „odziedziczył” po staruszku, przede wszystkim średniowieczną chrzcielnicę z 1600 roku i dwa dzwony, starszy z 1480 roku i młodszy 1637. Szkoda, że nie ma już tego małego kościoła, pewnie był podobny do tych średniowiecznych, bieluśkich, które jeszcze ocalały i które tu w Skanii poznałam.

Postanowiliśmy z Sunem, moim mężem, odnaleźć to tajemnicze miejsce. Wyruszyliśmy drogą, która prowadzi na południe, od naszego położenia. Z chwilą przekroczenia drogi 13, po lewej stronie mijaliśmy rozlegle pola a po prawej wjazdy do wielkich, pańskich gospodarstw. Minęliśmy cieplarnię i usadowione, po obu jej stronach, bardzo bogate, z wyglądu, wille. Po środku pasa naszej drogi (widoczne na mapce), minęliśmy kościół i zabudowania kościelne. Następnie zjechaliśmy w dość głęboką dolinę, zabudowaną domkami, ten nowy, i ponownie wjechaliśmy na teren położony wysoko. Po prawej duże gospodarstwo, po lewej widoczna w pobliżu grupa domków. Zatrzymaliśmy się na chwilę aby móc zorientować się w terenie i popodziwiać wspaniały widok, jaki odsłonił się przed nami. W głębi, rozpostarta na horyzoncie góra Söderåsen, na lewo tereny sportowe „gokartów”, na wprost nowy most nad rzeką Rönneå, a w dolinie lśniące pasemko tej rzeki. Górki, dolinki, domki, wioski. Można patrzeć i podziwiać, ale my ruszyliśmy, ciekawi miejca naszej wyprawy, które okazało się dobrze ukryte, choć na mapce oznaczone jako Källna. To nie ułatwiło nam poszukiwania gdyż w pobliżu widnieją jeszcze trzy takie same nazwy. Więc spróbowaliśmy „na węch”.

Podjazd pod autostradą przed nami, wjazd na teren „gokartów” z lewej, czyli pozostała nam tylko boczna, wąska droga prowadząca raptownie w dół i ponownie prowadząca do góry, na dość znaczne wzniesienie. Zdziwienie: duży budynek, niby magazyn, w głębi widoczny dom mieszkalny i całe podwórze zagracone taką ilością sprzętów gospodarczych, maszyn, desek, przyczep że trudno, to wszystko skojarzyć z pozostałościami po kościele. Należało przynajmniej zapytać się ludzi. Mąż odważył się poszukać gospodarzy. Został przyjaźnie poinformowany i okazało się, że po 3,3 km naszej wyprawy, trafiliśmy na właściwe miejsce.

Tutaj, za dużym budynkiem magazynu, znajduje się miejsce gdzie stał kościół i był cmentarz. Obiekt wytrwałych poszukiwań i prac dokumentacyjnych Britty Bengtsson i jej szwagierki. Co ujrzeliśmy: plac otoczony kamiennym murem cmentarnym i częściowo drzewami, tablica informacyjna, przy wejściu. Po środku zarys fundamentów kościoła, zaznaczony metrowymi tyczkami. Po środku tego prostokąta, o powierzchni około 150 metrów kwadratowych, ustawiono wysoki, drewniany krzyż. Wokół wolna przestrzeń cmentarna. Cały teren porośnięty jest trawą. Wzruszające jest to, że ktoś kosi ją tutaj. Mnie cieszy, że nie zapomniano o starym kościele, od czasu gdy w 1780 roku dzwoniły tu ostatni raz dzwony na pożegnanie. Tyle westchnień, uniesień i myśli ludzkich tkwi tutaj w każdym drzewku, w każdym kamieniu, w każdym ziarnie piasku, że chce się paść na kolana i nisko pochylić głowę.

Właściwe źródło, które dało nazwę wiosce, według danych na tablicy informacyjnej, jest oddalone od miejsca byłego kościoła o 100 metrów w kierunku południowym. Musiało ono mieć w średniowieczu ogromne znaczenie dla ludzi bo, jak piszą, miało właściwości uzdrawiające. Niestety, dzisiaj tak obudowane i zakryte, że nie ma możliwości go odnalezienia. Tyle wiemy, że woda z tego źródła, jest obecnie, za pomocą rurociągów i pompy, doprowadzana do domostwa mieszkańców tego miejsca.

Nie rozumiem ludzi, którzy szukają dziwacznych rozrywek aby zagłuszyć nudę, która ich gnębi. Nasz świat jest tak nieskończenie interesujący, że wystarczy obejrzeć się w koło.

Teresa Järnström Kurowska

Tekst publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej w 2009 roku

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer