made-in-soviet-ukraine-g89f4ce8e6_1920

Taki to już los i w pewnym sensie przeznaczenie urodzonych-nieco-wcześniej, aby wspominali stare czasy. Mam nadzieję, że nie zanudzę.

W późnych latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia podróżowałem, a lato było wyjątkowo piękne, pociągiem pospiesznym relacji Warszawa-Rzeszów. Osobliwy pociąg, ponie-waż na odcinku parudziesięciu kilometrów wjeżdżał na teren Związku Radzieckiego, skracając w ten sposób znacznie trasę. Spójrzcie na mapę, a szybko zorientujecie się w czym rzecz.

W przedziale było parę osób, między innymi młoda panna, która gdy usłyszała iż jadę „do końca”, poprosiła o wrzucenie w Rzeszowie do skrzynki pocztowej widokówki. Zgodziłem się oczywiście, nadeszła ostatnia stacja przed granicą i po chwili zostałem w przedziale sam. Pozostałe dwie osoby wysiadły razem z dziewczyną.

Granica Związku Radzieckiego z PRL-em przedstawiała osobliwy, powiedziałbym nawet przerażający, widok. Po obu stronach torów wieże strażnicze z karabinami maszynowymi wycelowanymi w pociąg, po bokach wału kolejowego zwoje drutu kolczastego, na torach brama.

Do pociągu wsiada grupa sowieckich żołnierzy z oficerem. Każdy z sołdatów dzierży w ręku metrowy pręt. Oficer zajmuje miejsce w ostatnim, „moim” wagonie, żołnierze stają na stopniach pociągu, parami po jednej i drugiej burcie, i blokują prętami drzwi pociągu, zza których patrząc mają pociąg pod kontrolą. Takich par zauważam trzy. Oficer stoi przy oknie i pali munsztukowego papierosa. Zagaduje go kobieta z malutkim dzieckiem. Spogląda spode łba i milczy. Kobieta zmieszana wraca do przedziału.

Ruszamy. Staję w oknie i obserwuję po raz pierwszy w życiu, mlekiem i miodem płynący kraj najlepszego komunizmu na świecie. Na wale kolejowym po obu stronach, co dwieście trzysta metrów, wieśniak z czerwoną opaską na ramieniu. Na przejazdach, gdy pociąg zwalnia, przypatrują się nam ludzie z innej epoki. Napotykam wzrok młokosa przy szlabanie. Patrzy mi w oczy, podnosi rękę i wygraża pięścią.

Mam tego dość, kładę się na ławce i biorę gazetę do ręki. Czytam, ale oczy mi się kleją więc wyrzucam przez okno gazetę (wstyd, ale cóż, tak było) i zasypiam. Budzi mnie stukot drzwi i widok dwóch sołdatów. Pociąg stoi. Sołdat wyciąga rękę i pyta czy to moje. Trzyma w niej pocztówkę, którą obiecałem wrzucić w Rzeszowie! Zwykła odkrytka z banalnymi pozdrowieniami, która zaplątana w gazetę wylądowała na radzieckiej ziemi! Czytam, odpowiadam, że skąd, nie moje, i żołnierze znikają. Mija sporo minut zanim pociąg powoli rusza. Wkrótce znowu zasieki, strażnice, karabiny, żołnierze z oficerem wysiadają, Polska.

Dopiero wtedy złapał mnie dygot. Jezus Maria! Gdybym im powiedział: Pocztówka moja, ale jednak nie moja, bo obiecałem tylko…. i tak dalej, to absolutnie tego dnia nie dojechałbym do Rzeszowa. W ogóle nie wiadomo ile dni, jeśli nie miesięcy, spędziłbym „za granicą”.

Miałem szczęście, i to po raz drugi. Otóż byłem człon-kiem gdyńskiego Jacht Klubu, gdzie całą zimę skrobaliśmy i szpachlowali jachty. W nagrodę mogliśmy popływać po Zatoce Gdańskiej (na co każdy z załogi potrzebował specjalnego zezwolenia WOP-u), ale ja z jakiegoś powodu nie mogłem w tej rejs wypłynąć.

Koledzy popłynęli, złapała ich zła pogoda, musieli sztormować i wiatr zniósł ich na wody terytorialne Radziecji. Wkrót-ce podszedł do nich radziecki ścigacz i zaaresztował załogę wraz z jachtem. Minęły dwa miesiące /!/ zanim bladzi i schudnięci przypłynęli z powrotem.

A wracając do dziewczyny i pocztówki, przecież być mo-że była mutacją samej Maty Hari i otarłem się o aferę, przy której pan Zacharski ze swoim szpiegostwem na rzecz PRL-u (czyli Sowietów), to drobiazg niewart jednej notki prasowej!

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer