Pomimo wszystko
W dzisiejszym artystycznym, politycznym, a nawet naukowym świecie, królują prawa wolnorynkowe (czy on taki wolny sprawa dyskusyjna, ale nie w tym rzecz), co czyni, że osoba popularna nieomal z reguły jest bardziej produktem medialnym, jak artystą, politykiem, naukowcem. W dzisiejszych czasach społeczeństwo jest już tak dobrze wytresowane, że dysponując odpowiednimi środkami, można ulepić golema celebry czy polityki, w ogóle działacza, w ciągu tygodnia (na wicepremiera jeden dzień wystarczy).
Jak było dawniej ludzie nieco starsi pamiętają, że Polska Ludowa nie była dobrą matką dla nonkonformistów w rodzaju Kofty, Hłaski, Iredyńskiego. Część z nich, jak Mrożek, Miłosz, Hłasko, Głowacki, przetrwała, bo w odpowiednim momencie zdążyli wyjechać i udało im się nie rozpłynąć w pomyjach. Inni, jak choćby Himilsbach, przetrwali. Tylko proszę nie sądzić, że Himilsbach się uchował, bo chrypiał i pił. To był świetny pisarz, jeden z najlepszych polskich nowelistów po II Wojnie Światowej.
W zamierzchłych czasach mojego dzieciństwa, ale także później i jeszcze nie tak dawno, proces stawania się celebrytą związany był z uczeniem się, żmudną pracą zostania profesjonalistą. To omijało polityków, ale bywały wyjątki poczynające sobie wyjątkowo śmiało, Roman Dmowski pisał w liście do Ignacego Chrzanowskiego (12.08.1930):
Wierzę w Polskę dopóty, dopóki są w Niej analfabeci /sic! – ASz/.
W czasach nazywanych dwudziestoleciem międzywojennym, prócz garstki intelektualistów nikt nie miał o niczym zielonego pojęcia, o trzech filarach demokratycznego państwa, o prawie i ustawodawstwie nikt nie słyszał. Ciemnym masom można łatwo wmówić (tak wówczas jak dziś) nieomal wszystko, wykorzystując umiejętnie socjotechnikę. Minęło bez mała sto lat, a koncepcja zawarta w w/w cytacie nie straciły nic na aktualności, vide sławna miska ryżu premiera Morawieckiego.
Minęły długie lata, co ze wstydem przyznaję, zanim uświadomiłem sobie, że system – jaki by nie był, autorytarny czy demokratyczny, bez różnicy – niewiele znaczy, ponieważ podstawowym miernikiem było, jest i będzie: Kto trzyma władzę, przyzwoici ludzie, czy dranie. Tak było w październiku 1956, tak w marcu 1968, w końcu w 1989 roku i tak jest dziś.
Gdy zaczyna się dziać naprawdę źle, włączają się zazwyczaj społeczeństwu, (jak psu Pawłowa), dzwonki alarmowe i tak jest teraz w Polsce. Tylko, że to nie wystarczy! Potrzeba solidarnego działania, nie tradycyjnego u nas sejmikowego pyskowania, gdyż taką drogą idąc nic się dobrego nie stanie, drodzy parafianie. A stać się może, że jak tak dalej pójdzie z durnowatym rozdrobnieniem opozycji, w końcu nawet przyjazny jej piorun, nie będzie już miał w co pierd.lnąć.
Andrzej Szmilichowski
