Samoakupunktura. O twórczości Tadeusza Polanowskiego
W gronie polskich pisarzy mieszkających w Szwecji był postacią znaną, chociaż trzymał się trochę na uboczu. A przynajmniej z rezerwą odnosił się do polonijnego życia. To co miał do powiedzenia, formułował w swojej twórczości. Parał się trudną ale przekonywującą formą literacką: fraszkami. „Tadeusz Polanowski jest satyrykiem intelektualistą. Nie jest poetą „ludowym”. To jest jego siła i jego słabość – i jego specjalne miejsce wśród satyryków i fraszkopisarzy polskich” – pisał o nim Natan Gross w londyńskim Dzienniku Polskim (15.04.1987).
Urodził się 7 października 1922 roku w Warszawie. Właściwie nazywał się Neufeld. W czasie okupacji przebywał w Warszawie, w latach 1940-42 w getcie. Od wiosny 1944 roku pracował jako robotnik rolny pod Mszczonowem. Po wyzwoleniu mieszkał najpierw w Łodzi, a w 1945 wrócił do Warszawy.
Zaraz po wojnie uwikłał się w politykę. Najpierw należał do Polskiej Partii Socjalistycznej, a później od 1948 roku, aż do wyjazdu z Polski był członkiem PZPR. Musiał należeć do partii skoro chciał robić karierę dyplomatyczną. Najpierw ukończył Szkołę Konsularno-Dyplomatyczną Ministerstwa Spraw Zagranicznych, później pracował jako attaché w Ambasadzie Polskiej w Londynie (1946-47). W kolejnych latach pracował w departamencie brytyjskim MSZ.
Jako pisarz-satyryk debiutował w 1949 roku w Szpilkach, gdzie od 1953 do 1960 był członkiem komitetu redakcyjnego. Rok debiutu w różnych źródłach, ma różne daty. W „Słowniku Pisarzy Polskich na Obczyźnie 1939-1980” podany jest rok 1949, sam Polanowski – w liście do mnie – twierdził, że debiutował jako satyryk dopiero w 1955 roku. Rozbieżność kilku lat, ma dość istotne znaczenie, bo w ponurych latach stalinowskich satyra mogła mieć tylko „jeden słuszny cel”. Przeglądając Szpilki łatwo to jednak zweryfikować. Polanowski wyśmiewał polskie przywary, ale i w zgodzie z duchem czasu karcił imperializm i kapitalizm. Niechętnie przyznawał się do tego w późniejszym okresie życia na emigracji. W 1986 roku w tomiku „Pi razy oko” naśmiewał się z Wojciecha Żukrowskiego, któremu czytelnicy po Stanie Wojennym, rzucali przed drzwiami do jego mieszkania skądinąd popularne książki: DZIEŁA WSZYSTKIE – / Kogóż to nie mami? / Masz je za życia – / Pod drzwiami – ale, kto wie, czy emigracja z Polski nie uchroniła go przed podobnym przeżyciem.
Polanowski współpracował w Polsce z szeregiem periodyków, m.in. z „Płomykiem”, był także autorem książki dla dzieci „Co to?” (Nasza Księgarnia, 1962) i tłumaczem wielu książek dla dzieci z niemieckiego i angielskiego. W latach sześćdziesiątych był redaktorem literackim magazynu turystycznego „Światowid” i inicjatorem wielu popularnych konkursów i imprez krajoznawczych. Jako autor i wykonawca uczestniczył w wielu programach satyrycznych radia i telewizji, gdzie jego cykl spolszczonych piosenek ludowych z całego świata zatytułowany „Śpiewki stare, ale jare” został nagrodzony w 1968 r. jako najlepszy program rozrywkowy. Współpracował także z teatrami i kabaretami. Był autorem sfabularyzowanego dramatu o zamachu na prezydenta Kennede’go „Mordercy i świadkowie” (prapremiera w Szczecinie w 1966 roku) i musicalu „Tam-Tam” w Operetce Warszawskiej (1967).
Był u szczytu sławy, gdy w 1968 roku przypomniano mu jego pochodzenie. Polanowski vel Neufeld znalazł się w Szwecji w 1970 roku, gdzie emigrował wraz ze swoją żoną Stanisławą, pedagogiem baletu klasycznego, i córkami: Elżbietą i Marią. Nowe życie zmusiło go do szukania nowej pracy. Najpierw w Boras ukończył studia bibliotekarskie, później przez rok pracował w Bibliotece Uniwersyteckiej w Kopenhadze, a od 1971 roku zajął się organizacją biblioteki specjalistycznej w Statens invadrarverk (Państwowym Urzędzie Imigracyjnym). Od roku 1975 pracował także jako bibliotekarz w tzw. TRU-kommittén, a następnie w Sveriges Utbildningsradio.
Nigdy nie rozstał się z twórczością. „Nie wiem, czy cnota to, czy fraszka, czy też fraszka jest wielką cnotą; w każdym razie fraszkopisarz jest niecnotą – w oczach tych, których wziął na ostrze swej satyry. A choć wbijane szpileczki mają cele lecznicze, taka akupunktura jest mile widziana tylko przez tych, którzy nie leżą na stole operacyjnym” (Natan Gross, Satyra prawdę mówi…, Dziennik Polski, Londyn 1987). Na emigracji łatwo było Polanowskiemu zrozumieć, że „szpileczki” można wkładać już gdzie indziej. Robił to świetnie, gdyż nie tylko był znakomitym satyrykiem, ale potrzebował także… samoakupunktury. Ostre pióro przez lata nie tylko nie stępiło się, ale wręcz odwrotnie: wyostrzyło.
Fraszkopisarstwo, zwłaszcza to polityczne, jest jednak bardzo ulotne i szybko się deaktualizuje. Tadeusz Polanowski bardzo uważnie obserwował to co dzieje się na świecie, w Polsce i w Sowietach. Komentował i docinał, szukał celnych puent, ironizował i obnażał. W Szwecji był jedynym pisarzem polskim z tak bogatym dorobkiem edytorskim jeszcze z Polski. Później w latach 80-tych, gdy przemiany w Polsce nabrały tempa, w jego ślady chcieli pójść inni. Nie zawsze im się to udawało, jak chociażby Tadeuszowi Karolakowi ze Sztokholmu. Zresztą Polanowski na emigracji nie miał sobie równych, może dlatego, że zajmował się tak bardzo specyficznym gatunkiem literackim. Bo, pomijając krótki żywot fraszek politycznych, jego warsztat językowy porównywany był do Najlepszych: Leca, Sztaudyngera, Marianowicza, Irzykowskiego… Zresztą Stanisław Jerzy Lec był jego przyjacielem i zadedykował mu kiedyś takie zwierzenie:
„Łaska historii na pstrym koniu jeździ” – napisał kiedyś Polanowski. Zdawał sobie sprawę jak bardzo ulotna jest jego twórczość, która zbierała dobre recenzje w prasie emigracyjnej. W Szwecji był niekoronowanym królem polskiej satyry, na emigracji traktowano go łaskawie, a w Polsce o nim zapomniano. Nie znalazł się nawet w wielkim opracowaniu Piotra Kuncewicza „Literatura polska po 1939 roku”, czy nawet w prekursorskim opracowaniu na temat literatury emigracyjnej Zygmunta Lichniaka „Zanim powstanie panorama. Wobec literatury polskiej na emigracji” (Warszawa 1983).
Drugą, równie ważną częścią twórczości Polanowskiego, była praca translatorska. Już w 1954 roku w Czytelniku ukazała się w jego wyborze i opracowaniu antologia niemieckiej poezji rewolucyjnej XIX wieku „Arsenał pieśni”. Tłumaczył poezję niemiecką, która publikowana była w tomach „Statek niewolników” i „Niemiecka satyra antyfaszystowska”. Największe zasługi ma jednak jako tłumacz Heinego, Lessinga, Goethego i Schillera. Tłumaczył także z angielskiego i francuckiego m.in. szereg sztuk wystawianych później na scenach polskich m.in. „Harvey” Mary Chase, a także powieści Malamuda i Singera.
W Polsce sztokholmski satyryk doczekał się tylko jednego opracowania. Napisał je Natan Gross, a opublikował je w toruńskim „Archiwum Emigracji” („Krytyk się nie boi”, Tom 1, 1998). „Polanowski był mistrzem kalamburu i w tytułach kolejnych tomików, afiszował się tą sztuką – pisał Gross. – Ponieważ reżim Polski Ludowej ograniczał satyrę polityczną, która bardzo korciła talent rymotwórczy Polanow-skiego, wybrał Fry-wolność i przeniósł się na fraszki pikantno-erotyczne”. Do Archiwum Emigracji prowadzonym przez Uniwersytet Mikołaja Kopernika, po jego śmierci, trafiły dokumenty Tadeusza Polanowskiego przekazane tam przez rodzinę.
Wybrałem Fry-wolność – tak zatytułował jeden ze swoich tomików fraszek. Ale wybierając emigrację wybrał także literacki niebyt. Mimo lokalnej sławy w Sztokholmie, mimo wydawanych książek w Londynie, znalazł się na marginesie życia twórczego. Mimo, że dorobek twórczy miał pokaźny: Kolce bez róż (Warszawa 1955); Taniec bez łuków (1957); Wybrałem Fry-wolność (Warszawa 1961); Chodzące klatki (Warszawa 1964); Fraszka ważka nieważka (Londyn 1977); Na pstrym koniu (Londyn 1979); Polonez na linie (Londyn 1982); Pi razy oko (Londyn 1986); Z deszczu pod rynnę (Londyn 1989); Itaka i owaka (Londyn 1992) i Niderlandy bez Zagłoby (Warszawa 1996). I wiele, wiele publikacji w londyńskich „Wiadomościach” i „Dzienniku Polskim”.
Był członkiem Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie i Związku Pisarzy Szwedzkich. Po 1980 roku angażował się w prace Kongresu Polaków w Szwecji, ale bardziej jako duchowy i ideologiczny sprzymierzeniec niż aktywista. „Czytelnik inteligentny oceni go odpowiednio tak od strony kunsztu błyskotliwego operowania słowem, jak i od strony ładunku uczuciowego, ideologicznego i intelektualnego. Warto mieć tomik „Pi raz oko” w prywatnej biblioteczce i zaglądać do tego tomu po 10 latach….” – zachęcał Natan Gross. Niestety, nie miał do końca racji: pozostał w tym tomie błyskotliwy język, ale dzisiaj wiele pisanych wówczas fraszek odnosi się do rzeczy i faktów, których nikt nie pamięta.
Tak jak mało już ktoś pamięta, że w Sztokholmie mieszkał i żył przez ponad 25 lat, niezwykle uzdolniony satyryk, Tadeusz Polanowski. Zmarł 9 listopada 1995 roku w Sztokholmie.


