cleaning-5476953_1920

Dotychczas nie korzystałam z usług pomocy domowej. Poza jednym wyjątkiem. Przez kilka lat miła Polka pucowała nam okna. Pracowała jak motorek. Przez pięć godzin potrafiła uporać się z ośmioma dużymi oknami i ośmioma mniejszymi, wszystkie podwójne, wymagające mycia i od wewnątrz. Robiła króciutką przerwę na zjedzenie własnych kanapek. Miała ze sobą nawet torebkę herbaty. Prosiła tylko o kubek wrzątku.  Niestety zmuszona była do powrotu do Polski aby zająć się chorą matką. Im dłuższe i jaśniejsze są dni tym bardziej nasze okna za nią tęsknią.

Głównym zajęciem pomocy domowej jest sprzątanie. Nazwie sprzątaczka brak prestiżu. Szwedzi wymyślili nazwę lokalvårdare. Polski odpowiednik to opiekun lokalu, który ostatnio zastąpiono technikiem od higieny. Pewien technik zauważył, że bez względu na jego zawodową definicję, nadal służy mu w pracy ta sama szczotka i wiaderko.

Polską higieną przez duże H zajmował się Państwowy Zakład Higieny, PZH, na tyłach kultowego budynku kina Moskwa, który został barbarzyńsko zburzony i zastąpiony tuzinkowymi gmaszyskami o bardziej komercjalnym charakterze.

Higiena osobista to drażliwy temat. Znamy wszyscy żartobliwe powiedzonka: „Mycie nóg to zdrowia wróg”, „Mądrzy ludzie żyją w brudzie”, „Częste mycie skraca życie”. Wbrew pozorom jest w nich odrobinę prawdy. W krajach z higieną na bakier jest mniej alergii i uczuleń niż w krajach o wysokim poziomie higieny. Przyczynę wyjaśnił znany specjalista. Stwierdził, że gdybyśmy mieli po kilo pasożytów w jelitach, nasz system obronny próbowałby je zwalczyć.  Przy braku pasożytów atakuje on własne tkanki i jest przyczyną chorób autoimmunologicznych czyli grupy schorzeń charakteryzujących się nieprawidłowym funkcjonowaniem naszego układu odpornościowego. Ojciec mojej przyjaciółki – lekarz, widząc ją jako raczkujące niemowlę i ku przerażeniu mamy liżącą podłogę, powiedział: „Pozwól jej lizać, nie wiadomo od czego dziecko się poprawia”. Poród, proces naturalny, w warunkach szpitalnych przebiega przesadnie higienicznie. Przewód pokarmowy noworodka zamiast florą jelitową zostaje często skolonizowany przez bytujące na błonach śluzowych i skórze chorobotwórcze gronkowce, co jest niewłaściwym życiowym startem dla dziecka.

Świeże mięso z drobiu bywa zanieczyszczone chorobotwórczymi bakteriami, głównie Campylobacter, czasem Salmonellą, przyczyną groźnych infekcji jelitowych. Trzeba myć ręce po każdym kontakcie z surowym mięsem drobiowym. Nie należy kroić jarzyn na tej samej desce co świeży drób. Istnieje inna chorobotwórcza bakteria, EHEC (enterohaemorragic Escherichia coli), czyli pałeczka okrężnicy, która przechwyciła od czerwonki gen produkcji toksyny powodującej krwawą biegunkę. Ta nieprzyjemna dolegliwość na ogół nie bywa rozpoznana, ponieważ konwencjonalny posiew nie odróżnia EHEC od niegroźnej pałeczki okrężnicy, która stanowi ponad 80% naszej normalnej flory jelitowej. Wystarcza 10 komórek EHEC aby wywołać infekcję. Diagnozę może potwierdzić PCR (Polymerase Chain Reaction) namnażająca minimalne ilości drobnoustroju do poziomu potrzebnego do jego wykrycia. Mam nadzieję, że Czytelnicy wybaczą mi ten wyższy kurs mikrobiologii klinicznej, ale uważałam, iż należy wyjaśnić pewne skróty i pojęcia.

Trzy lata pandemii upłynęły pod znakiem higieny. Maseczki chroniące przed zakażeniem kropelkowym, mycie i dezynfekcja rąk, utrzymywanie fizycznego dystansu między osobami, żadnych uścisków poza najbliższą rodziną, zmniejszały ryzyko infekcji wirusem Covid. Nawyki te są obecnie częścią naszej osobowości; nadal chronią nas przed bakteryjnymi i wirusowymi infekcjami, grypą czy przeziębieniem.

Podryfowałam w kierunku higieny, ale teraz powracam do tematu obiecanego w tytule.

W standardowo wyposażonym domu jest kuchenka z piecykiem, lodówka, zamrażarka, zmywarka, pralka i odkurzacz. Prócz tego, w zależności od zamiłowań kulinarnych gospodarzy i pojemności szafek kuchennych, może być wiele elektrycznych aparatów ułatwiających kucharzenie. Obecnie istnieją odkurzające roboty. Miałam kiedyś okazję przyjrzeć się takiemu cudu w akcji. Obserwowałam z fascynacją rodzaj bębenka z własnym napędem. Manewrował między meblami zmieniając kierunek przy każdej kolizji. Podobne roboty potrafią strzyc trawę. Wymijają wszelkie przeszkody, ale powinny pracować w zamkniętej przestrzeni. W przeciwnym razie mogą wybrać wolność i – naśladując kochasia z piosenki – odejść w siną dal.

Nie korzystam z pomocy robotów. Mam natomiast trzy aparaty, które traktuję jako pomoce domowe: kuchenkę mikrofalową, czajnik elektryczny do gotowania wody i ręczny mikser. Nie ma dnia abym nie była im wdzięczna za pomoc. W mikrofalówce podgrzewam potrawy i napoje, a czasem coś rozmrażam. Dzięki niej zaczęliśmy jadać owsiankę. Można ją w oka mgnieniu przyrządzić w miseczkach, z których się je. Nie straszy mnie wizja garnka z przywartymi do dna płatkami owsianymi. Mikrofalówka nie znosi metalu. Kiedyś, przy rozmrażaniu czegoś w opakowaniu ze śladami folii metalowej, w kuchence wybuchły fajerwerki. Czajnik elektryczny to kolosalna oszczędność czasu. W parę minut gotuje półtora litra wody. Po zabulgotaniu automatycznie się wyłącza. Na tradycyjnej kuchence trwa to nieporównywalnie dłużej.  Trudno się doczekać, szczególnie jeśli nam się spieszy. Ciekawe, że kiedy przyjechałam do Szwecji nie było nawet tradycyjnych czajników. Wodę gotowano w rondelku. Pałeczka ręcznego miksera to nieoceniona pomoc przy przyrządzaniu zup. Zupa-krem, czy to z marchwi czy z innych jarzyn, to delicja. Robię także pastę z awokado i śmietany, t.zw. guacamole. Podczas czyszczenia blaszek miksera wyłączam go z prądu. W przeciwnym razie mam wizje zmiksowanych opuszków palców.

Jednak coraz częściej marzy mi się pomoc domowa z krwi i kości. Moje pomoce domowe nie potrafią odkurzać, myć okien ani prasować.

Teresa Urban

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer