Smugi cienia
W kinematografii a szczególnie filmach fabularnych, treść wynika z założeń scenariusza. Dzieje się to, co musi, żeby reżyser mógł powiedzieć, co chce, podejmując próbę przekonania widza do z góry założonej artystycznej tezy. W życiu kraju, a więc państwa, dzieje się podobnie, tylko bardziej brutalnie. Mamy się podporządkować „niewątpliwie słusznym” tezom, które nierzadko uważamy za nieprzemyślane, niesprawiedliwe i wzbudzające irytację.
Gdy przekroczymy smugę cienia, jak nazywam tu wejście w podeszły wiek, dokonujemy rachunku życiowych strat i zysków i staramy się – dla własnej wygody, omijać kłopotliwe strefy moralnych kompromisów, poszukiwań sprawiedliwości, prawd ostatecznych, wiary, sensu, seksu (niepotrzebne skreślić).
Nie każdy przeprowadza bilans życia, ale wielu uważa, że lepiej puki czas rozliczyć się z… No właśnie: z kim mamy się rozliczać? Ze sobą, z Bogiem, z okolicznościami, losem, przeznaczeniem? Jakimi kryteriami się kierować? Nikt nie jest wyłącznie dobry albo zły, doświadczamy jak życie długie przemian, ale pierwiastek ciemności tkwi w każdym. Problem w tym, żeby utrzymać równowagę i jedni radzą sobie z tym lepiej, inni gorzej. Niestety wielu zupełnie sobie nie radzi, a wtedy każdy wybuch przemocy czy gwałtu, daje budulec kolejnym.
Człowiek twardy jest i w smudze cienia egzystuje długo, a starość nie zawsze ale często, tępa bywa. Na szczęście dziś coraz więcej kobiet i mężczyzn się na to nie godzi. Jeszcze nie tak dawno temu sześćdziesięciolatkowie mieli przygotowany strój do trumny, łącznie z bielizną i butami, a trumna stała w sieni (szczątki takiego myślenia widzimy na cmentarzach tam, gdzie wolne miejsce do wpisania daty odejścia). Dziś ludzie w tym wieku zastanawiają się nad rozpoczęciem nowego życia i tu raczej wiodą kobiety.
Mężczyźni zostali z tyłu, szczególnie ci w niedorzecznych sukniach. Czarno odziani wybrańcy bogów, promieniują wystudiowanym spokojem, jakby znajdowali się na wyższym poziomie, niż reszta. Bez wątpienia są na innym poziomie, ale nie jest to poziom wyższy. Pracują marnie, działają powierzchownie. Trzymają się za wszelką cenę nieruchomej fabuły, tam gdzie oczekiwałoby się pogłębienia treści, jest tylko pusta maniera. Ale jednocześnie trochę żal, że to się tak ześlizgnęło, mogło przecież być inaczej i znacznie lepiej.
Stanisław Lem pisał:
„Ateistą jestem z powodów moralnych. Uważam, że twórcę rozpoznajemy poprzez jego dzieło. W moim odczuciu świat jest skonstruowany tak fatalnie, iż wolę wierzyć, że nikt go nie stworzył”.
Nie poszedłem tak daleko jak sławny pisarz, wierzę w istnienie pozamaterialnych sił stwórczych, ale słowa godne zastanowienia.
Cóż nam czynić, rzeka jaka jest każdy widzi, płynie i my razem z nią, ale czynienie obserwacji jak na razie zabronione nie jest. Na przykład taki Donald Trump. Nie mogę znieść tego faceta. Odbiera mi spokój, bo zajmuje niegodnie ważne miejsce. Ale przypomnę, że był wykorzystywany i zindoktrynowany przez okropnego ojca, nie miał oparcia w matce, osobie o wyjątkowym braku właściwości, zaś dziadek był potworem. Trump jest prymitywny i abominacyjny, trudno temu zaprzeczyć, ale nie urodził się taki, a stał – to był proces. Dziś już nie ma o czym mówić, nie mam dla niego śladu sympatii ale trochę tłumaczę. Człowiek przecież, a percepcja bywa niebezpieczna.
Sposób w jaki obserwujemy zwierzęta, ziemię, siebie nawzajem, w ogóle świat, decyduje o tym, jak będziemy postępować. Percepcja ma siłę, konsekwencje i wpływa na to jak się zachowujemy wobec innych. Na razie nie wiemy jeszcze dokładnie, jak działa ludzki mózg, ale jesteśmy w stanie powiązać przyczynę ze skutkiem, a to już dużo, ponieważ potrafimy wskazać powiązania negatywnych przykładów wziętych z rządów, mediów czy religii, ze szkodliwymi zachowaniami w życiu.
Czesław Miłosz kończy swojego „Pieska przydrożnego” takimi słowami:
„Nasza cywilizacja zatruła wody rzeczne i ich skażenie nabrało potężnego uczuciowego sensu. Skoro bieg rzeki jest symbolem czasu, skłonni jesteśmy myśleć o czasie zatrutym. A przecież źródła dalej biją i wierzymy w czas oczyszczony. Jestem wielbicielem płynięcia i chciałbym powierzyć wodom moje grzechy, niech płyną do morza”.
Andrzej Szmilichowski
