Festiwal festiwali filmowych

0
movie-theater-g6bb51dc18_1920

Zainspirowany książką Ewy Szponar ”Fabryka splendoru” (2022) poświęconą generalnie festiwalom filmowych a w szczególności trzem najważniejszym (Wenecja, Cannes, Berlin) postanowiłem sięgnąć do niezgłębionych zapasów pamięci i przywołać najciekawsze epizody własnych wizyt na różnych festiwalach. Pierwsze porównanie narzuciła mi antologia tekstów o wybitnym krytyku filmowym Jerzym Płażewskim (2021). Podaje on, że bywał na 40-tu festiwalach, na niektórych wielokrotnie, szczególnie często w Cannes, gdzie uznany był za rekordzistę.

W tym zestawieniu moje 30 festiwali prezentuje się nieźle, choć najczęściej odwiedzałem miejscowy, w Sztokholmie, a na wyżej wymienionych, trzech głównych, nie byłem nigdy.  A szczęście mogło być blisko, bo w Locarno poznałem szefa festiwalu Moritza de Hadeln, który w dodatku później angażował mnie do honorowej roli cicerone w Sztokholmie, dokąd przybył wraz z żoną. Gdy z kolei został szefem Berlinale (potem także weneckiego Biennale), myślałem o załatwieniu sobie ”po znajomości” jakiejś akredytacji, ale w końcu dałem spokój.

Bywałem na festiwalach w Szwecji (poza Sztokholmem : Göteborg. Malmö) i Polsce (Gdańsk, Kraków, Łagów, Łódź, Toruń, Warszawa a także Nowe Horyzonty w Cieszynie i Wrocławiu). Na tym ostatnim festiwalu spotkałem często cytowaną w ”Fabryce splendoru” Mariolę Wiktor, która zaprosiła mnie na inny festiwal, organizowany w Łodzi, już jesienią tegoż roku 2009, głównie z racji przyjazdu tam Jana Troella, jako że mógłbym to jakoś po szwedzku urozmaicić. Podobny szwedzki akcent zadecydował o zaproszeniu mnie na pierwszą edycję festiwalu operatorów Camerimage w Toruniu (1993), którego gwiazdą był wówczas Sven Nykvist.

Fakt znany mi z lektury książki Krzysztofa Zanussiego ”Pora umierać”, przypomniała teraz Ewa Szponar. Zanussi pisał o weneckich obyczajach włoskiego krytyka i przewodniczącego jury Lino Micciché, zmuszającego jurorów do oglądania filmów w całości (mowa o 7-godzinnym obrazie sędziwego Portugalczyka  Manuela De Oliveiry, co skłoniło Eugene Ionesco do symulacji zasłabnięcia). Poznałem Lino na festiwalu w Pesaro, bogatego w wydarzenia roku 1968, dwa lata po moim debiucie w redagowanym przez niego renomowanym periodyku ”Bianco e Nero”.

Stop-klatka! Zawiodła mnie pamięć, redaktorem BeN byl Ernesto G. Laura, z którym też zamieniłem parę słów w Pesaro.

Ale na szczęście nie zasiadałem tam w jury i Lino nie mógł mnie do niczego zmusić. Zresztą nigdy nie byłoby takiej potrzeby bo na ogół wysiadywałem cierpliwie nawet na najdłuższych filmach. Przydała się praktyka z mego pierwszego niby to festiwalu. Festiwal Festiwali Filmowych (FFF)  w Warszawie w r. 1958 był jakby kopią Londynu (który odwiedziłem 1964 wyjeżdżając z Polski na stałe) czy Acapulco (Meksyk). Wtedy obejrzałem trzy filmy na seansie całonocnym w kinie Skarpa, w obawie, że nie obejrzę ich nigdy.

Początki były oczywiście krajowe bo dwa lata z rzędu – 1962 i 1963 – pracowałem w biurze prasowym festiwalu filmów krótkometrażowych w Krakowie. Ale już latem i jesienią 1962 zaniosło mnie za granicę, do Karlovych Varów, wówczas festiwalu klasy A (na zmianę z Moskwą), później do Trydentu we Włoszech.

W Karlsbadzie byłem na wycieczce grupowej z ramienia polskiego Klubu Krytyki Filmowej, którego zaakceptowani członkowie sami opłacali podróż a festiwal dawał miejsca w hotelu ze śniadaniem. Pozostałą żywność można było zdobyć na wieczorowych bankietach, sposobami, które polska brać dziennikarska nazwała polityką spalonej ziemi. To jakby antypody berlińskiego Kulinarisches Kino, z biletami w cenie 80 Euro.

Na tym festiwalu udało mi się spotkać emerytowanego już Franka Caprę, oraz wschodzącą gwiazdę Ermanno Olmi (o czym pisałem w innym miejscu), obejrzeć ”Zeszłego roku w Marienbadzie” na specjalnym pokazie dla delegacji sowieckiej, a także podsłuchać na bankiecie wymianę zdań o tym filmie wśród członków tejże delegacji – Stanisława Rostockiego, czeskiego tłumacza oraz milczącego dyplomatycznie Michaila Romma (zresztą laureata  Grand Prix festiwalu za ”9 dni jednego roku”).

Ważniejsze dla przyszłości były spotkania ze szwedzkimi krytykami. Arne Svenssona, z którym mieszkałem w tym samym hotelu i codziennie mijałem w drodze na lub ze śniadania, spotkałem później w Sztokholmie na jednym z wczesnych pokazów w Cinemateket, wówczas w ABF na Sveavägen. Odnowiliśmy znajomość z widzenia i zaprosił mnie do współpracy z kwartalnikiem Filmrutan, która później trwała przez 40 lat i niekiedy rozwijała się intensywnie. Nestora szwedzkiej krytyki Bengta Idestama-Almqvista spotkałem w Karlovych Varach na którejś z konferencji prasowych, a poznaliśmy się w czasie jego wizyty w Warszawie trzy lata wcześniej. To wszystko pomogło mi później w otrzymaniu stałej pracy w Szwedzkim Instytucie Filmowym na blisko 36 lat.

W ramach festiwalu miała też miejsce wycieczka do pobliskich Mariańskich Łaźni (gdzie właściwie festiwal był inaugurowany kilkanaście lat wcześniej), a pod koniec pojawiła się szansa wzięcia udziału w Festiwalu Pracujących w słowackiej Bratysławie, gdzie wraz z pewnym znanym grafikiem, autorem plakatów filmowych utworzyliśmy delegację otwierającą pokaz polskiego filmu i w zastępstwie nieśmiałego grafika wygłosiłem krótkie przemówienie, tłumaczone na słowacki.

W Karlsbadzie popisałem się też lingwistycznym qui pro quo, gdy na konferencji prasowej uznałem, że znam już język czeski (po kilku wizytach w strefie konwencji na Słowacji) i sformułowałem pytanie w mózgorosłej czeszczyźnie, które tłumacze pracowicie przekładali z polskiego na nasze. Więcej śmiechu było jednak na chyba tej samej konferencji, gdy polska aktorka Anna Prucnal powiedziała, że bułgarski reżyser jej SZUKAŁ – do roli w nagrodzonym tu później filmie ”Słońce i cień”, nie mógł znaleźć i kilkakrotnie szukał. Wtajemniczeni wiedzą co znaczy szukać w kuchennej czeszczyźnie.

Wizyta w Trydencie była debiutem w załatwianiu zaproszeń na festiwale (all inclusive) do jury FIPRESCI, czyli organizacji zrzeszającej krytyków filmowych z wielu krajów. Były tam ciekawe wycieczki górskie (m.in. za pomocą kolejek linowych) w miejsca zwane Paganella, Presanella (z widokiem na Dolomiti di Brenta) i Jezioro Garda. A także konieczność udziału w obradach jury  w języku francuskim, do niedostatecznej znajomości którego się nie przyznawałem (uczynił to niemiecki alpinista  Toni Hiebeler, korzystający z tłumacza) co czasem wywoływało nieporozumienia.

Powrotny bilet lotniczy Mediolan-Warszawa zafundowany przez festiwal pozwoliłem sobie zamienić w pierwszym z brzegu biurze turystycznym na kolejowy i poświęcić uruchomione fundusze na kilkudniowy pobyt w Rzymie, wizytę w Weronie i Wenecji oraz całodzienne przerwy w podróży w Innsbrucku i Wiedniu.

Późniejsze festiwale, załatwiane na podobnych zasadach już ze Szwecji, nie wymagały podobnej gimnastyki, bo stałem się pełnym dewizowcem. Tak nazwał mnie później pewien znajomy krytyk, spotkany w pociągu wiodącym z Warszawy do Krakowa na kolejny festiwal dokumentów i krótkich metraży. Mogło to być w roku 1981, w stanie wojennym, a mógł nazwać gorzej, biorąc pod uwagę niektóre jego publikacje około roku 1968.

Do jury FIPRESCI udawałem się nie tylko do Krakowa (dwukrotnie)  i raz do Warszawy, także do Locarno (1973) gdzie przyczyniłem się do przyznania nagrody Krzysztofowi Zanussiemu za ”Iluminację” (zdobył także nagrodę główną festiwalu, Złotego Lamparta). A także do Soczi (1999) gdzie podobną przysługę współserwowałem filmowi ”Nic” Doroty Kędzierzawskiej.

Obecność filmów polskich na festiwalach, w których zdarzało mi się uczestniczyć jako juror to oczywiście przypadek. Na festiwalu w Krakowie, gdzie w jury zasiadał również mój łódzki przyjaciel prof. Tadeusz Szczepański, mieliśmy towarzystwo francuskiego Araba, nagrodziliśmy film meksykański i oczywiście musieliśmy porozumiewać się po francusku. I tu znów moje językowe limity wywołały zabawne qui pro quo, bo raz powiedziałem do Arabofrancuza o Tadeuszu. że to ”mon frere”, choć właściwie chciałem powiedzieć ”mon ami”. Mógł poczuć się zdominowany jeśli nie sterroryzowany nie tylko przez 2 Polaków, przyjaciół, ale wręcz braci ! To trochę jak w Black Power albo Bractwie Muzułmańskim.

Pozostają jeszcze ważne dla mnie festiwale, poświęcone tematyce górskiej i alpinistycznej. Tu łączy się profesja z hobby chodzenia po górach. O ile w Trydencie byłem tylko z urzędu (to jest z racji zainteresowań zawodowych) o tyle w Katowicach już z wieku i z urzędu.  W r.1988 gwoli prezentacji odnalezionego z moim udziałem w londyńskim archiwum filmu o polskiej wyprawie w Andy 1934. A 2 lata później zaproszono mnie do głównego jury gdzie zasiadało również 2 Francuzów, alpinista i lotniarz Bailly oraz Pierre Ostian, prowadzący znany mi z TV5 program ”Montagne”, a także 2 Polaków:  wybitny operator i reżyser Sergiusz Sprudin oraz mój dawny kolega z pewnej redakcji Wacław Swieżyński. Wacek, który jeszcze w Polsce nie unikał ironizowania na temat mej fascynacji górami i filmem górskim (a czemu nie pszczelarskim?) i to mimo prywatnego pożycia z alpinistką,  po moim wyjeździe z Polski ambitnie kroczył mymi śladami odwiedzając kilkakrotnie Trydent gdzie nawet raz zaproszono go do głównego jury.

Dopiero w XXI wieku zacząłem regularnie odwiedzać Przegląd Filmów im. Wandy Rutkiewicz, organizowany w Warszawie zrazu w budynku na stadionie Skry, później w nowym gmachu Muzeum Sportu i Turystyki na Wybrzeżu Gdyńskim. Na jednym  z nich moja przypadkowa obecność uzupełniła prezentację kolejnego odkrycia przez reżyserkę Annę Teresę Pietraszek fragmentu materiałów nakręconych 1939 na wyprawie na Nanda Devi East (7434), co było kontynuacją moich poszukiwań w brytyjskim archiwum 30 lat wcześniej. Równolegle bywałem częstym gościem festiwalu Żydowskie Motywy organizowanym w warszawskim kinie Muranów, raz nawet zaproszono mnie do jury, które, rzecz na międzynarodowym festiwalu nie spotykana, było zawsze w całości polskojęzyczne, choć uczestniczyli w nim Rosjanie, Izraelczycy, Szwedzi czy Amerykanie.

Ewa Szponar podaje w swych festiwalowych wspomnieniach, że na swą pierwszą edycję Wenecji dojeżdżała z odległej o kilkadziesiąt kilometrów Padwy. Mnie się to przytrafiło tylko raz, gdy mieszkając u znajomych Polaków w Lund dojeżdżałem codziennie rano w ciągu kwadransa do Malmö, gdzie odbywał się festiwal BUFF, o specjalizacji dla dzieci i młodzieży.

Nie przecierpiałem też znanej z dużych festiwali klasowej stratyfikacji. W Karlovych Varach wstęp był wolny na wszystkie pokazy, imprezy i bankiety dla wszelkich akredytacji, a czerwonego dywanu doświadczyłem tylko raz, w czarnomorskim Soczi (przed prezydenturą Putina, której nie akceptuję i przed zimową olimpiadą), gdzie twórcy i jurorzy różnych proweniencji zgodnie  maszerowali po kolei.  Na dywanie przeważali Rosjanie i rozbrzmiewała ich lingua franca, wiec nie chcąc się wyróżniać, gdy pojawił się tam Krzysztof Zanussi, członek głównego jury a może nawet jego przewodniczący, przywitałem go gromkim: zdrastwuj drug! dawno nie widielis’… co wzbudziło zdziwienie Rosjan, że Polacy porozumiewają się w ich języku. Nie jestem pewny czy ktokolwiek, a nawet sam Zanussi, zrozumiał piętrowa (auto)ironię w moim okrzyku. Bo choć znałem Krzysztofa od r. 1958, kiedy pracowałem w redakcji Ekranu a on właśnie zdobył główną nagrodę w festiwalu filmów amatorskich za ”Tramwaj do nieba” i później widywaliśmy się  na festiwalach w Polsce, to jednak nie mogę powiedzieć, że byliśmy zaprzyjaźnieni. Parę miesięcy przed Soczi był w Sztokholmie, gdzie go oprowadzałem po zbiorach SFI w Filmhuset czyli widzieliśmy się bardzo niedawno.

Czy jestem ćmą czy kretem (według terminologii podanej przez Ewę Szponar)? Oczywiście kretem (w ciemnej sali kina), Ale były wyjątki. Do Avoriaz wybrałem się oczywiście na narty, ale parę dni zajął festiwal. W Pesaro przyleciałem czarterem kilka dni przed rozpoczęciem festiwalu co pozwoliło popływać w Adriatyku i opalać się na plaży. To samo w Soczi dzień przed festiwalem – w Morzu Czarnym. W Łagowie odważyłem się wykąpać w jeziorze, co niestety skończyło się przeziębieniem, co mi się rzadko zdarza.

Byłem więc kretem, ale bez przesady. W Moskwie (1991) oglądałem filmy konkursowe, by nie przegapić kandydatów do ewentualnej nagrody, ale nie  miałem ambicji kolegi-jurora Janusza Gazdy, który pracowicie oglądał różne filmy sowieckie dla swych późniejszych uczonych tekstów. Ja, w wygospodarowanym czasie wolnym, chętnie brałem udział w wycieczkach organizowanych dla gości festiwalu: po Moskwie, statkiem po rzece Moskwie, aż po miejsce gdzie wpada do Wołgi, do Pałacu Szeremietiewów czy do Zagorska ze słynnymi cerkwiami i klasztorem. W Soczi odwiedziłem jedną z daczy Stalina, gdzie nadal zasiada jego sztuczna mumia.

Najlepszą korespondencję napisałem z festiwalu, na którym nie byłem. I podpisałem nazwiskiem Grażyny Staniszewskiej, wówczas (1958) młodej aktorki zaproszonej do San Sebastian z okazji filmu ”Zamach”. Wzięła ona z redakcji Ekranu zaliczkę 2000 zł  za co miała napisać tekst. Przyniosła parę luźnych notatek i kilka fotosów. Ja to wziąłem do domu i na następny dzień przyniosłem tekst konfabulujący festiwalowe zaszłości (znałem nagrody), za który poza honorarium  (300 złotych?) dostałem jeszcze drugie tyle za najlepszy tekst numeru. Dopiero po obejrzeniu omawianych filmów stwierdziłem jak dalece się myliłem.

Tekst najgorszy napisałem dla tegoż Ekranu z Pesaro (1968) ale pogorszył się nie z mojej winy.  W tym politycznie rozwichrzonym roku prawdziwa relacja z buntu młodzieży na zachodzie musiała ulec zmianie z punktu widzenia ideologii sowieckiego komunizmu, w którą studencka lewica się nie wpisywała.

Aleksander Kwiatkowski

Foto: © CC0 Public Domain

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer