Jak nie stałem się komunistą

0
30a-1

Za tym górnolotnym i pretensjonalnym tytułem kryć się będzie garść wspomnień od późnego dość dzieciństwa do niemalże dnia dzisiejszego, nie ulega bowiem wąt­pliwości, że wychowanie w komunizmie pozostawia na jednostce jakieś ślady, może nie do wymazania.

Za punkt wyjścia przyjmiemy rok 1945, ten zwrotny rok,  kiedy nagle urwały się kontakty z innym systemem totalitarnym – hitleryzmem, i komunizm, wyzwalający od tego pierwszego, rozpostarł nade mną swe opiekuńcze skrzydła na lat bez mała 20.

Wyzwolenie zastało 9-latka podświadomie patrzącego na Rosjan w spo­sób życzliwy. W domu różnie się mówi o Stalinie i rosyjskich komunistach, a na­wet oddalona obserwacja rzeczywistości w Polsce tuż po wojnie pozwala słyszeć o żołnierzach gwałcących kobiety. W czasie jakiejś podróży wakacyjnej (powrót z Sopotu latem 1945) nocny postój pociągu wywołany jest niepokojami i strzałami; towarzysze podróży mówią o rosyjskich żołnierzach.

Polska budziła się do życia w nowym kształcie terytorialnym (ustrojowy miał dojrzeć w ciągu kilku następnych lat). Oficjalna propaganda mówiła wówczas (i powtarzała jeszcze długo) o ogromnych korzyściach jakie Polsce przynosi ów nowy, zaokrąglony kształt, o powrocie na ziemie piastowskie, o ujednoliceniu narodowościowym (tj pozbyciu się – dzięki Hitlerowi i Stalinowi – mniejszości na­rodowych, jak Żydzi, Niemcy, Ukraińcy, Białorusini i Litwini). Cóż mógł wiedzieć na ten temat 10-latek? Przyjmował to wszystko na wiarę, tym bardziej, że nie miał w rodzinie prześladowanych aktualnie AK-owców, a ”wyzwoleniu” ze wschodu niewątpliwie zawdzięczał wiele, choć z perspektywy lat nie można przypisać wyzwalającym armiom intencji szlachetniejszych niż dojście do Berlina i zatknięcie czerwonej flagi na kopule Reichstagu by zaznaczyć granice nowych sowieckich władań. 10-latek wierzył więc, choć już dla prymitywnych chłopków ze wsi, pracujących w zakładzie krawieckim ojca jako czeladnicy, prawda wyglądała inaczej, triumfy święciło przy­słowie ” musi to na Rusi, a w Polsce to jak kto chce” i odzyskanie ziem zachodnich w połączeniu z utratą wschodnich nie było już oczywistym błogosławieństwem.

Polskie społeczeństwo zostało w tych pierwszych latach zglajszachtowane przez władzę, co osiągnięto na przełomie lat 1948 i 1949, z kongresem zjednoczeniowym PPR i PPS. Jakie echa tych wydarzeń docierają na poziom szkoły powszechnej? Istnieje jeszcze kilka partii, w tramwajach sprzedawana jest Gazeta Ludowa, pismo premiera Mikołajczyka. Społeczne poruszenie związane z referendum ”3 x tak” jak i wyborami w początkach roku 1947 pozostawiło mnie absolutnie obojęt­nym. W szkole dogorywają jeszcze lekcje religii (ostatni raz bodaj w klasie 6-ej, później poczciwa siostra zakonna, wykładająca religię w szkole nr 1 na ul. Sterlinga w Łodzi, zostawia klasę 7-mą swemu losowi, oficjalnie – z powodu stanu zdrowia; jak się dziś wydaje może z innych powodów, podwyższając całej klasie końcowe stopnie o jedno ziarnko w górę) a działalność rozwija nowopowstała organizacja ZWM. Jeden z moich bliskich kolegów w podstawówce, znany później dziennikarz i publicysta Ernest Skalski, zapytał mnie kiedyś mimochodem, w klasie 6-ej czy 7-ej, czy nie chciałbym wstąpić do ZWM. Nie wiem czy tak właśnie sformułowałem moje kontrpytanie, ale tak je przechowała pamięć pracująca na zasadach esprit d’escalier : A czy tam się gra w piłkę? Nie, tam się pracuje społecznie. Na takie dictum chyba zrezygno­wałem z wczesnego udziału w budowie socjalizmu. Nie chciałbym absolutyzować, czy umieszczać zbyt wcześnie w czasie mych prawdziwych czy urojonych, świadomych czy podświadomych tendencji opozycyjnych, ale może był to pierwszy, instynktowny odruch niechęci do nowego systemu i narzucanych przezeń norm. Późniejsze, gimnazjalne już perypetie z ZMP dopiszą nowe rozdziały do tej tendencji.

W domu sytuacja rozwijała się znakomicie. Ojciec przejawiał inicjatywę prywatną jak długo było można, niszczony podatkami i domiarami przez Urząd Skarbowy, ale i tak ciągnął lepiej od większości społeczeństwa; konfiguracja długo jeszcze aktualna w zestawieniu prywaciarzy i ludzi żyjących z pensji w późnym socjalizmie. Moja starsza siostra i jej mąż (ślub odbył się jesienią 1948 r., nie na długo przed zjednoczeniem partii), aktywni w AZWM Zycie, później wcześnie wstąpili do partii. Tylko ojciec nie chował głowy w piasek, zachowując zdrowy odcień sceptycyzmu i krytycyzmu wobec Przodującego Ustroju (co nie zmienia faktu, że po śmierci Stalina też łza mu się w oku zakręciła, chodził przez kilka dni przybity i mówił że jednak umarł wielki człowiek, ulegając psychozie, ogarniającej zresztą wcale nie większość społeczeństwa). Często powtarzał, że przedwojenni proletariusze żyli lepiej niż teraz, że zasiłek dla bezrobotnych przewyższał obecne pensje (co znakomicie później potwierdziła wiedza o sytuacji na Zachodzie), wreszcie ulegał podszeptom wrogiej propagandy, słuchając np. Londynu i Wolnej Europy, czy dając posłuch plotkom rozsiewanym przez niejakiego Ignacego Holzdorfa, który spędził wojnę w Związku Sowieckim i opowiadał, że są tam obozy pracy przymusowej.

Nazwisko Ignacego Holzdorfa stalo się w naszym domu sygnałem wywoławczym ogólnej wesołości i kpin z niedowiarków wobec Przodującego Systemu. Wszystkie obra­zoburcze stwierdzenia mego ojca kwitowano lapidarnym oświadczeniem :”Ignacy Holzdorf!”, co rzekomo miało im odbierać jakąkolwiek wiarygodność. Jeszcze do niedawna, po wszystkich rewelacjach rozmaitych Światłów czy Chruszczowych i po diametralnej zmianie sytuacji całej naszej rodziny, w ”łódzkich dowcipach” mojego szwagra prze­świtywało od czasu do czasu nieśmiertelne nazwisko Bogu ducha winnego Holzdorfa. Mojej siostrze i szwagrowi zawdzięczam też fakt, że byłem w latach stalinizmu hermetycznie chroniony przed jakimikolwiek wpływami kapitalistycznych, wrażych mia­zmatów ideologicznych. Gdy w rzadkich wypadkach wątpliwości zwracałem się do ojca z prośbą o wyjaśnienie, i gdy próbował mi coś wyjaśniać zgodnie ze swą najlepszą wiedzą i wolą, następowała wówczas interwencja młodego pokolenia komunistów, zale­cających, aby mi nie mącono w głowie, bo w szkole mówią co innego a w domu co innego, że powstanie mętlik i brak konsekwencji. Nie jestem do dziś pewien, czy te cenzuralne za­biegi wpłynęły korzystnie na moje życie psychiczne, czy pomogły mi w przekrocze­niu szokującej odnowy lat odwilżowych. Pamiętam tylko, że właśnie w roku 1956 czy 1957 toczyłem długie i gwałtowne dyskusje z jednym z moich bliskich kolegów, który twierdził, że ”on wszystko wiedział” na temat zbrodni Stalina, że referat Chruszczowa nie stanowił dla niego rewelacji, właśnie dlatego, że w domu ”o wszystkim mówili”. Nie przesądzam, czy mój przyjaciel mówił prawdę, czy też tyl­ko chełpił się swą przezornością i uświadomieniem. Jeszcze kilka lat po Październiku, gdy za­dałem mojej siostrze jakieś pytanie, dotyczące trudności gospodarczych, czy nis­kiej stopy życiowej w Polsce, otrzymałem odpowiedź: no a przecież, poza wszystkim my musimy się przecież zbroić (w domyśle: bo ktoś nam zagraża, kto? imperializm amerykański? niemieccy rewizjoniści?).

W szkole podstawowej nie odczułem silniejszego ciśnienia polityki. Nic dziwnego, lata były jeszcze wczesne, dopiero w 1948 r., gdy rozpocząłem naukę w gimnazjum (TPD nr 1 w Łodzi), po raz pierwszy zetknąłem się ze sławetną organiza­cją Związek Młodzieży Polskiej. Zarząd szkolny ZMP spoczywał wówczas w rękach naj­starszych 10-klasistów, na ogół wyrośniętych ”byków”, pospóźnianych po latach wojennych. W naszej klasie VIII (1-sza gimnazjalna) organizacja dopiero się tworzyła. Gdy dostrzegłem, że co ”lepsze” elementy w klasie wstępują do ZMP, zacząłem przeprowa­dzać pierwsze zwiady. Przewodnicząca zarządu szkolnego obiecała mi wówczas, że mnie przyjmą, ale w następnym roku 10-ą klasę przeniesiono gdzie indziej i wszystko to zawisło w powietrzu. Czołowi kawalarze klasowi, Rymkiewicz (późniejszy zna­ny poeta i pisarz, o imponujących meandrach światopoglądowych) i Bardecki próbowali niekiedy wkraczać na zebrania organizacji, oświadczając, że są sympatycznymi sympatykami, najczęściej jednak wypraszano ich (i mnie również) w sposób dość bezceremonialny W klasie IX i X szczególnie dała się nam we znaki instytucja ”Lekkiej kawalerii”, ochotniczych patroli ZMP-owców, śledzących objawy niesubordynacji, niepoważnego stosunku do nauki czy dyscypliny szkolnej. Nie będąc nigdy uczniem szczególnie zdyscyplinowanym, padałem też parokrotnie ofiarą ”Lekkiej kawalerii” a w jednym wypadku skończyło się to nawet wywieszeniem mego nazwiska w gazetce ściennej czy ogłoszeniu go, w potępiający sposób, przez szkolny radiowęzeł. W gazetce ścien­nej zdarzało mi się zresztą uczestniczyć także w sposób bardziej chwalebny, np. jako autor artykułu pt. Sport w ZSRR. Co niezbicie dowodziło, że mój sto­sunek do nowej rzeczywistości był w zasadzie pozytywny i łączył się także z zainteresowaniem dla kultury rosyjskiej. Nigdy nie przejawiałem niechęci do nauki języka rosyjskiego, a większość polskich dzieci opanowywała ten język w sposób niedostateczny, jeśli wziąć pod uwagę jego łatwość i podobieństwo do polskiego. Byłem w klasie bodaj najlepszy z rosyjskiego, jeśli pominąć dość liczną grupę uczniów, którzy spędzili lata wojny w Związku Sowieckim.

Terror szkolnej organizacji ZMP wyrażał się zresztą nie tylko w ekscesach Lek­kiej Kawalerii. Jedną z najgłośniejszych afer quasi-politycznych był w naszej szkole konflikt między uczniem klasy IX Szpiglem (bodaj aktywista ZMP) a jedną z najbardziej znienawidzonych nauczycielek, matematyczką Jarząbkowa, przezywaną ”Iglicą”(od czasu szkolnej wycieczki na WZO we Wrocławiu). Nie pamiętam już co było przedmiotem konfliktu, w każdym razie jakieś nadrzędne władze stanęły przynaj­mniej częściowo po stronie ucznia, co skończyło się przeniesieniem obojga do innych szkół.

Co czyni ”czarna owca” poddana terrorowi Lekkiej Kawalerii? W większości wypad­ków stara posłusznie włączyć się z powrotem do szeregów. Nie przypuszczam abym był typową czarną owcą (także inni uczniowie miewali rodziców z prywatna inicjatywą), ale znamienny był fakt pozostawania poza organizacją ZMP, do której należeli, jak mi się wówczas zda­wało (co może świadczy o tym, że były to sprawy, o których się głośno nie mówiło), prawie wszyscy uczniowie w klasie. Bodaj w klasie X podjąłem kolejną heroiczną próbę wstąpienia. Miało to miejsce na specjalnym zebraniu, na którym była też obecna (nie wiem dziś dlaczego) moja matka, zresztą dość aktywna w komitecie rodzicielskim. Po krótkim oczekiwaniu na korytarzu, wezwano nas i oświad­czono, że organizacja klasowa nie uznała mnie za godnego itd. Sprawa wróciła na wo­kandę w kilka dni po maturze, kiedy przewodnicząca zarządu klasowego, przyjemna dziewczyna z rosyjskim akcentem, zresztą jedna z najlepszych uczennic, Ludmiła Dorenblat, zwróciła się do mnie słowami: wiemy, że zawsze chciałeś wstą­pić, więc teraz zwołujemy nadzwyczajne zebranie w sprawie przyjęcia kilku uczniów, dotychczas nie zrzeszonych. W tym momencie okazało się, że jednak ładnych parę osób nadal nie należy, jednej z uczennic zresztą jeszcze raz nie przyjęto, nie pamiętam z jakich powodów. Wszystkie te korowody zmierzały do – jakże humanitarnego – umożliwienia świeżo upieczonym maturzystom dostanie się na wyższe studia, co bez członkostwa w ZMP było bardzo utrudnione, jeśli nie wręcz niemożliwe (był rok 1952). Drugim za­biegiem w tym kierunku było ostateczne wycofanie się mojego ojca z prywatnego przedsiębiorstwa (zakład krawiecki i sklep z konfekcją na Narutowicza 38 w Łodzi), wywołane, jak twierdził, nie tylko coraz trudniejszym do zniesienia naciskiem ze strony Urzędu Skarbowego, ale także chęcią umożliwienia mi dostania się na studia (kiedy rozpoczynała je moja siostra, wymogi tego typu nie były jeszcze, tuż po wojnie, takie ostre).

W czasie trwających egzaminów maturalnych popisali się z kolei moi rodzice piramidalnym brakiem wyczucia w zakresie wyboru kierunku moich przysz­łych studiów. Miałem już złożone papiery na Wydział Historii UŁ, gdy w szkole na­szej pojawili się wysłannicy uczelni zwanej parę lat wcześniej Akademia Nauk Poli­tycznych, a wtedy już Szkoła Główna Służby Zagranicznej. Ci, jak bym teraz powie­dział, talangscouter, poszukiwali uczniów o uzdolnieniach humanistycznych, przede wszystkim w zakresie języków obcych. Jako że byłem jednym z najlepszych uczniów w klasie z rosyjskiego i z angielskiego, rodzice stwierdzili: dlaczego nie miałbyś zostać dyplomatą, będziesz sobie jeździł po świecie itd, oświadczenie, które po latach muszę uznać za rażące skrajną naiwnością w zakresie wiedzy o wymogach pa­nującego systemu. Wiadomo mi dziś, a powinno być już wówczas wiadome moim rodzicom, żyjącym jakby nie było przed wojną ładnych lat parę, jakiego rodzaju dyplomatów szkoli PRL, jakiego rodzaju wiernością muszą się wykazać i do jakich zadań się ich normalnie używa. Pomijając już fakt, że spory procent absolwentów uczelni, w której murach przyszło mi spędzić 2 lata, znajduje później przytulisko nie tyle w służbie zagranicznej (MSZ) ile właśnie w wewnętrznej (MSW), stając się wysoko kwalifikowanymi pracownikami policji (politycznej). Wszystko to nie było tak oczywiste jak dziś, gdy latem 1952 r. przystępowałem do egzaminów wstępnych na tą – obok Wydziału Dziennikarstwa UW- jedną z najbardziej zamordystowskich uczelni w stalinowskiej Polsce, na ul. Wawelskiej 56.

Moje początki nie wydawały się zrazu przerażające. Po dobrze zdanym egzaminie wstępnym padło pytanie ze strony przewodniczącej komisji egzaminacyjnej dr Derużyny: A dlaczego kolega tak późno wstąpił do ZMP? Widocznie wcześniej jeszcze nie dojrzałem do tego zaszczytu – padła moja ”dyplomatyczna” odpowiedź. W późniejszym czasie moje zachowanie na tej uczelni było niestety nieco mniej dyplomatyczne.

Dyscyplina była bardzo surowa. Mieszkałem wówczas w centrum Warszawy, w wynajętym mieszkaniu ”dyplomatycznym”, tj. w kawalerce p. Franciszki Siwiec, znajomej rodziny, która przebywała właśnie na placówce zagranicznej. Komunikacja między Dworcem Śródmieście a Ochotą pozostawiała nieco do życzenia i przegapienie autobusu nr 102 (później – 128) dowożącego na róg Wawelskiej i Mianowskiego powodowało opuszczenie pierwszej godziny wykładów, jako że wchodzenie na sale w trakcie uznawane było za niedopuszczalne. Już jedno czy drugie takie spóźnienie powodowało upomnienie, później upomnienie z wpisaniem do akt, nagana, nagana z wpisaniem do akt, wreszcie nagana z ostrzeżeniem, ostatni etap przed usunięciem ze studiów. Moje studia na pierwszym roku stały się właśnie taką drogą krzyżo­wą poprzez wszystkie opisane tu etapy penitencjarne, bo do spóźnień doszły także wypadki zbyt radosnego fetowania ukończonej wiosennej sesji egzaminacyjnej (wypi­cie w towarzystwie innych studentów kilku butelek taniego wina w akademiku na pl. Na­rutowicza, połączone z głośnymi śpiewami chóralnymi, co miało rzekomo utrudniać innym, mieszkającym w akademiku studentom należyte przygotowanie się do pozostałych jeszcze egzaminów).

Egzaminy owe były zresztą wydarzeniem godnym osobnego opisu. Obok przedmiotów specjalnych, jak języki obce, historia i prawo, zdawano też z ekonomii politycznej i przede wszystkim marksizmu-leninizmu. Przygotowywaliśmy się na podstawie dość dokładnych lektur klasyków, które nie wydawały mi się wówczas specjalnie schematyczne czy budzące wątpliwości, natomiast na pewno nie były łatwe. Do najłat­wiejszych tekstów należała natomiast osławiona Historia WKP(b), zatwierdzona czy wręcz napisana przez samego Stalina w r.1938. Ta książka w niebieskiej oprawie, któ­ra do dziś upamiętnia w moim księgozbiorze okres błędów i wypaczeń, wkuwana była niemal na pamięć, co powodowało dowcipne i zdradzające ukryty sceptycyzm wobec sy­stemu przepytywanie się na giełdzie egzaminacyjnej. Co nie wytrzymało? pytał Ryszard Krystosik, chytreńki mieszczuch, który zrobił później karierę w MSZ i dochrapał się stanowiska Radcy w ONZ. Nie wytrzymała – odpowiadałem – kułacka dusza grupy Bucharina-Rykowa wobec nowych posunięć władzy radzieckiej.

Być studentem SGSZ oznaczało także branie udziału w rozmaitych akcjach społecznych. Typowa była np. agitacja jesienią 1952 r. na rzecz mających się wkrótce odbyć wyborów, rozpisanych na podstawie nowej konstytucji. Jej propagowanie wiąże się z jeszcze jednym wspomnieniem z klasy maturalnej, kiedy to zmuszono mnie do wystąpienia na szkolnym apelu z prezentacją art. konstytucji mówiącego o prawie obywateli PRL do kultury. Instynktowna niechęć do całego przedsięwzięcia spowodowała, że nie byłem zupełnie przygotowany, gdy wypchnięto mnie na schody w obliczu całej szkoły. Zdołałem tylko oświadczyć: Obywatele PRL mają prawo do kultury, Oznacza to, że… tu następowała seria zacięć, milczenia, dukania bez ładu i składu, aż przerażony i zirytowany sytuacją wykrztusiłem głośno i publicznie: A niech to wszy­stko cholera weźmie i zbiegłem ze schodów chroniąc się do klasy. Co najdziwniejsze ten akt niesubordynacji wzbudził może tylko wesołość i nie pociągnął za sobą żadnych skutków dyscyplinarnych. Teraz – w niecały rok później – miałem chodzić razem z kolegą, bodaj studentem Handlu Zagranicznego, niejakim Dziekońskim, po domach ludzi na Ochocie i Okęciu i agitować za nową, socjalistyczną Konstytucją. Do dziś pamiętam twarze tych ludzi, nachodzonych w mieszkaniach, patrzących wyro­zumiale i pobłażliwie, albo tylko z obojętnym zmęczeniem, na dwóch smarkaczy (szcze­gólnie ja miałem wówczas bardzo smarkaczowaty wygląd) uczących ich życia.

Jedną z moich pasji w tych wczesnych studenckich latach była gra w ping-ponga, w której odnosiłem zresztą pewne sukcesy. Pewnego popołudnia, gdy w najlepsze odda­wałem się treningowi na korytarzu SGSZ, podeszło do mnie i odwołało od stołu dwóch aktywistów ZMP z komitetu uczelnianego, z pretensją (i z pyskiem), że kolega teraz właśnie miał być na agitacji przedwyborczej. Wybór dnia i godziny należał, o ile dobrze pamiętam, do samych agitatorów, wiec twardo się postawiłem, na co obaj panowie zaprosili mnie do lokalu KU (partii i ZMP) gdzie następnie mnie we dwójkę wałkowali (werbalnie, z krzykami, ale bez rękoczynów). Wtedy to poznałem na własnej skórze technikę wielokrotnie później opisywanego konwejera, napewno w swej złagodzonej wersji, ale jednak. Tymbardziej, że gdy po paru godzinach, a może tylko paru kwadransach krzyku, pretensji i wyzwisk, moja odporność psychiczna była już mocno nadwątlona (miałem w końcu tylko 17 lat), pojawił się nagle, jakoś niby przypadkiem, 1-szy sekretarz KU ZMP Łopatniuk, i – tez jakby przypadkiem – zainteresował się w czym rzecz, natychmiast podając skruszonemu grzesznikowi pomocną dłoń, przemawiając po ojcowsku, nie negując wyimaginowanych win, ale nawołując w sposób dobrotliwy i pedagogiczny do ich naprawienia. Niech jutro przyjdzie na uczelnię nowy człowiek – zakończył optymistycznie, i chyba wte­dy naprawde mu wierzyłem, liczyłem na jakieś indywidualne własne odrodzenie. Ale pamięć ludzka jest niestety krótka, człowiek się jakoś nie odrodził, a najgorsze miało dopiero nastąpić. Oto bowiem, równolegle z narastaniem rozmaitych krytyk i samokrytyk na zebraniach organizacji ZMP grupy studenckiej (do której należeli chy­ba literalnie wszyscy studenci), z gromadzeniem upomnień i nagan z wpisaniem do akt za różne spóźnienia czy inne drobne wykroczenia dyscyplinarne, nara­stała też we mnie podświadoma chyba ale naturalna dążność aby w tym nieprzyjaznym świecie szukać jakichś sprzymierzeńców, pokrewnych dusz, przyjaciół. W ten sposób POWSTAŁA SITWA.

Moja stosunkowo bliska zażyłość z dwoma kolegami z tej samej grupy (nasz rok dzielił się na 6 takich grup), Edwardem Górskim i Zbyszkiem Strzeleckim, wynikła chyba dość przypadkowo, chyba po prostu jakoś 1gneliśmy ku sobie, spędzając razem czas na przerwach, na sobotnich zabawach tanecznych. Górski był spokojny i zrównoważony, Strzelecki, świetny anglista, miał wybuchowy temperament, poczucie humoru i dużą inteligencję. Na którymś z zebrań, bodaj kolega Bogus (później wylądował chyba w MSW) zauwa­żył krytycznie, że kol. kol. Górski, Kwiatkowski i Strzelecki jakoś stronią od pozo­stałych członków kolektywu, przestają najchętniej tylko ze sobą, cóż to, czyżby two­rzyli rodzaj jakiejś sitwy? W ten sposób przyprawili nam gębę, założyli nam sitwę. Od tego momentu nie ustawaliśmy w kpinkach na temat rzekomej sitwy i powracając sobotnią nocą z zabawy tanecznej na uczelni, postanowiliśmy półżartem, za­łożyć wreszcie naszą sitwę formalnie. Ja obiecałem napisać w domu status sitwy, czego pozostali może nie przyjęli poważnie, ale ja, nudząc się w niedzielne popołudnie, usiadłem i na kartce papieru napisałem jakiś program czy manifest SITWY. W moim ówczesnym ideologicznym rozproszeniu a także nieustabilizowaniu erotycznym, popeł­niłem nieostrożność połączenia w jednym zdaniu elementów marksizmu- leninizmu i obra­zów czy symboli mających uosabiać męskie czy damskie narządy płciowe (o ile pamiętam brzmiało to: światopoglądem sitwy jest marksistowsko-leninowski materializm dialektyczny, i dalej: herbem sitwy są skrzyżowane męskie narządy płciowe na tle czerwonego rombu – mającego pewnie symbolizować takiż narząd damski). Pod koniec poniedziałku, w przerwie między wykładami, zacząłem również, przy dość niewielkim entuzjazmie po­zostałych ”członków sitwy” (z których jednak żaden nie miał na tyle rozumu czy dale­kowzroczności by mi to wręcz odradzić czy uniemożliwić) popularyzować nasz status, czytając go w gronie kilku kolegów. W pewnym momencie zbliżył się do nas jeden z członków zarządu ZMP na roku, niejaki Ratajczak, zresztą dość sympatyczny, łysiejący niski brunet, i spytał na poły oficjalnie co czytamy. W pierwszej chwili schowałem kartkę do kieszeni, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że w tej sytuacji mogą nas posądzić o Bóg wie co, wiec wyjąłem ją i dałem mu do przeczytania. Zerknął, schował do kieszeni i odszedł.

Nie przywiązywałem wagi do tego faktu, nie poczuwając się do żadnej winy, nikt z nas niczego nie .przeczuwał, gdy nagle, już następnego dnia, rozpętało się piekło. We wtorek, na pierwszej czy drugiej godzinie zajęć na Studium Wojskowym (siedzimy w mundurach, jeszcze bardziej karni niż zwykle) wkracza nagle na salę bardzo poruszony dowódca kompanii Błażejewski (nasz kolega student, wyrośnięte byczysko, bo­daj po partyzantce) jeszcze z kilkoma osobami i wywołują naszą trójkę. Sprawa z miejsca zatacza szerokie kręgi i przybiera poważny obrót. Posądzają nas o założenie tajnej organizacji i w kilka tygodni później zwołują nadzwyczajne zebranie organizacji ZMP pierwszego roku studiów, na którym poddane zostaje druzgocącej krytyce postępowanie naszej trójki, z rekapitulacją wszystkich dawnych grzechów (głównie moich) od pierwszego dwuminutowego spóźnienia na wykłady poczynając. W tym praniu mózgów bierze udział wielu wyznaczonych ale także ochotniczo zgłaszających się oskarżycieli i krytyków. Jednym z najbardziej aktywnych okazuje się niejaki Sta­wiarski, jak się dowiaduję w kilka lat później, kolega gimnazjalny mojego później­szego przyjaciela z lat studenckich, Marcina Nurowskiego, maczający także palce w przydzielenie temu ostatniemu rodzaju wilczego biletu przy staraniu się o studia.

Na zebranie to zostałem ściągnięty niemal siłą przez organizatora ZMP-owskiego naszej grupy studenckiej, Ryszarda Baturo (pracował później w dyplomacji oraz w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, zajmując się w obu wypadkach Skandynawią), przebywałem bowiem w domu, przeziębiony po przedwczesnej, majowej kąpieli w Wiśle. Ten zdrowotny pretekst okazał się nie wystarczający, musiałem dać mym prześladowcom pełną satysfakcję, i muszę przyznać, że po tylu różnych przejściach przyjąłem ten końcowy cios z większą czy mniejszą obojętnością i rezygnacją. Nie bardzo wiem dlaczego, Strzeleckiego uznano za wodza i prowodyra, obu nas wyrzucono z ZMP, jego także z uczelni, a Edward Górski, jakoby idący za naszym przykładem (jak kilka lat później Szepiłow, primknuwszij k antipartijnoj grupie Mołotowa, Kaganowicza i Woroszyłowa), wykpił się naganą z wpisaniem do akt w obu instancjach (ZMP-owskiej i uczelnianej). Mnie bodaj urato­wała przez usunięciem z uczelni interwencja przyjaciela moich rodziców, dyr. adm. Teatru Polskiego Jana Berlińskiego, który znał prof. Biskupskiego, przewodniczącego uczelnianej komisji dyscyplinarnej, rozpatrującej nasz przypadek. Uznano na­ganę z ostrzeżeniem (z wpisaniem do akt) za wystarczającą dla mnie karę.

Interweniował również – po linii partyjnej – mój szwa­gier znany wówczas jako inż. K. z Urzędu Rady Ministrów. Miał on mianowi­cie czelność (czelność to on miał zawsze!) zatelefonowania do tow. Zdzisława Rurarza będącego wówczas I sekr. POP na SGZS. Rurarza nie zastał, poprosił o telefon, ale Rurarz nie uznał za stosowne oddzwonić.

Po kilku czy wielu latach miałem okazję w tej czy innej formie zetknąć się z tow. tow. Łopatniukiem i Rurarzem. Ten pierwszy zasiadał razem ze mną w jakimś komitecie organizacyjnym Akademickich Zimowych Mistrzostw Świata w Warszawie, dokąd delegował mnie AZS przy UW, zimą 1956 czy 1957 r. Obecność tego pana, z którym wymieniliśmy dość obojętne pochylenia głowy, uświadomiła mi, że nic się w gruncie rzeczy nie zmieniło, ci sami ludzie rządzą Polską nadal. Sprawa Rurarza jest o tyle bardziej zna­na i sensacyjna, że wybrał on wolność – jako ambasador w Japonii – po 13 grudnia 1981 r.  Ta niby to jego skrucha nie przeszkodziła mi w napastliwym i ano­nimowym donosie telefonicznym do ambasady USA w Sztokholmie, donosie o przeszłości Rurarza, w latach, kiedy go znałem (a i w latach późniejszych robił karierę i budował socjalizm, jako doradca ekonomiczny za Gierka), przeszłości na pewno dobrze znanej amerykańskim władzom udzielającym mu azylu wg niepisanych, ale jedynie możliwych reguł gry. Inny prominent z SGSZ, 2-gi sekretarz POP Józef Klasa, także zdobył sobie pewną popularność i opinię liberała w lata­ch Solidarności.

Utrzymanie się na SGSZ umożliwiło mi kształcenie wg programu tej uczelni (który wówczas uważałem za fascynujący i ciekawy, głównie prawo i historia) przez jeszcze rok. Zaczął wtedy działać swoisty paradoks, bowiem gdy byłem zorganizo­wany, nie garnąłem się jakoś do pracy społecznej, natomiast po usunięciu mnie (kolejnym?) z ZMP nagle wykazałem dużą aktywność w dziedzinie, która bodaj była mi sądzona już na całe życie, poprzez swój związek z prasą i słowem druko­wanym. Już na pierwszym roku byłem kolporterem prasy w grupie studenckiej i widocznie tak dobrze wykonywałem swoje obowiązki, że na II roku awansowałem na kolportera całego roku, co polegało na rozdziale prasy kolporterom poszczególnych grup. To była chyba nie tyle prasa codzienna, raczej periodyki (sam pamiętam prenumerowałem przez szereg lat Nowe czasy, organ Kominformu, polską mutację Nowoje Wremja, drukowany na dobrym papierze w kilku czy nawet kilkunastu wersjach językowych przegląd wydarzeń zagranicznych, komentarzy i opinii ) jak Nowe Drogi czy sowiecki Kommunist itp. może także tygodniki kulturalne. Nie pamiętam moich ówczesnych zainteresowań literaturą i sztuką, czy ogólnie pojętą kulturą. Wczesne wspomnienie gimnazjalne przywołuje dyskusję na lekcji polskiego na temat głośnego wówczas artykułu Flaszena w Życiu Literackim – Nowy zoil czyli o schematyzmie – skon­frontowanego z mniej obrazoburczym artykułem Melanii Kierczyńskiej w Nowej Kulturze. Klasa podzieliła się na dwa obozy, sam byłem wśród gorących zwolenników Flaszena, szczególnie jego sformułowanie o nogach, które odrosłyby lotnikowi Mieresjewowi (Opowieść o prawdziwym człowieku Polewoja) w schematycznym produkcyjniaku trafiało nam do przekonania.

Inne formy działalności społecznej były bardziej stadne, np. okazjonalne (1 maja, 22 lipca, 7 listopada) spędy i pochody, w białych koszulach i czerwonych krawatach – sam nosiłem taki ledwie przez rok – Bandiera Rossa, Stalin, Bierut, Ro­kossowski, precz z rozpolitykowanym klerem itd. To się niewiele zmieniało między gimnazjum a pierwszymi latami studiów. Nie pamiętam też abym miał jakieś poważniej­sze wątpliwości co do słuszności wybranej przez Polskę socjalistycznej drogi. Moja atmosfera domowa mi w tym nie pomagała, ani nie przeszkadzała. Pamiętam, że kibicowałem wojskom Północnej Korei, dziarsko awansującym na południe, i nawet zbierałem mapki, czy wbijałem i przesuwałem szpilki, w zależności od zmian sytuacji na froncie, z niecierpliwością oczekując ostatecznego upadku Pusanu i zepchnięcia Amerykanów i południowych Koreańczyków do morza. Moim pragnie­niom stanął wówczas na przeszkodzie desant McArthura pod Inczon (Czemulpo), miejsco­wości sławnej już w 1905 r., zmieniając prosty i jasny rozwój sytuacji, schematyczny ob­raz świata, ku któremu w ciągu lat paru naiwnie się skłaniałem.

Moje sukcesy w pracy społecznej poza ZMP trwały tylko rok. Jesienią 1954 r. SGSZ przechodził w gestię MSZ-u, i od wczesnej wiosny trwała kolejna czystka, mająca na celu odciąć ostatnie plewy od zdrowego ziarna młodej polskiej dyplomacji (i policji politycznej). Standardowym pytaniem zadawanym na tych rozmowach, którym poddano wszystkich studentów drugiego roku, było – jak wieść niosła – czy często kolega chodzi do kościoła. Tu sumienie moje było ”czyste” i obiecywałem sobie niejaką saty­sfakcję po odpowiedzi nie zadawalających moich przyszłych interlokutorów. Ci panowie okazali się jednak lepiej poinformowani niż sądziłem i tak głupiego pytania mi nie zadawali. Wystarczyło oświadczenie, że mój poziom polityczny nie jest wystarczający z punktu widzenia wymogów stawianych przyszłym dyplomatom. Byłem już wówczas ’ostrzelany’ i odpowiedziałem, dość bezczelnie, że jeśli mi nie załatwią przeniesienia bez straty roku, na dziennikarkę, to w październiku stawiam się na rozpoczęcie zajęć na III roku do czego mam pełne prawo, po zaliczeniu wszystkich egzaminów sesji let­niej.

Moja pewność siebie była przedwczesna, bo w sierpniu dostałem wezwanie do Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego na Miodową, gdzie mnie i kilku podobnym delikwentom oświadczono, że jesteśmy od jesieni studentami SGPiS-u (wydział Planowania Przemysłu czy coś podobnego). Ponieważ przemysł mnie nie interesował, pojechałem razem z paroma kolegami na rozmowę do odpowiedniego wydziału MSZ gdzie krakowskim targiem załatwiono nam możliwość przeniesienia na wydział prawa lub historii UW. Wybrałem ten ostatni, musiałem jednak zgodzić się – w obliczu faktów, przedstawionych przez ówczesna asystentkę panią Gere­mek, żonę późniejszego prof. Geremka – na stratę roku, rozpoczęcie studiów jeszcze raz na II roku. A i tu nie obeszło się bez pewnych trudności, związanych z zaliczaniem części przedmiotów z I roku studiów.

Aby zamknąć okres poprzedni zadajmy sobie jeszcze pytanie: jacy ludzie padali ofiarą dyscyplinarnego przeniesienia na inne uczelnie? Utrzymał się np. na SGSZ mój dawny kumpel z Sitwy Edward Górski, wykazujący widocznie wystarczającą dozę posłu­szeństwa, i nawet później wyjeżdżał na placówki, m.in. do Kanady. Przeniesieniu podlegały jednostki niepewne (jak ja), wykazujące brak zdyscyplinowania – ideologicznego i wszelkiego innego – brak cech ślepego posłuszeństwa i jakiekolwiek próby niezależności. Ofiarą padali np. ludzie nieostrożnie wypowiadający się pozytywnie na temat amerykańskiego lotnictwa, czy czegokolwiek innego. Były to w końcu czasy gwałtownej propa­gandy antyamerykańskiej, hermetycznego odcięcia od wszystkiego co zachodnie, wre­szcie potępiania w czambuł rozmaitych przejawów American way of life, jak Coca Co­la czy komiksy. Te ostatnie należały np. do czołowych eksponatów cieszącej się ogromną popularnością antyamerykańskiej wystawy w warszawskim Arsenale na Długiej.

Studia na historii przypadły na okres dogorywającego stalinizmu. Dyktator umarł, gdy jeszcze byłem na I roku studiów w SGSZ, co obarczyło mnie godzinnym staniem w koszuli (białej) i krawacie(czerwonym) po jednej stronie popiersia Wielkiego Przyjaciela Dyplomatów (po drugiej stronie stał  inny student tego samego roku) i spowodowało w tym żałobnym dniu nieoczekiwaną – a dowodzącą mego bardzo naskórkowego przejęcia sytuacja – wymianę zdań z jednym z kolegów, Mariuszem Orzechowskim, z którym mieszka­łem później w tym samym pokoju w akademiku przez cały II rok studiów: Cos taki smutny? No jak to nie wiesz? I tu sobie dopiero przypomniałem… Równocześnie mój ojciec-antyko­munista ronił łzę na ten sam temat, gdy wszyscy ludzie wiedzący pewnie się cieszyli. Brakuje mi dziś , w retrospekcji, tego momentu świadomej radości i ulgi.

A ulga nastąpiła, nazywała się odwilż i przyniosła m.in. taniec be bop, pierwsze jam sessions i odczyty Tyrmanda o jazzie, potem Ważyka Poemat dla dorosłych i rewe­lacje XX zjazdu. Jeszcze na II i III roku studiów organizator grupy ZMP-owskiej (do organizacji już nie należałem, umarła zresztą śmiercią naturalną w parę lat później) próbował tępić grę w brydża, jako burżuazyjną.

Rewelacje XX zjazdu przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Pierwszy szok nastąpił juz chyba kilka lat wcześniej, bo chyba w momencie zdemaskowania ”japońskiego szpiega”(no, może brytyjskiego) Berii przyszedłem do domu i oświadczyłem, że już nie wiem w co mam wierzyć, może zresztą ta odzywka miała miejsce dopiero po referacie Chruszczowa, który w całości miałem okazję przeczytać dopiero na emigra­cji. W każdym razie nie jest wykluczone, że drobne przecieki wątpliwości ze strony ojca ułatwiły mi w miarę miękkie lądowanie w obozie apolitycznej abnegacji, do której poczuwałem się gdzieś już od r.1957. Ostatnie lata na studiach sprzyjały jednak rozwojowi nastrojów radykalnych. W okresie października 1956 byłem już na IV, ostatnim roku studiów, chodziłem na jakieś spędy i demonstracje, nie bardzo zdając sobie chyba w pełni sprawę o co chodzi. Odczuwalny byl silny powiew wolności, ale masa studencka reagowała spontanicznie, powodowana przypadkowymi niekiedy prowodyrami. Na jednej z demonstracji byłem zresztą bardziej zajęty – w zakamarkach jakiejś ciężarówki – umizgami do znajomej studentki. W cza­sie pochodów padały okrzyki nieco inne niż parę lat wcześniej, już nie Stalin – Bierut – Rokossowski, ale Rokossowski do Moskwy! Ten pochod się rozrastał i w sposób nieunikniony zmierzał w kierunku sowieckiej ambasady. Napewno był to jeden z wielu podobnych w tych dniach wyrazów słabo ukierunkowanego ludowego gniewu. Chyba jacyś świadomi rzeczy studenci, a może nastawiacze z grupy puławskiej, skierowali  ruszający z Krakowskiego Przedmieścia, i po drodze zagarniający nowych uczestników pochód z Placu Konstytucji w bezpieczniejszym kierunku, by ewentualność kolejnej ”prowokacji” wobec Wielkiego Brata zastąpić nijakością jeszcze jednego wiecu na Politechnice . Byłem wówczas w pierwszych szeregach tego pochodu (obserwowanego przez moją rodzinę z balkoniku mieszkania siostry na pl. Konstytucji i postrzeganego później, z pozycji typowych mieszczuchów, przedwojennych czy komunistycznych, jako rozlewającą się, dziką tłuszczę), wśród ludzi nim kierujących, i chyba byłem dumny z odgrywanej przez sie­bie roli, bo przed Polibudą, już po rozejściu się demonstracji, niejakim wsiąk­nięciu jej w piasek, gdy nieco zdezorientowany kręciłem się jeszcze po placu i jakiś milicjant wezwał mnie do ”rozejścia się”, oświadczyłem wówczas z dumą, że je­stem studentem, co w moim mniemaniu miało mi przyznawać jakieś prawa, większe czy inne od mniej szczęśliwie uplasowanych członków społeczeństwa.

Rok później nie byłem już studentem, lecz pracownikiem Archiwum Akt Nowych na Długiej, więzy ze środowiskiem studenckim rozkładają się w wielu wypadkach błyska­wicznie, byłem jednak świadkiem i mimowolnym uczestnikiem rozpędzania demonstracji, w Alejach Jerozolimskich przez MO i ORMO, i wtedy to ober­wałem pałą od jakiegoś cywila z opaską zaś późniejszemu zatrzymaniu zapobiegło tylko przypad­kowe napotkanie dawnego dowódcy kompanii ze Studium Wojskowego (wówczas porucznika, obecnie ”awansowanego” do rangi sierż. MO), z którym prywatna niejako znajomość umożliwiła mi przekonanie patrolu, którym dowodził, że znalazłem się tam przypadkiem wracając z pracy, co było zresztą prawdą. Jeszcze kręciłem się tam chwil parę, obserwując rozbestwione pogonie MO za grupami ludzi , gdy – jeszcze raz dostrzegając sierż. Lisieckiego po drugiej stronie ulicy, pod BGK – ostatecznie zwinąłem żagle, by nie narazić się na aresztowanie.

W ten sposób – w mojej optyce przynajmniej – likwidacja ”Po prostu”, na co reak­cją były owe demonstracje w październiku 1957r., stanowiła zamknięcie okresu nadziei co do zmiany charakteru tej władzy, po dojściu do niej Gomułki rok wcześniej. Dla mnie – wiosną następnego roku zaczął się okres bodaj najciekawszy, pracy zawodowej związanej z filmem i prasą filmową, jakaś próba stworzenia indywidualnej kariery połączona z kompletnym wyłączeniem zainteresowania polityką. Do tego stopnia, że gazet (codziennych) nie czytałem prawie nigdy (poza repertuarem kin i działem sportowym), że śmierć Kennedy’ego nie obeszła mnie zupełnie (nie widziałem różnicy między tym prezydentem a poprzednimi) a kryzys kubański rok wcześniej przeszedł też jakoś bokiem. Docierała do mnie coprawda niekiedy literatura zakazana (wydaw­nictwa biblioteki Kultury, czasem sam ów periodyk, pamietam kilka tomów Hłaski, Doktora Ziwago, 1984 Orwella, Nową klasę Dżilasa), najczęściej za pośrednictwem mojej kuzynki, po dziennikarce pracującej w dziale cenzury na Poczcie Głównej tj rekwirującej wszystkie wydawnictwa pozbawione debitu, co w wielu wypadkach ozna­czało wzbogacanie prywatnych bibliotek cenzorów, w ogromnej większości jednak po prostu przemiał. Nie jestem pewien czy te wydawnictwa robiły na mnie jakieś wrażenie, jako zakazany owoc, choć o ile pamiętam czytałem je otwarcie w środkach komunikacji miejskiej (a może nie? może tylko w zaciszu domowym?).

Oczywiście zdawałem sobie sprawę w jakim ustroju żyję i że tego właśnie systemu dotyczą diagnozy Orwella i Dżilasa, ale chyba był to wpływ stępiony, rozrzedzony w powodzi innych wpływów oficjal­nego słowa drukowanego, niekoniecznie politycznego. W końcu ”robiłem w kulturze”, ale chyba nie byłem nigdy dziennikarzem dyspozycyjnym, może po prostu nie byłem na tyle utalentowany czy wyrobiony. Był to okres naszej małej stabilizacji, kiedy to ludzie się dorabiali jak mogli, a zawód dziennikarza w Warszawie, przy niewiel­kiej nawet pensji, stwarzał duże możliwości dochalturzenia. W pierwszych latach po październiku byliśmy jeszcze wszyscy nieco przejęci możliwościami nurtu rozrachunkowego, krytycznego wobec systemu, także w Związku Sowieckim, gdzie filmy Kała­tozowa a przede wszystkim Czuchraja robiły wówczas furorę. Na jednej z konferen­cji prasowych z Czuchrajem w Warszawie, z okazji bodaj premiery Czystego nieba, odegrałem zresztą nieoczekiwaną i niezaplanowaną rolę animatora niebłagonadiożnych wypowiedzi reżysera (był chyba rok 1961), zadając mu kilka ”niewygodnych” i ”prowokacyjnych” pytań, po których się wyraźnie ożywił i ze swadą omówił swój stosu­nek do poszczególnych wątków filmu. Po tej konferencji podeszla do mnie pani Roj­ek z TPPR-u i ostrzegła, żebym uważał, bo kilku smutnych panów pytało ją o mnie. Wypadek ten, nie majacy dalszych następstw, dowodzi chyba, że naiwnie wierzyłem wówczas w nieodwracalność pewnych procesów odwilżowych czy liberalizacyjnych, że uznałem w swej podświadomości, że już nie ma się czego bać.  Do tych samych wniosków nie doszedł chyba mój bliski wówczas przyjaciel Marcin Nurowski, który po równoczesnym ze mna ukończeniu studiów historycznych i krótkiej próbie aktywności w t.zw. Związku Młodzieży Demokratycznej, wkrótce zabro­nionym przez władze, posłusznie włączył się w aparat SD i działał w dozwolonych ramach w t.zw. Kołach Młodych Demokratów, grupujących młodzież rzemieślniczą.

Moje późniejsze rozejście się z nim na tle rozbieżności politycznych opisane zostało w innym tekście, a sprowadzało się w dużym stopniu do innej oceny marca 1968 r.

Z wydarzeń wcześniejszych pamiętam, że afera sueska została w mojej świadomości ówczesnej abso­lutnie zdominowana przez wydarzenia węgierskie, cieszące się poparciem większości Polaków jeszcze na fali wydarzeń październikowych, gdy po spokojnym dojściu Gomuł­ki do porozumienia z Rosjanami i po wiecu na Placu Defilad dającym mu poparcie na­rodu, Polacy masowo solidaryzowali się z Węgrami, np. dając krew, sam też dawałem raz w Instytucie Hematologii i Krwiodawstwa na Chocimskiej, może w ramach kompleksu rodzącego dowcip: Węgrzy zachowali się jak Polacy, Polacy jak Czesi a Czesi jak świnie.

W gruncie rzeczy należy żałować, że rozwój polskich wydarzeń znalazł mnie już na emigracji, ale tylko z punktu widzenia życzenia: obyś żył w ciekawych czasach! Bo z widnokręgu w miarę rozsądnych zainteresowań bytowych o wiele wygodniejsze jest obserwowanie wydarzeń w Polsce z perspektywy Sztokholmu. Mój wyjazd nie miał ani powodów politycznych, ani bytowych, a tylko rodzinne. I ani przez chwilę nie traktowałem go jako coś nieodwracalnego nie wierząc po prostu, że całej rodzinie uda się wymknąć z Polski w sposób bezszmerowy. Tak się jednak stało i następujący w parę lat później najciekawszy okres polityczny w dziejach PRL-u, które to wyda­rzenia mogłyby mnie chyba zmusić do jakiegoś określenia się, ominał mnie, każąc natomiast z wygodnej pozycji politycznego kibica przyjąć zarazem mentalność po­litycznego emigranta, choć bez daleko sięgających konsekwencji organizacyjnych. Rację bowiem miała jedna ze znajomych, wyjeżdżająca z Polski parę lat przede mną, gdy pisała mi z Kanady: zresztą w obecnym stanie mego ducha nie mogłabym sobie już wyobra­zić życia w Polsce. Już po kilku latach pobytu na Zachodzie w pełni ją rozumiałem.

Pierwsze miesiące na zachodzie (w Londynie) przyniosły gwałtowne starcie z mentalnością niezłomnych emigrantów w postaci mojego wujka z armii Andersa. Z per­spektywy lat jestem w stanie zgodzić się z nim w wielu punktach, wówczas jednak budziło mój sprzeciw nie akceptowanie przez niego np. pojęcia wyzwolenia Polski w r.1945, które nazywał zamianą okupacji niemieckiej na sowiecką. Do dziś dnia jest to dla mnie jedno z najbardziej paradoksalnych stwierdzeń, w mojej prywatnej czy rodzinnej skali, że to Rosjanie, na swej drodze do Berlina, wyzwolili mnie z rąk hitlerowców, w związku z czym może (?) powi­nienem był przyjąć ich reżim z wdzięcznością, czy z dobrodziejstwem inwentarza, jako mniejsze zło. Tymczasem takie historiozoficzne poglądy są jednak nie do przyjęcia, szczególnie z punktu widze­nie pokoleń wojny nie pamiętających, i tu rację miał mój londyński wujek, nazywając wyzwolenie okupacją.

Czy spod okupacji tej mogła się Polska (a wraz z nią cała Europa, nie wschodnia, lecz środkowa, jak przekonywał Kundera, przesuwając jakieś mentalne granice od Bugu do Uralu) ”wybić na niepodległość” było pytaniem zadawanym sobie przez wszystkich emigrantów, jak i ”krajowców”. Optyka tych drugich była bardziej bezpośrednia, empiryczna, nie mogłem więc ja, emigrant, zastąpić obywateli państw paktu warszawskiego w ich wyzwoleniu, jakkolwiek mam jakis cień kompleksu nieczystego sumienia, że to właśnie moi koledzy ze studiów, Kuroń i Modzelewski, stanęli na czele opozycji antyreżimowej. Ci pierwsi natomiast maja optykę szerszą, wzbogaconą o lata emigranckich doświadczeń w społeczeństwach wolnego Zachodu, gdzie prawa człowieka przyjmuje się jako ”matter of course” ale zarazem ma się wiele do nauczenia tubylców tu, na Zacho­dzie, nie mających naszych doświadczeń, przekonania ich, że linia frontu w walce o ich wolność spoczywała nad Wisła i Wołgą.

Moja nowa mentalność emigranta, nie zmieniona w gruncie rzeczy faktem, że po 14-letniej przerwie znów mogłem, i to często, raz w roku przeciętnie, odwie­dzać Polskę, wywołana została chyba przede wszystkim uświadomieniem sobie tamtejszej rze­czywistości w inny sposób, poprzez dostęp do wszystkich źródeł historycznych, tam niedostępnych lub trudno dostępnych. Ta zmasowana lekcja historii i polityki przy pomocy lektur emigracyjnych, konsumowanych w tempie i proporcji odpowiada­jącej cywilizacyjnemu zapóźnieniu w tym zakresie wywołała może efekt psychologicznie nadmiarowy. I skłonność do wybraniania i akceptowania w czambuł wszystkiego co tu, i potępiania w czambuł wszystkiego co tam. Trzeźwy namysł pomaga niekiedy w unikaniu takich uproszczeń, jakże są one jednak przydatne, czasami nawet niezbędne, w laboratoryjnym wyodrębnianiu mniejszych jednostek dyskusyjnych czy problemowych.

Lata pobytu na emigracji nie uczyniły może ze mnie konserwatywno-1iberalne­go socjalisty, wg modelu Kołakowskiego, nauczyły jednak, co jest może lekcją na­der łatwą (o czym już wiedział Churchill), że demokracja jest ustrojem bardzo złym, bieda tylko w tym, że wszy­stkie pozostałe są jeszcze gorsze.

Aleksander Kwiatkowski

Tekst publikowany był w Nowej Gazecie Polskiej w 2013 roku

 

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer