ANDRZEJ SZMILICHOWSKI: Skrócona historii życia

0
human-g1822dfb7d_1920

Pamiętam, fragmentarycznie, ale pamiętam, etap mojego późnego dojrzewania. Piszę „późnego”, ale nie mam na myśli niedostatku ruchliwości mózgu, a raczej determinizm czasu. Mój dojrzewający umysł wariował i upajał się obrazami zuchwałych działań. Tak będzie, kiedy dorosnę!

Pojadę tam i tam, zrobię to, a nawet to, odkryję czego nikt nie odkrył, będę kochał jak nikt dotychczas nie kochał! Chciałem żyć jak bohaterowie powieści, które zachłannie połykałem. Nie byłem zdecydowany konkretnie, których bohaterów mam zamiar naśladować. Ale jednego byłem pewien: zaznam pasji, egzaltacji, ekstazy i rozpaczy.

Gdy stuknęła mi trzydziestka nie wzbogaciłem się o nic z tych rzeczy, o których śniłem nastolatkiem. Zamiast tego – nie narzekam! – pchałem wózek z córeczką po uliczkach górnego Mokotowa i alejkach cmentarza sowieckich sołdatów. Kto to powiedział „zafałszowana małość życia”, to czas wszystkiemu winien! Najpierw sprowadza nas na ziemski padół, potem długo i często zawstydza i trochę chwali, następnie oszukuje, sprawiając, że czujemy się bezpieczni. W końcu ponownie i, tym razem, ostatecznie uziemia.

Wyobrażamy sobie, że jesteśmy poważni i odpowiedzialni, w rzeczywistości będąc jedynie tchórzliwi. Zachłystujemy się poczuciem dojrzałego realizmu i jesteśmy z siebie dumni. A okazuje się, że ów „realizm” jest tylko sposobem na unikanie jednych i faworyzowanie drugich rzeczy, lawirowanie zamiast odważnego stawiania czoła przeciwnościom.

Przebrzydły czas! Wystarczy tylko, żebyśmy go mieli trochę w nadmiarze, a nasze najmądrzejsze i najbardziej rozsądne decyzje, zamierzenia i pomysły, z których jesteśmy prawdziwie dumni, rozłażą się pod palcami czasu (!), stają chwiejne, niepewne, kapryśne i w końcu się w nim rozpływają. Rzecz sprowadza się najczęściej do tego, czy potrafisz go (czas) jakoś przyszpilić i przytrzymać na dłuższą metę. Z tym, że jeśli nawet ci się powiedzie, to już czeka korygowanie błędów, rezultat rozchwianej logiki. Czas sprawdza i obnaża i nie można z tym nic zrobić.

Za wyjątkiem uniwersalnej pomocy w postaci szklaneczki whisky, albo i dwóch. To wypróbowany i zawsze pomagający sposób łagodzenia bólu istnienia. Można się upić otrzymując w zamian miraże rozweselonego i rozentuzjazmowanego mózgu.

Zabrzmi paradoksalnie i zapewne boleśnie, ale prawdą jest, że kiedy jesteśmy młodzi i wrażliwi, wtedy potrafimy krzywdzić najbardziej. Doroślejąc (znowu ten czas!) stajemy się odporniejsi na ból, bo nauczyliśmy się go znosić, a to sprawia, że stajemy się mniej bezwzględni i ostrożniejsi.

Czy charakter, który podobno przejmujemy po rodzicach, z czasem się rozwija? Oczywiście, a najbardziej w popularnych powieściach! Inaczej, z czego żyliby literaci? Myślę, że charakter troszkę przypomina inteligencję, ponieważ osiąga swój szczyt mniej więcej około trzydziestki, a potem już się tylko tkwi na tym poziomie, nazywając zdobywanie doświadczenia rozwojem.

Jeżeli prawdą jest, że sukcesy, inaczej mówiąc wygrane dzięki losowi albo jakoś inaczej, się kumulują, to czy straty i porażki kumulują się również? Dobre pytanie. Stawiasz na jakiś związek i przegrywasz, stawiasz na inny i też przegrywasz, stawiasz na kolejny i ponosisz kolejną klęskę. Czy twoje przegrane się kumulują? W jednym i drugim przypadku – sukcesy czy porażki – rozumowanie nie działa, bowiem życie to nie matematyka, chociaż matematycy twierdzą co innego. Najczęściej kumulacja, czyli mnożenie strat i zysków, nie zachodzi.

Czytając mędrców tego świata dowiadujemy się, że momenty w historii, kiedy wszystko się wali w gruzy, oznaczają jednocześnie, że rodzi się coś nowego. Czy ma to jakikolwiek sens w odniesieniu do naszego indywidualnego życia? Nie ma za grosz! Umrzeć po to, żeby rodziło się coś nowego? Mało tego, tak jak często rozczarowuje historia, polityka, sztuka, sport, miłość – rozczarowuje również dorosłość. W ogóle wszystko rozczarowuje, po prostu życie. Przychodzi mi na myśl, że głównym celem życia może być przyzwyczajanie nas do pogodzenia się z finalną jego utratą poprzez zmęczenie i, takim sposobem, udowodnienie, że choć trwa długo, wcale nie jest takie wspaniałe. A przy okazji powiem mało zręcznie, że jako produkt uboczny, wpędza nas w wyrzuty sumienia które – o bogowie! – charakteryzują się tym, że nic się już nie da zrobić!

No i w końcu.., aż przykro pisać, że następuje grande finale, czyli podróż na ogniotrwałym wózku prosto w otwarte ramiona krematorium. Skrócona historii życia, unikająca podawania faktów? Niezupełnie. Raczej wersja, którą opowiadam sam sobie, a zatem możliwa do obrony: „Gdybym to ja miała skrzydełka jak gąska…”.

Człowiek, chce czy nie chce, dociera do etapu, kiedy warianty życia zacieśniają się, kurczą i stają żałośnie ograniczone, ale są również tacy, którzy zaprzeczają determinizmowi czasu. Ci mówią: Czterdziestka to drobiazg! Pięćdziesiątka to najlepsze lata! Sześćdziesiątka to kiedyś czterdziestka! I tak dalej i tym podobnie. Nie ma co się śmiać, każdy ma jakąś swoją Samosierrę.

Wiem jedno – istnieje czas obiektywny i czas subiektywny. Obiektywny wiadomo, subiektywny mierzy puls na szyi. Ten osobisty, własny czas, który bywa niekiedy czasem prawdziwym ale najczęściej nie, odmierzamy swoim stosunkiem do pamięci. Ale bywa, i wcale nie tak rzadko, że nagle, pod wpływem zdarzenia czy przeczytanego zdania, wypływa nowe i zaburzające wszystko, przysypane czasem wspomnienie.

Wtedy przez moment czas działa do tyłu, jakby rzeka płynęła wstecz, do cudownych czasów, gdy była pięknym strumieniem. Dziewczyny mało udolnie pilnowały cyklu swojej płodności, co zwalniało chwilowo młodych gentlemanów z obligatoryjnych inaczej seansów wszechonanizmu, ale potrafiło też wpędzić w znacznie poważniejsze tarapaty.

W końcu nie wiadomo co ważniejsze. Wieczna nadzieja serca i ciała, czy uroki przezwyciężenia wstydu oraz ponoszenie konsekwencji? Żenada, czy popęd? Czas, kiedy uczyliśmy się swoich serc, ale przede wszystkim mocy ciał, czas kiedy pożądanie zwyciężało na wszystkich polach bitew i utarczek z życiem i jego czasem. Ale marzymy, ciągle marzymy, że nadejdzie taka chwila, iż można będzie wrócić do początku, odwrócić kierunek biegu krwi.

* * *

Czytam co powyżej i widzę, że przypadkowo, bo nie miałem takiego zamiaru, w ogólniejszym sensie rozliczam się z samym sobą, z życiem. W każdym razie z duchowym wnętrzem i – nazwijmy to szumnie – z warstwą intelektualną. Przewartościowując szmat mojej przeszłości, a lat i wydarzeń uzbierałem sporo, zauważam, że do towarzystwa pozostało mi literalnie parę rzeczy, z których mogę być dumny. Reszta to lżejsze lub trochę cięższej wagi wyrzuty sumienia – co interesujące – nie mające wiele wspólnego z inteligencją, a raczej moralnością i odwagą.

Nie byłem tchórzliwy. Przeciwnie. Parokrotnie w trudnych chwilach wykazałem się odwagą na równi cywilną, co fizyczną. Rzecz godna uwagi, że niestety za każdym razem okazywało się, że się nie opłacało, bo oberwałem od życia. Los przyciął mi parokrotnie palce jak gdyby sugerując, że lepiej ani wygrać ani przegrać, a po prostu pozwolić by się przytrafiło. Czy oznacza to, że należy unikać bólu, a dla spokoju sumienia nazywać to elastycznością, czy ostrożną zdolnością przetrwania?

Więc jak żyć? Pozostawać zawsze i ze wszystkimi w dobrych stosunkach, ekstazę i rozpacz pozostawiając wzruszenia i uniesienia literatom i ich dziełom? Dokładać wysiłku, by nagany formułowane wobec siebie samego, nigdy tak naprawdę nie przynosiły bólu? Czy znosić wyrzuty sumienia, gdy oferują paranoiczny program szczególnego rodzaju: jeżeli już musisz, zadawaj cierpienie sobie, człowiekowi, który uważa, że wie jak go unikać.
Trudno mi powiedzieć, jak się czuję, lepiej czy gorzej. Najbliższe prawdy będzie chyba, że czuję się wydrążony, wyczerpany i nie mam ochoty o tym opowiadać. Częściej dziś myślę o szczęściu, jakie sprzyja rodzicom, gdy ich dzieci przychodzą na świat z normalnymi mózgami, kończynami i układem emocjonalnym. A Krystynie i mnie udało się taką operację przeprowadzić czterokrotnie i za każdym razem zakończoną sukcesem! Los albo siły stwórcze – bez różnicy bo wychodzi na jedno – przerwały życie Krystyny. Cóż, pewnie taka właśnie miała być kolej rzeczy i mnie nic do tego. Moje życie toczy się dalej i odnoszę wrażenie, że mnie również coraz mniej do tego.
A na razie i aby czymś wypełnić dzień, zabrałem się za robienie porządków. Nie, nie w życiu. Na półkach i w szufladach! I tak znalazłem kilkanaście luźnych karteluszek, na których różne sentencje:

— Nie ma na świecie takiego człowieka, którego bym zupełnie o nic nie podejrzewał. (Stefan Kisielewski)
— Łatwiej wierzyć w informacje złe, jak dobre.
— Organy płciowe służą do codziennego użytku, a ich odrębność, na przykład nogi czy ręce, polega na tym, że się ich nie wystawia na widok publiczny. (Leopold Tyrmand)
— Profesjonalista to człowiek, który szuka rozwiązań w granicach możliwości, a nie poza nimi.
— Każdy Feniks potrzebuje płomieni, z których mógłby powstać.
— Kiedy cokolwiek idzie tak, jak nie powinno, należy przede wszystkim odebrać swobodę. (Ważne, bo polityczne)

W mojej raczej zbuntowanej młodości, razem z Saint de Exupery zwiedzałem inne planety i pamiętam taki obrazek: Stoję obok mojego dziadka Jana, trzymam go za rękę i patrzymy razem w pełne gwiazd niebo. Dziadek był dla mnie środkiem Wszechświata i wiedziałem, że może wszystko.

Dziś? Co dziś? Dziś wystarczy, że my ludzie, tylko jesteśmy, żeby Ziemię unicestwić. Dziewięćdziesiąt siedem procent wszystkich istniejących w historii Ziemi i literatury pisarzy, urodziło się po śmierci Goethego, po 1832 roku.

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer