bust-g89b1971ce_1920

Można mówić o nim co i jak się chce, ale jednego nie można Putinowi odmówić: konsekwencji w budowaniu własnej i Rosji klęski. Ponieważ niezależnie od jego, czy któregokolwiek z poprzednich carów i cezarów planów, polityka oparta na rzekomych „historycznych prawach” powrotu do „historycznych terytoriów”, a więc wskrzeszanie upadłego imperium, nie powiodło się dotychczas nikomu, ale kto bogatemu zabroni? Jakim pośmiewiskiem stałaby się Wielka Brytania, gdyby premier ogłosił, że zamierza zbrojnie dochodzić „historycznych praw”, do wprzódy posiadanych terytoriów?

Podobno szczęśliwym czas biegnie szybciej. Możliwe, ale cieszyć się nie ma z czego. W Polsce dorasta pokolenie rzeźbione przez Kurskiego, oraz edukowane przez Zalewską i Czarnka. Osiem historycznych lat w kraju-raju, pod dobrotliwą ręką Jarosława (i niebiańską Lecha) Kaczyńskich, którzy zanim doprowadzili Polskę do szczęśliwości, uratowali Europę rozwalając mur berliński. To, co dzieje się w Kraju, jest jakby dżin opuścił butelkę, ale tak tragiczne, że nikogo już nic nie dziwi. Słynne hasło, na którym PiS wybudował swoje zwycięstwo „Polska w ruinie”, stało się ciałem.

Polski świat, to świat emocji. Wydaje się, że nikomu już nie zależy na uczestniczeniu w zaawansowanych i, daj boże, owocnych debatach, tylko na coraz mocniejszym przykładaniu politycznym przeciwnikom, a, co niepokojące, wielu polityków zaczęło wierzyć w to, co mówią. Przy otwartej kurtynie plotą komunały, kłamią i okazują żenującą ignorancję, ale najistotniejsze, że wzbudzają uczucia. A dwaj odwieczni pojedynkowicze nic lepsi.
Donald Tusk coraz częściej redukuje swoje aktywności do rzucania złośliwości pod adresem obozu rządzącego, natomiast Jarosław Kaczyński coraz dobitniej udowadnia, że kompletnie odjechał. Snuje irracjonalne narracje, budując jakieś swoje aberracyjne rzeczywistości.

Kto zna ten kraj, gdzie cytryna dojrzewa, tam był mój raj, tam był mój raj, pisał poeta. To się się sprawdziło oraz stało rzeczywistością. Oto precyzyjne – co do przecinka – słowa, jakie wygłosił z ambony swoim parafianom ksiądz Kazimierz Cichoń w Przegędzy na Śląsku, przygotowując ich do zbliżającej się „kolędy”:

„Jeśli chodzi o posiłki, to z chęcią zjem, ale nie w każdym domu. Nie jestem w stanie w każdym domu coś zjeść, ani w co drugim, ale tak mniej więcej w połowie i na końcu coś zjem. Natomiast jestem na diecie i niewiele mogę /!-wykrzyknik mój/. Jeśli chodzi o picie, to piję tylko zwykłą czarną herbatę bez żadnych dodatków, taką słabszą. Jeśli chodzi o kolację, to najlepsza jest zimna płyta, bo wtedy zjem, co tam mogę, wybiorę sobie pojedyncze rzeczy. Pieczywo białe, bez dodatków. Jeśli chodzi o jakieś ciasta, to najlepsza babka lub drożdżowe, jakieś lekkostrawne”.

Jakiś czas temu się z kościoła katolickiego wypisałem, ale sługa boży ksiądz Kazimierz z Przegędzy obudził wątpliwości, czy postąpiłem słusznie. Ja przecież bardzo lubię, kiedy jest wesoło!

Andrzej Szmilichowski

Lämna ett svar

Din e-postadress kommer inte publiceras. Obligatoriska fält är märkta *

Created with Visual Composer